toskania o Toskanii - dziennik podróży w odcinkach

16.02.05, 21:49
dziś odcinek pierwszy :

Toskania – dziennik podróży.

Ta podróż marzyła nam się dawno. Przygotowane „naukowo”, zaopatrzone w trzy
przewodniki, książkę Frances Mayle „Bella Toskania” , artykuł o Sienie w
ostatnim numerze Kuchni, mapy i dużo entuzjazmu, równo z hejnałem z Wieży
Mariackiej ruszamy.
Pierwszy dzień podróży upływa pod znakiem robót drogowych, więc podróż trwa
przydługo ale wzmacniamy nadwątlone siły pierogami w Wiejskiej Chacie i
układamy się do snu w Cieszynie .
O wpół do ósmej rano już jesteśmy za granicą. Przez Czechy przejeżdżamy bez
zdarzeń, nie odmawiamy sobie jednak wizyty w Ekskaliburze, najdziwniejszym
sklepie wolnocłowym świata.
Przez Wiedeń przeprawiamy się dzielnie , pokonanie Alp wbija nas w dumę i
zachwyt i oto przy dźwiękach Marsza Toreadorów o godzinie 18.15 przekraczamy
granicę włoską, której zresztą nie ma, wszak to Unia , jest tylko tabliczka ,
że oto przybyłyśmy z ziemi polskiej do włoskiej.
Rano wyruszamy wcześnie . Na tyle wcześnie, że możemy ulec
pokusie „zawinięcia” do Florencji. Mimo gęstego tłumu, wszechobecnych
sprzedawców pamiątek, Florencja jest zawsze ta sama, ciągle przypomina, że to
przecież te same domy, te same ulice , którymi chodził Michał Anioł. Michał
Anioł – moja kwintesencja sztuki. Mimo należnego szacunku, jaki oddaję
współczesnej rzeźbie czy malarstwu, to Dawid, Pieta, Kaplica Sykstyńska
sprawiają, że jednocześnie czuję się malutka i nieważna ale i wielka i
wspaniała, jakby na mnie jakaś cząsteczka ich wielkości spływała, czyniąc
mnie wspanialszą. Nie były dobre moje ostatnie miesiące i niesporo mi do
radosnych uniesień. Ale pijąc capuccino na Piazza Duomo pomyślałam sobie, że
tyle zła i nieszczęść tego świata przemija i minie a Florencja trwa i trwać
będzie. To dobrze, że są takie miejsca na świecie, człowiek może poczuć się
lepszy.
Pora sobotniej sjesty pozwala nam wyjechać z miasta bez kłopotów i
zanurzamy się w tylekroć opisywany toskański krajobraz. Tyle się naczytałyśmy
reportaży, opowieści, opisów, że wydawało się, że nic już nam ta ziemia o
sobie nie będzie miała do powiedzenia nowego. A jednak. Najpierw to niby
tylko pagórkowaty krajobraz, jak nasze Beskidy. Ale oto na szczycie wzgórza
przyklejone średniowieczne miasteczko z wysoką kościelna wieżą. A tam droga
wysadzana na przemian wykrzyknikami cyprysów i parasolami pinii. I jeszcze
plantacje oliwnych drzewek no i wszechobecne winnice. Wszak to kraina win. Co
kawałek spotykać będziemy tabliczki „Strada di vino di Montecucco” albo „di
Toscana”, albo „di Montepulciano”. Tu każde miasteczko ma swoje, tylko dla
siebie charakterystyczne wino – a to vernaccia z San Giminiano, a to Vino
Nobile z Montepulciano a to wreszcie brunello – ponoć najlepsze włoskie
wino, którym słynie Monticiano.
Ale wracajmy do podróży. Jesteśmy na miejscu. Prawie, bo oto przed nami
jeszcze ostatni, ale jakże emocjonujący kilometr. Wąska, wyboista żwirowa
dróżka pnie się stromo , równocześnie snując fantazyjne zakosy. Później
nauczymy się ten tor przeszkód pokonywać, na razie budzi lekkie przerażenie.
Za to domek jest miły – to właściwie część kamiennego, starego domu (na
którymś kamieniu wyryto datę „18...”, na dole kuchenka, zaopatrzona we
wszystko co trzeba, nawet maszynkę do wyciskania makaronu, stolik , nawet
kominek, choć się w taką upalną pogodę nie przyda. Na górze sypialna i mała
ale czyściutka i miła łazienka. Przed domem stolik i krzesełka. Będziemy tam
jadać kolacje z widokiem na toskański zachód słońca, który ktoś zaliczył do
najwspanialszych rzeczy, jakie są na świecie. Będzie nas tam odwiedzać
prawdziwa menażeria – kocia rodzinka, która stopniowo rozrośnie się do
czwórki , od rana głośnym miauczeniem dopominającej się śniadania, będzie
zaglądać piesek sąsiadów, pojawi się nawet stadko owiec.
    • malwina52 Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 17.02.05, 10:23
      czuje sie jakbym podrozowala z Toba,
      jak dlugo poczekamy na drugi odcinek,
      juz sie wierce na krzesle z niecierpliwosc,
      poprosze!!!!!!
      • chminka Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 17.02.05, 15:12
        ja tez, ja tez....ja teeeeeeeeez
        • toskania8 Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 17.02.05, 18:15
          bardzo prosze, odcinek drugi:

