tomjani
27.08.08, 15:57
I to zakurzyło na czarno. Wczoraj pojechałem poziomo w znane mi
miejsce, gdzie wczesną jesienią ub. roku znalazłem spore
gniazdko "czarnych kurek", którym to mianem okreslam lejkowca
dętego. Mimo niezachęcającego wyglądu, przypominającego uschnięty,
zwinięty w tutkę dębowy liść jest on blisko spokrewniony z
powszechnie znaną, jasnożółtą kurką, i smakuje tak samo dobrze. Za
to w odróżnieniu od niej doskonale nadaje się do suszenia. I jako
jeden z tzw "wynalazków" nie jest na ogół zbierany przez tych samych
laików co wolą opychać się małowartościowymi opieńkami, podobnie jak
parę lat temu - trującymi jak się miało okazać olszówkami. Toteż
zawsze mogę liczyć że przynajmniej takich smacznych lejkowców dla
mnie nie zabraknie. Dotarłem na miejsce już po zachodzie słońca,
mimo to natychmiast rzuciły mi się w oczy wystające z ziemi jakby
malutkie, krecie kopczyki. Żniwo byłoby obfite, gdyby nie to że
spóźniłem się kilka dni: część grzybków po spełnieniu swej
zasadniczej roli zaczęła już butwieć. Po wybaniu tych jeszcze
świeżych przeprowadziłem rower o kilkanaście metrów i udałem się na
dalsze poszukiwania, uwieńczone powodzeniem po przejściu dalszych
kilkudziesięciu metrów. Gdy jednak wróciłem po rower, okazało się że
postawiłem go tuż obok kolejnego "kurzego gniazdka". Tym razem
niemal każda kępka grzybów była zdrowa. Ostatnie, znalezione
wcześniej gniazdko wyzbierałem w kompletnych już ciemnościach,
kierując się tylko widokiem czegoś ciemnego na tle jaśniejszej
ściółki. Potem rzecz jasna niemal do północy rozkładałem grzybki do
suszenia: było tego chyba z kilogram. Teraz muszę niezwłocznie
spożytkować ubiegłoroczny zapas: pewnie staną się dodatkiem do
każdej potrawy...