toskania8
16.02.05, 21:49
dziś odcinek pierwszy :
Toskania – dziennik podróży.
Ta podróż marzyła nam się dawno. Przygotowane „naukowo”, zaopatrzone w trzy
przewodniki, książkę Frances Mayle „Bella Toskania” , artykuł o Sienie w
ostatnim numerze Kuchni, mapy i dużo entuzjazmu, równo z hejnałem z Wieży
Mariackiej ruszamy.
Pierwszy dzień podróży upływa pod znakiem robót drogowych, więc podróż trwa
przydługo ale wzmacniamy nadwątlone siły pierogami w Wiejskiej Chacie i
układamy się do snu w Cieszynie .
O wpół do ósmej rano już jesteśmy za granicą. Przez Czechy przejeżdżamy bez
zdarzeń, nie odmawiamy sobie jednak wizyty w Ekskaliburze, najdziwniejszym
sklepie wolnocłowym świata.
Przez Wiedeń przeprawiamy się dzielnie , pokonanie Alp wbija nas w dumę i
zachwyt i oto przy dźwiękach Marsza Toreadorów o godzinie 18.15 przekraczamy
granicę włoską, której zresztą nie ma, wszak to Unia , jest tylko tabliczka ,
że oto przybyłyśmy z ziemi polskiej do włoskiej.
Rano wyruszamy wcześnie . Na tyle wcześnie, że możemy ulec
pokusie „zawinięcia” do Florencji. Mimo gęstego tłumu, wszechobecnych
sprzedawców pamiątek, Florencja jest zawsze ta sama, ciągle przypomina, że to
przecież te same domy, te same ulice , którymi chodził Michał Anioł. Michał
Anioł – moja kwintesencja sztuki. Mimo należnego szacunku, jaki oddaję
współczesnej rzeźbie czy malarstwu, to Dawid, Pieta, Kaplica Sykstyńska
sprawiają, że jednocześnie czuję się malutka i nieważna ale i wielka i
wspaniała, jakby na mnie jakaś cząsteczka ich wielkości spływała, czyniąc
mnie wspanialszą. Nie były dobre moje ostatnie miesiące i niesporo mi do
radosnych uniesień. Ale pijąc capuccino na Piazza Duomo pomyślałam sobie, że
tyle zła i nieszczęść tego świata przemija i minie a Florencja trwa i trwać
będzie. To dobrze, że są takie miejsca na świecie, człowiek może poczuć się
lepszy.
Pora sobotniej sjesty pozwala nam wyjechać z miasta bez kłopotów i
zanurzamy się w tylekroć opisywany toskański krajobraz. Tyle się naczytałyśmy
reportaży, opowieści, opisów, że wydawało się, że nic już nam ta ziemia o
sobie nie będzie miała do powiedzenia nowego. A jednak. Najpierw to niby
tylko pagórkowaty krajobraz, jak nasze Beskidy. Ale oto na szczycie wzgórza
przyklejone średniowieczne miasteczko z wysoką kościelna wieżą. A tam droga
wysadzana na przemian wykrzyknikami cyprysów i parasolami pinii. I jeszcze
plantacje oliwnych drzewek no i wszechobecne winnice. Wszak to kraina win. Co
kawałek spotykać będziemy tabliczki „Strada di vino di Montecucco” albo „di
Toscana”, albo „di Montepulciano”. Tu każde miasteczko ma swoje, tylko dla
siebie charakterystyczne wino – a to vernaccia z San Giminiano, a to Vino
Nobile z Montepulciano a to wreszcie brunello – ponoć najlepsze włoskie
wino, którym słynie Monticiano.
Ale wracajmy do podróży. Jesteśmy na miejscu. Prawie, bo oto przed nami
jeszcze ostatni, ale jakże emocjonujący kilometr. Wąska, wyboista żwirowa
dróżka pnie się stromo , równocześnie snując fantazyjne zakosy. Później
nauczymy się ten tor przeszkód pokonywać, na razie budzi lekkie przerażenie.
Za to domek jest miły – to właściwie część kamiennego, starego domu (na
którymś kamieniu wyryto datę „18...”, na dole kuchenka, zaopatrzona we
wszystko co trzeba, nawet maszynkę do wyciskania makaronu, stolik , nawet
kominek, choć się w taką upalną pogodę nie przyda. Na górze sypialna i mała
ale czyściutka i miła łazienka. Przed domem stolik i krzesełka. Będziemy tam
jadać kolacje z widokiem na toskański zachód słońca, który ktoś zaliczył do
najwspanialszych rzeczy, jakie są na świecie. Będzie nas tam odwiedzać
prawdziwa menażeria – kocia rodzinka, która stopniowo rozrośnie się do
czwórki , od rana głośnym miauczeniem dopominającej się śniadania, będzie
zaglądać piesek sąsiadów, pojawi się nawet stadko owiec.