          Niespokojne duchy oczywiście nie wytrzymują do jutra i po prysznicu i herbatce
          wyruszamy spenetrować okolicę. Miasteczko Grosetto Pascal
          nazwał „przygnębiającym”, ale jest tam parę miłych zakątków, starówka otoczona
          potężnym murem, placyk koło katedry. W księgarni dokonujemy naszego
          najcenniejszego zakupu – dokładna, wielka mapa Toskanii ze wszystkimi dróżkami,
          wioseczkami, bardzo nam się przyda. Słońce zachodzi, pora wracać.
          Ale to okazuje się wcale nie być takie proste. Z pewnością rasowego pilota
          pokazuję drogę : stąd przyjechałyśmy, skręć tu a potem w lewo...ale jest nakaz
          jazdy w prawo, po chwili jeździmy w kółko, tracąc już zupełnie orientację i
          kierunek, znajdujemy drogowskazy, które po chwili gubimy bo są znów jakieś
          nakazy i „senso unico”, w końcu niby jesteśmy za miastem, ale nieopacznie
          wjeżdżamy na autostradę. Słońce zaszło, zapada zmierzch, jesteśmy w obcym
          terenie a ja ciągle mam przed oczami te nasze 900 metrów ze wszystkimi
          podjazdami, wertepami i zawijasami. Zaczyna się robić niewesoło. W desperacji
          próbuję sobie pomóc tą nową mapą ale jest ogromna, więc rozkładam ją
          zasłaniając Hani dokładnie całą przednią szybę, w czasie jazdy, a jakże. W
          końcu znajdujemy zjazd z tej cholernej autostrady , wracamy do miasta, jakiś
          młodzieniec wreszcie pokazuje nam drogę. Jest !!! Wyjechałyśmy, ale do domu
          jeszcze dwadzieścia parę kilometrów. Hania dzielnie pokonuje podjazd w
          zupełnych już ciemnościach. Jesteśmy w domu! Teraz tylko duży kielich brandy
          kupionej przewidująco w Ekskaliburze jest w stanie przywrócić nam równowagę
          ducha.
          Jest absolutna cisza, słychać tylko granie cykad, nad nami nieprzeliczona ilość
          gwiazd i księżyc rogalik, w oddali widać migoczące światełka okien na
          sąsiednich wzgórzach. Spokój.

          Ranek niedzielny wstaje słoneczny, należy nam się odpoczynek, jedziemy na
          plażę. Jest piaszczysta a woda po tym rekordowym lecie jak w morzach
          tropikalnych. Żeby się na dobry początek nie spalić żywcem na słońcu ,
          schodzimy po trzech godzinach i wybieramy się na przejażdżkę po okolicznych
          miasteczkach z zamiarem zjedzenia obiadu. Tu jednak pierwsza nauka – sjesta
          rzecz święta, wszędzie cisza, restauracje otwierają się o dwudziestej. I tak
          już jest, będziemy więc głównie zdane na własny wikt, co nie znaczy, by się nam
          działa krzywda. Na szczęście zapobiegliwe gospodynie wzięły ze sobą trochę
          zapasów, przyrządzamy więc wcale smakowitą wieczerzę. I znów , jak każdego
          wieczoru koncert cykad. Są dwa dźwięki działające jak balsam na moją duszę, to
          szum morza i granie cykad.
          Zasypiamy spokojnie.

          Poniedziałek, nasze pierwsze większe zwiedzanie. Siena. Kojarzy się z
          barwnikiem - odcieniem żółci czy raczej jasnego brązu. Taki kolor mają tu
          wszystkie domy – fotografia miasta z lotu ptaka pokazuje raczej
          monochromatyczną kolorystykę miasta, właśnie w kolorze siena. Takiego koloru
          zresztą jest toskańska ziemia, w tym roku szczególnie znękana suszą, ale
          zorane po żniwach stoki mienią się odcieniami rudości, żółtego, podkreślone
          jeszcze promieniami zachodzącego słońca. Taka ciepła kolorystyka. I na tym tle
          winnice. Gaje oliwne i wszechobecne cyprysy.
          Ale wróćmy do Sieny. Na początek dość wyczynowe parkowanie – trzeba się na
          stromej ulicy wśliznąć w rząd samochodów a potem jeszcze wyrównać cofając pod
          górkę przy pomocy ręcznego hamulca. Cóż, jak człowiek musi, nauczy się
          wszystkiego.
          Zresztą na pewno warto, bo to co zobaczymy za chwilę warte jest pokonania
          każdej przeszkody.
          A więc najpierw Duomo. Większość toskańskich katedr ma ten styl – na przemian
          pasy białego, lekko zielonkawego i czarnego marmuru, rzeźby , figurki, smukłe
          kolumienki. Wszystko wygląda niezwykle lekko i finezyjnie. Różne to od naszego
          północnego, monumentalnego gotyku. Fasadę projektował Pisano – ojciec.
          Wewnątrz – mamy szczęście . Posadzka, składająca się z podobno
          siedemdziesięciu dwóch bogato zdobionych płyt z kolorowego marmuru jest
          podobno ukazywana tylko na kilka tygodni w sierpniu, a poza tym jest zakryta
          dechami w obawie przed zadeptaniem. Mamy tam boczny ołtarz z białego marmuru z
          rzeźbami młodego jeszcze Michała Anioła. Jest ogromna, wspaniała ambona dłuta
          Pisana – syna. Są jeszcze rzeźby Donatella, wspaniałe malowidła. Jesteśmy wszak
          w mieście, które przez wiele dziesiątków a nawet i setek lat skutecznie
          konkurowało z Florencją, niejednokrotnie zdobywając przewagę. Katedra miała
          szansę zostać drugą największą we Włoszech a więc i na świecie po Watykanie,
          gdyby powiodły się ambitne plany miejskich rajców. Niestety, a to morowa zaraza
          a to gospodarcza dekoniunktura sprawiły, że z nowej, ogromnej nawy zdążyła
          powstać i stoi po dziś dzień tylko jedna ściana.
          Napatrzywszy się do woli, idziemy na niezwykły sieneński plac, Campo. Montaigne
          nazwał go najpiękniejszym placem na świecie. Cóż, jest coś na rzeczy. Najpierw
          więc kształt – ma on kształt muszli, półokrągły, nachylony ku środkowi. Ten
          środek to Palazzo Publico, siedziba Rady Dziewięciu z 97 – metrową dzwonnicą.
          Po przeciwnej stronie fontanna z białego marmuru Jacoppo della Quercia. Stadko
          gołębi za nic ma sobie te wspaniałości i zażywa kąpieli w fontannie a jeden
          przysiadł na głowie jakiegoś groźnego zwierza, chyba wilka i spija strumyczek
          wody tryskający z jego pyska. I piękne, wytwornie powściągliwe w formie pałace
          wokół placu. Filiżanka capuccino z widokiem na Campo daje chwilę wytchnienia i
          ruszamy dalej. Przy końcu głównej handlowej ulicy Banchi di Sopra nie możemy
          pominąć ponoć najlepszej w Sienie lodziarni. Bagatelizując dostojeństwo
          jakiegoś sieneńskiego wielmoży, na stopniach jego pomnika liżemy pistacje i
          melony, które naprawdę smakują tak, jak się nazywają.
          I jeszcze San Domenico, dość surowy w formie kościół z czerwonej cegły. Jest
          tu trochę spokojniej, mniej tłoczno. Tuż za nim sanktuarium Katarzyny –
          miejscowej świętej. Gubimy się trochę w wąskich, krętych uliczkach. Miasto jest
          położone na kilku wzgórzach, co chwilę więc odsłania się coraz to nowy, z innej
          strony widok na wieże Duomo, Palazzo Publico. Zanim wrócimy do samochodu
          jeszcze jeden obowiązek – trzeba tu kupić cantuccini, maleńkie twarde
          ciasteczka z migdałami, jada się je maczane w winie – smakują pysznie. I drugi
          miejscowy przysmak – panforte. To ciasto, składające się głównie z bakalii,
          kandyzowanej skórki pomarańczowej, migdałów i orzechów. Pychotka. Sklepy ze
          słodyczami, winem i wszelakim „prodotti tipici” oczywiście co krok.. Kupujemy
          torebeczki - na wieczory z cykadami i na prezenty. Można by tu spacerować
          jeszcze długo, jest jeszcze wiele pięknych zakątków, chciałoby się zobaczyć
          Campo czy Duomo w blasku latarni, ale pora wracać na nasze Zielone Wzgórze.
          Nakładamy trochę drogi, by dotrzeć do San Galgano, niezwykłych ruin
          cysterskiego opactwa ale trochę gubimy drogę i wąskimi serpentynami wracamy do
          domu. Po drodze jeszcze pierwsze zakupy – żywność jest tu jednak znacznie
          droższa. Nie mogę pojąć, jak to jest, że winogrona tu kosztujące dwa euro, po
          przebyciu pół europy tanieją gwałtownie o połowę na polskim targu włoskie
          winogrona kupuję poniżej jednego euro. Ale kupujemy bakłażany, paprykę,
          cukinie, pomidory, cebulę, czosnek. No i oczywiście makarony i pierożki. Wszak
          postanowiłyśmy się same gospodarzyć. Nie zapominamy też o butelce wina. Miły
          dźwięk korka wysuwającego się z butelki będzie nam towarzyszył nieodłącznie.
          Jesteśmy w najbardziej winnym regionie Włoch, to zobowiązuje.

          • chminka Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 18.02.05, 06:43
            zapomnialas dodac ze cdn...
            • mira54 Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 18.02.05, 11:27
              Z przyjemnoscia przeczytalam oba odcinki.
              Czulam sie, jakbym tam byla. Uwielbiam podroze i zwiedzanie
              ciekawych stron swiata.
          • malwina52 Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 18.02.05, 12:31
            w miare jedzenia apetyt rosnie....
            czy myslalas kiedys o napisaniu
            ksiazki?
            czyta sie Ciebie jednyn tchem
            • natla Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 18.02.05, 17:10
              ...cdn, cdn, cdn, cdn, cdn!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


              • krista57 Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 18.02.05, 20:40
                Droga Toskanio !
                Mimo zakazu własciciela odpaliłam komputer ...a tu nie ma cz.III.
                Jestem rozczarowana...byłby to pretekst aby napic sie brandy...nawet poduszke
                sobie podłozyłam...bo myslałam,ze bedzie dużo czytania.
                Proszee.....
                • natla Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 18.02.05, 21:17
                  No dobra, Toskania się leni, ide ratować sytuację......
              • toskania8 Re: toskania o Toskanii - odcinek drugi 18.02.05, 21:59
                ksiąkę o moich podróżach może kiedyś napiszę, a na razie - proszę bardzo,
                odcinek trzeci, cdn, jak najbradziej

                Wtorek – rano targ w Cinigiano, sąsiedniej wiosce. Po wczesnym śniadaniu
                jedziemy, spodziewając się atrakcji podobnych jak w zeszłym roku w Acireale na
                Sycylii. Tam targ był wspaniały – wielki plac, a na nim mnóstwo straganów ze
                stosami pomidorów, cukinii, bakłażanów , wszelakich innych warzyw, pękami
                bazylii, oregano, rukoli i najrozmaitszych sałat i zielsk, sery, beczki
                oliwek, ogromne w całości wędzone a raczej tradycyjnymi metodami suszone
                szynki, salami, oczywiście mnóstwo śmiejących się kolorowych owoców. No i do
                tego przekrzykujący się przekupnie, weseli, przyjaźni, zapraszający do
                skosztowania i kupna ich wyrobów. To była prawdziwa frajda. Tu jednak spotyka
                nas srogie rozczarowanie. Cały targ to słownie trzy stragany. Jeden z owocami i
                warzywami – mój stały dostawca spaliłby się ze wstydu i nigdy by się nie
                pokazał na targu z takimi pomidorami. Winogrona też nie lepsze. Kupujemy parę
                pomidorów, trochę winogron, świeżą bazylię w maleńkich doniczkach (to nasz
                najlepszy zakup). Na sąsiednim straganie kupujemy kawałek ostrego, owczego sera
                z Pienzy (tam są ponoć najlepsze) i wracamy. Wyprawa się nie udała.
                Dzień się dopiero zaczął, więc zostawiamy w domu zakupy i wybieramy się do
                Massa Maritima. To niewielkie miasteczko, na wzgórzu jak wszystkie tutaj,
                średniowieczne, też jak wszystkie. Spokojne, z dala od głównych turystycznych
                szlaków. Jego największy rozkwit datuje się na XIII wiek, dzięki zyskom z
                górnictwa. Potem epidemia dżumy i malarii przetrzebiła ludność i miast już się
                nie podniosło do dawnej świetności. Przewodnik zachwala piękne i bogate wnętrze
                katedry, ale przychodzi nam zadowolić się podziwianiem fasady, bo drzwi
                zamknięte są na głucho. To niestety częsty tutejszy zwyczaj. Na ładnym
                trójkątnym placyku przed katedrą – Piazza Garibaldi, siadamy pod parasolami –
                pora na pizzę i spaghetti – jesteśmy wszak we Włoszech. Przynoszą nam ogromną,
                chrupiącą pizzę i michę spaghetti z zielonym sosem pesto, pachnącym świeżą
                bazylią i oliwą. Dzielimy się po połowie. Tak pokrzepione wdrapujemy się
                stromą Via Moncini do najstarszej, średniowiecznej części miasta ale skwar
                wczesnego popołudnia zniechęca nas do wspinania się na wieżę.
                Jest jeszcze na tyle wcześnie, że postanawiamy wybrać się jeszcze raz do San
                Galgano. Tym razem znajdujemy je bez trudu. I warto. Ruiny potężnego,
                gotyckiego opactwa na zupełnym pustkowiu , wyrastające wprost z pola
                słoneczników, to coś rzeczywiście niezwykłego. Mury stoją niemal nienaruszone,
                są delikatnie zdobione kapitele smukłych kolumienek. Ale nie ma dachu i okien.
                Nad głową, zamiast żebrowanych sklepień - błękitne niebo. To trochę takie
                uczucie jakby z tej zrujnowanej świątyni było bliżej do Boga. W jednym oknie
                tuż przy ziemi pozostały masywne kraty, a przez nie prześwituje sielski
                toskański krajobraz – słoneczniki, cyprys. Taki dziwny kontrast.
                Wracamy znaną już drogą, przez Roccastrada, średniowieczne (a jakże !)
                miasteczko - tuż nad ulicą wznosi się groźnie wyglądający, potężny mur,
                zdobny w kilka wież. Zatrzymujemy się, żeby przespacerować się mrocznymi
                uliczkami. Miasto nie ma centralnego rynku czy też piazza, tylko maleńkie
                placyki koło kościoła i przy końcu głównej ulicy. Widać, że wykorzystywano
                każdy skrawek miejsca, zabudowa jest niezwykle ciasna.
                I to jest właśnie frajda podróżowania samochodem – można zajrzeć do takich
                różnych zakamarków, których autokarowi turyści nigdy nie zobaczą, poznać kraj
                nie to że dokładnie, bo na to za mało, ale jednak zupełnie inaczej.
                Wieczorem – uczta. Przygotowuję wielką misę ratatoulie , posypuję świeżą
                bazylią i parmezanem , z czerwonym winem smakuje pysznie. Na deser słodki
                arbuz i winogrona. Prawdziwie śródziemnomorska kolacja. Jak to zwykle
                wieczorem, schodzą się nasze stołowniczki. Za pierwszą, najodważniejszą,
                przyszły następne, zwabione zapachem smakołyków, które zawsze tu spadają z
                pańskiego stołu
                Jutro wczesna pobudka, przed nami najważniejsza wypraw – Asyż. Byłam już tutaj
                wiele lat temu. I tu widać, jak różnie działa pamięć. Wiele widzianych miejsc
                ulatuje szybko, ale są takie, które zostają bodaj na zawsze. Ten Asyż
                pamiętałam, jakbym tu była wczoraj. A więc najpierw przedmieście, kiedyś osobne
                miasteczko – Santa Maria delli Angeli. Wielki, monumentalny, dość paskudny
                kościół a w nim, wewnątrz przycupnięta Porciunkula – maciupeńki kościółek,
                kapliczka właściwie, gdzie lubił modlić się i rozmyślać ten najbardziej
                Święty spośród świętych. I obok różany ogródek z taką ładna legendą, że róże
                straciły kolce, gdy rzucił się na nie chcąc odpędzić pokusę.
                Ruchome schody z parkingu wynoszą nas do stóp kościoła Świętej Klary, tej jego
                towarzyszki i żeńskiej naśladowniczki. To od niej wywodzą się klaryski.
                A potem już przez wiodące środkiem miasta uliczki, które trwają tak, jak
                wtedy, do Jego bazyliki. Pamiętam przerażenie, kiedy słuchałam o oglądałam
                relacje z wielkiego trzęsienia ziemi przed trzema laty. Bazylika była przecież
                wtedy bardzo zagrożona, w rezultacie ucierpiała niewiele, podobnie jak samo
                miasto.
                Bazylika na skraju miasta, tu schodzą się wiodące równolegle przez miasto
                ulice. Przed górnym kościołem rozległy trawnik, z daleka widać gładką,
                pozbawioną właściwie ozdób fasadę, tylko wielka rozeta nad portalem.
                W środku – ściany przyozdobione freskami Giotta. Spośród wszystkich,
                zapełniających całe ściany zapamiętałam jeden fragment – wzięłam go sobie do
                domu – kazanie do ptaków.
                W dolnym – zejście do krypty grobowej. Nie ma przeładowania dekoracjami, ale
                dla Niego – nazywanego wszak Biedaczyną to chyba jeszcze i tak zbyt bogato.
                Cóż, gdyby w kościele było więcej takich jak On, jakże inaczej wyglądałaby
                historia Kościoła a i historia świata.

    • toskania8 Re: toskania o Toskanii - odcinek czwarty 19.02.05, 22:15
      mam nadzieję, że nadal to czytacie, a więc odcinek czwarty :

      Czwartek – San Giminiano. Śmiejemy się z Hanią, że tu wszystko jest albo San
      albo Monte, już nam się trochę plączą te nazwy. San Giminiano nie bez
      przyczyny nazywane jest miastem wież. W niewielkim przecież miasteczku , (w
      szczytowym swoim okresie, przypadającym na XII – XIII wiek, liczyło 15 000
      mieszkańców, teraz o połowę mniej) żyli członkowie dwóch konkurujących ze sobą
      szlacheckich rodów – Ardingellich i Salvuccich. Zdobili wieżami swoje domy by
      były wspanialsze niż konkurentów. I tak powstały aż 72 wieże, teraz zostało ich
      14, co na niewielkiej przestrzeni wygląda i tak imponująco. Miasteczko jest
      pełne turystów, sklepików z winem, kupować należy oczywiście miejscową
      specjalność – vernaccię, z innymi specjałami, z kolorową miejscową ceramiką. To
      dzień moich urodzin, należy więc wydać przyjęcie i kupić sobie prezent.
      Przyjęcie jest wspaniałe – składa się z gigantycznego wafla napełnionego
      najlepszymi na świecie lodami. Wyrabia je signore Sergio, zdobywca mnóstwa
      nagród na krajowych i międzynarodowych konkursach. Są niebywałe – z szafranem,
      najznakomitszą czekoladą, pistacjami, nie pamiętam, czym jeszcze. Ale do końca
      pobytu już ani razu nie spróbowałam lodów, bo na pewno nie byłyby takie. I nie
      prędko spróbuję. No a prezent – dwa śliczne żółte dzbanuszki z wzorem gałązek
      czarnej oliwki , jeden do oliwy, drugi do octu. Hania od siebie dokłada
      miseczkę z takim samym wzorem. Wszędzie tu pełno najznakomitszej olio
      extravergine d’oliva. Smakuje nawet po prostu pokropiona na kromkę świeżego
      chleba z odrobiną soli.
      Miasto, oprócz tych wież nie ma właściwie innych znakomitych atrakcji, ale po
      prostu potrafiło się sprzedać. Ludzi są tłumy, w niezliczonych sklepikach ruch,
      wesoło i kolorowo.
      Zupełnie inny nastrój w pobliskiej Volterze.
      To zaledwie dwadzieścia parę kilometrów, ten sam krajobraz wokół, ta sama
      epoka, podobna uroda. A jednak inaczej. Dociera tu znacznie mniej turystów,
      mniej więc sklepików, mniej knajpek. A przecież miasto ma historię z czasów
      jeszcze etruskich się datującą i wiele z tego czasu zachowanych śladów.
      Palazzo del Priori, najstarszy toskański ratusz był prawdopodobnie wzorcem dla
      florenckiego Palazzo Vecchio .Niestety fasada jest zasłonięta z racji remontu,
      wierzymy więc Pascalowi na słowo w opisie jego urody. Jest i romańska
      katedra z nieodzownym baptysterium. Przez swój spokój miasto jest
      jakby „prawdziwsze”, lepiej jakoś można wczuć się w tę średniowieczną urodę.

      Wieczorem wypijamy toast za moje zdrowie vernaccią a potem jeszcze otwieramy
      butelkę vin santo, słodkiego wina w którym należy maczać kupione w Sienie
      cantuccini.
      Wieczorem zrywa się wiatr. Szybko potężnieje w wichurę, nie tylko nie daje nam
      spać w nocy, zawodząc w gałęziach i trzaskając drzwiami ale i zatrzymuje nas
      na cały piątkowy dzień w domu. Obawiamy się łamiących się gałęzi drzew na
      drodze a poza tym wędrowanie w taką wichurę to żadna przyjemność. Wiatr jest
      ciepły, ale nieprawdopodobnie silny. Dopiero wieczorem dowiemy się z tv, że na
      północy, w Lombardii były nie tylko wichury ale i potężne ulewy a nawet
      gradobicie. Grad doprawdy wielkości jaja wybijał szyby w oknach i samochodach.
      To gwałtowne załamanie pogody po tych rekordowych upałach lata. I po tych
      ulewach zacznie się już jesień. Pogoda się poprawi, ale nie będzie już takiego
      skwaru, wieczory będą wyraźnie chłodniejsze. W ostatnich dniach trzeba
      wieczorem wciągnąć bluzę a którejś nocy nawet w nocy przyda się kocyk.
      Leniuchujemy więc na całego. Taki dzień odpoczynku akurat na półmetku bardzo
      nam się zresztą przyda. Książki, drzemki, trochę pogawędki. Pojadamy owoce,
      popijamy winko. Na obiad oczywiście makaron z aromatycznym sosem pomidorowym,
      dodałam do niego sporo czosnku, świeżej bazylii i maciupeńki strączek
      pepperoncino – to takie centymetrowe chyba strączki piekielnie ostre.. popijane
      zimnym białym winkiem – bajka. Pod wieczór wiatr się ucisza, w nocy jest
      już spokojnie.
      • natla Re: toskania o Toskanii - odcinek czwarty 19.02.05, 22:39
        Jeżeli pojadę kiedyś do Toskani, a pojadę (dzięki Tobiesmile), to wydrukuję sobie
        Ciebie i bedziesz moja przewodniczką, nie tylko po zabytkach ale i po życiu. smile)
        Bardzo ciekawie to opisujesz, a co najwazniejsze, nie nudno. Wciąga. smile)
        I co dalej? Pisz, żebym miała komplet. A potem o Prowansji, bo obiecałaś , że
        pojedziesz.smile))
        • malwina52 Re: toskania o Toskanii - odcinek czwarty 19.02.05, 23:12
          a mnie kusza te wina!!!!
          o napewno pojade!
          jak jeszcze troche poczytam
        • krista57 Re: toskania o Toskanii - odcinek czwarty 20.02.05, 14:40
          Toskanio ,jak opowiesz nam całą resztę to tu na tym forum utworzymy "klub
          miłosniczek Toskanii "..jest nas juz conajmniej dwie i wybierzemy sie Twoim
          śladem.

          Nieśmiało zapytam....czy masz dziennik podróży po Sycylii ?
          • toskania8 Re: toskania o Toskanii - odcinek piąty 20.02.05, 23:03
            ach, chyba mi się w głowie zupełnie przewróci od tych Waszych komplementów. A
            co do Sycylii - owszem, choć trochę muszę nad nim jeszcze popracować, bo jest
            niedokończony. Podobnie jak z zeszłorocznych wakacji.
            Ale jeszcze parę ich jest, więc jeśli będzie zapotrzebowanie społeczne...
            a na razie odcinek piąty.
            Po dniu odpoczynku wstępuje w nas nowy duch, więc program soboty jest
            wypełniony. Po drodze zatrzymujemy się, jest niezwykle długi kawałek prostej
            drogi, chyba całe 500 metrów, bo drogi tutejsze składają się głównie z
            zakrętów. Miejsce jest tak wyjątkowo malownicze, że zwalniam i zjeżdżam na
            pobocze. To właściwie kwintesencja całego piękna, jakie ma do zaoferowania
            Toskania. Tuż obok drogi winnica – robię „portret” ogromnej kiści czarnych
            winogron prześwitującej przez nasłonecznione liście. Za winnicą na łagodnym
            wzgórzu plantacja drzewek oliwkowych, posadzonych w równiutkich rządkach,
            tworzą taką regularną kratkę. Na szczycie wzgórza kamienne , stare domostwo,
            farma ocieniona rzędem smukłych cyprysów. Jedziemy dalej, bo dziś bogaty
            program. Mijamy Monticiano, wrócimy tam w powrotnej drodze. Nasz pierwszy dziś
            przystanek to Pienza. Dość niezwykłe miasteczko. Pochodził stamtąd papież Pius
            II , postanowił przebudować swą rodzinną wioskę i stworzyć „miasto idealne”. Te
            ambitne plany zniweczyła śmierć papieża, ale i tak zdążył pobudować znamienitą
            jak na tak niewielkie miasteczko katedrę z rzędem smukłych kolumn z białego i
            czarnego marmuru, naprzeciwko ratusz wzorowany na florenckiej Signorii. Jest
            tam jeszcze kilka pięknych, renesansowych pałaców i kościołów, wszystko
            skupione na niewielkiej powierzchni. Miasteczko nigdy się nie rozrosło i
            wspaniałość budowli jest dziwnym kontrastem do jego wielkości a raczej małości.
            Ale nie tylko z urody słynie Pienza. To miasto serów. Na okolicznych wzgórzach
            pasą się owce i stąd pochodzi najsławniejsze peccorino, czyli ostry, dość
            twardy ser o niezwykle intensywnym aromacie. Cieniutko krojony, jest znakomitym
            dodatkiem do wina, zwłaszcza z kontrapunktem słodkich winogron.
            Całe miasto można przejść w dziesięć minut więc nie zabawiamy tu długo i
            oczywiście zaopatrzone w zapas serów ruszamy do Montepulciano. Montepulciano to
            kolejna stolica winnego regionu. Tym razem jednak stolica istnieje. Kiedy
            bowiem usiłowałyśmy znaleźć inną stolicę, Montecucco, efekt był dość dziwny. W
            okolicy naszej rezydencji wszędzie napotykałyśmy tabliczki Strada di vino di
            Montecucco. Dowiedziałyśmy się, że marka Montecucco należy do bardziej
            cenionych wśród winiarzy. Kiedy jednak wybrałyśmy się tam, okazało się,
            że...tego Montecucco wcale nie ma. Tam gdzie widniało na mapie i dokąd
            prowadziły drogowskazy były przy niezwykle wąskiej i krętej drodze ze dwa
            gospodarstwa, kilometry winnic i tyle.
            Ale Montepulciano to całkiem słuszne miasto. Leży wysoko, na wysokości 600 m.,
            jego oś stanowi Corso, długa, centalna ulica. Zaczyna się właściwie tuż przy
            głównej miejskiej bramie i wzdłuż niej są wszystkie właściwie atrakcje miasta.
            A więc kościół San Agostino, renesansowa loggia i nieco w głębi prawdziwa
            perełeczka – kościółek Santa Lucia, maleńki, ale pięknie zdobiony z cenną
            Madonną o niezwykle pięknej, subtelnej twarzy.. Corso doprowadza nas do
            rozległego placu. Jest tam, a jakże Palazzo Comunale, niestety też w remoncie,
            kilka pięknych, renesansowych pałaców. Katedra jest ciekawa w środku, ale ma do
            dziś niewykończoną fasadę, jej budowniczowie nie zdążyli dokończyć a potem –
            pewnie się nikomu nie chciało. Wracamy trochę inną drogą i napotykamy
            kościółek San Francisco. Kościółek niczym się nie wyróżnia, za to z placyku
            przed nim roztacza się znów widok bajeczny. A więc znów cyprysy, jakieś
            oddalone palazzo, te krajobrazy można podziwiać ciągle na nowo, każdy jest inny
            choć niby tak podobne.
            Przed opuszczeniem miasta dopełniamy jeszcze obowiązku kupienia Vino Nobile –
            to bardzo sławne tutejsze wino , białe, wytrawne, niezwykle szlachetne, jak
            zresztą wskazuje nazwa. A także cena. Ale to jeszcze nie jest nasz dzisiejszy
            rekord.
            Z mapy wynika, że jesteśmy blisko Bagno Vignoni – to takie datujące się jeszcze
            z czasów rzymskich sanatorium. Główny plac miasta jest wielkim basenem, gdzie
            biją siarkowe źródła a na kuracje przyjeżdżali tu Medyceusze, papież Pius II
            (ten z Pienzy) i inni możni tego świata, od wieków po dziś dzień.
            Mamy dziś dzień odwiedzania ciekawych zakątków. Boczna, oczywiście kręta droga
            prowadzi do Monte Olivietto Maggiore – najwspanialszego klasztoru Toskanii.
            Miejsce jest doprawdy niezwykłe. Otoczone gęsto podszytym sosnowym lasem,
            tchnie atmosferą spokoju i zadumy. Do samych budynków klasztornych idzie się
            kilkaset metrów tą leśną dróżką, jakby oddalając się od zewnętrznego świata. I
            oto jest, wyłania się zza zakrętu ścieżki. Czerwonawo miodowa cegła, prosta
            forma, żadnych ozdób na zewnątrz, potęgują to uczucie spokoju. Wewnątrz
            krużganek przyozdobiony malowidłami obrazującymi życie Św. Benedykta,
            założyciela klasztoru i jego towarzyszy. Był szlachcicem, kiedy został
            oślepiony , schronił się w tym miejscu , najpierw z dwoma towarzyszami, potem
            przybyło ich więcej i taki był początek klasztoru i zakonu olivietan czyli
            benedyktynów białych. To jest miejsce, które opuszcza się niechętnie. Chciałoby
            się tu zostać choć parę dni i może nabrać dystansu do spraw tego świata –
            pewnie wiele z nich nagle zyskałoby zupełnie inny wymiar i rangę , te
            niezwykle ważne może by zmalały a całkiem inne nagle się odnalazły.
            Ale to tylko taka chwila , jeszcze tylko rzut oka na półki pełne rozmaitych
            nalewek, mieszanek ziół, leków przez braciszków narządzonych wedle receptur
            starodawnych i pora wracać do rzeczywistości. Wszak czeka nas dziś jeszcze
            Monticiano, słynące przede wszystkim z najlepszego ponoć włoskiego wina
            brunello. Spacerujemy chwilę, miasto jest też niewielkie, nieco podobne do
            Montepulciano, ale mniejsze nieco i znacznie spokojniejsze. Zagląda tu niewielu
            przybyszów, tylko tacy jak my najwytrwalsi szperacze. Brunello kupujemy nie w
            sklepie oferującym rozmaite turystyczne atrakcje, jakich tu wiele (wszystkie
            oferują specjale makarony, miody, suszone grzybki, suszone pomidory, oliwę,
            także oliwę aromatyzowaną na różne sposoby – nie mogę sobie odmówić
            aromatyzowanej truflami, prosciutto – suszoną szynkę krojoną w pergaminowe
            plasterki z całej ogromnej nogi, cantucci i inne lokalne smakołyki). Takiego
            zakupu należy dokonać u fachowców , idziemy więc do sklepu firmowanego przez
            pobliską fattorię. Na prostych stołach i półkach stoją rzędy butelek, niektóre
            w cenach zapierających dech w piersi. Wyłożony jest wykaz roczników z
            oznaczeniem od * do *****, wedle tego jak były bądź nie udane dla winiarzy.
            Udaje nam się kupić rocznik oznaczony *****, wprawdzie nie riserva, na nią nas
            naprawdę nie stać, zamykamy oczy i płacimy kartą, żeby mniej bolało. Będzie na
            jakąś szczególną okazję. Jeszcze butelka oliwy no i butelka vino de la tavola
            (za skromną cenę, ale okazuje się być naprawdę dobre) na dziś wieczór i
            możemy zmierzać do samochodu i dzień uznać za udany. Wracamy naszą malowniczą
            drogą i znów zasiadamy na naszym wzgórzu. Zachody słońca nad tymi wzgórzami
            są tak malownicze, że aż wydają się nieprawdziwe. I codziennie inne.

    • mada50 Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 21.02.05, 09:45
      piszesz tak pięknie,że zdystansowałaś "Dziennik Toskański" Tessy Capponi-
      Borawskiej,który zaczęłam czytać
      we Włoszech byłam tak dawno w 76 roku,ale to była jedna z piękniejszch
      podróży,człowiek był młody,odporny na niewygody,więc tłukliśmy się autokarem
      z własnymi namiotami,konserwami i zupkami w proszku,
      przywieżliśmy cudowne wspomnienia i slajdy(!),wycieczka trwała ponad miesiąc i
      dotelepaliśmy się przez cały półwysep do Sycylii.
      • toskania8 toskania o Toskanii, odcinek szósty - ostatni 21.02.05, 22:01
        mada50 napisała:

        > piszesz tak pięknie,że zdystansowałaś "Dziennik Toskański" Tessy Capponi-
        > Borawskiej,który zaczęłam czytać
        >
        dzięki, mado, czuję rozpiszczana przez krytyków literatury, a wiec - odcinek
        szósty

        Niedziela – dzień odpoczynku. Jedziemy na plażę. W to samo miejsce. Jest co
        prawda trochę dalej, ale bliżej miasta plaża ponoć jest brudna i zatłoczona, o
        czym dowiadujemy się od spotkanej na plaży mieszkającej tu Polki. Niestety
        dziś nad morzem prawdziwy sztorm. Słońce świeci pięknie ale morze jest tak
        wzburzone, że o kąpieli właściwie nie ma mowy, można się tylko potaplać przy
        samym brzegu, bacząc, by fala nóg nie podcięła znienacka. Wylegujemy się parę
        godzin, więc dziś dzień właściwie bez zdarzeń.
        Poniedziałek – ostatnia wyprawa. Piza. Jedziemy drogą szybkiego ruchu, koło
        Livorno krzyżuje się i rozgałęzia kilka dróg, oznakowania są kiepskie i
        niejednoznaczne więc najpierw wydaje nam się, że pogubiłyśmy drogę ale potem
        okazuje się, że tak właśnie nasza droga prowadzi. W nagrodę , gdy droga zbliża
        się do samego nadbrzeża, dostajemy widok wysokiej fali rozbijającej się o
        malownicze skały, wzbijając wielką biała fontannę. Wszystkie samochody
        zwalniają w tym miejscu, żeby się napatrzeć. W samej Pizie krążymy trochę po
        mieście, bo dojazd do centrum jest wyjątkowo źle oznakowany, znaki są, potem
        się gubią. Kiedy wreszcie postanawiamy zaparkować w bocznej ulicy i rozpytać o
        drogę, okazuje się, że Krzywą Wieżę mamy tuż za plecami, o sto metrów. Ale
        zanim ku niej pójdziemy, szukam , kto rozmieni mi drobne na automat parkingowy
        i trafiam do piekarni. Jest tu tyle rozmaitych chlebków, małych ale i wielki
        bochen, chyba metrowej długości, sprzedawany po kawałku, bułki, placuszki,
        najlepiej kupiłabym wszystko. Ale kupuję tylko kawałek chleba do domu , dwie
        bułeczki do zjedzenia natychmiast i dwie a do nich parę plastrów świeżutkiego,
        pachnącego prosciutto toscana. To będzie nasz lunch. A teraz już Wieża. Jest
        krzywa w rzeczy samej. Kilka razy próbowali ją prostować lub choćby nie
        dopuścić do dalszego skrzywienia, ale za każdym razem kończyło się to dalszym,
        gwałtownym zwiększeniem przechyłu. Tym razem znaleziono podobno wreszcie
        skuteczną metodę, jakieś dociążanie fundamentów ołowiem. W każdym razie po
        kilku latach przerwy można już na nią wchodzić. Cena biletu za wejście jest
        rekordowa, 15 euro, ale nie dziwota, te prace przy utrzymaniu wieży kosztują
        niewyobrażalny majątek. Więc niech kosztuje. Ale my nie wchodzimy. Wchodzimy za
        to do katedry, gdzie napotykamy kolejną już ambonę Pisana, cóż, chyba tak
        rozumiał swoje dziejowe posłannictwo. Ambona zresztą też jest wielkiej urody.
        Baptysterium za to bardzo skromne wewnątrz, choć i tu a jakże, ambona, nieco
        mniejsza, tym razem Pisana syna. Trzeba jeszcze zajrzeć do Campo Santo ,
        opisywanego jako najpiękniejszy cmentarz na świecie. Pojęcie cmentarz , a w
        każdym razie to co nam się z tym słowem kojarzy niekoniecznie odpowiada temu,
        co znajdujemy wewnątrz. Od zewnątrz bowiem widać tylko mur, gładki, niemal bez
        ozdób, tylko dwa wejścia. Okazuje się, że wewnątrz jest to krużganek otaczający
        niewielki, trawiasty placyk. I w tym krużganku grobowce - z rzeźbami
        figuralnymi, inne w postaci płaskorzeźb, jeszcze inne to po prostu płyty w
        posadzce. Ze zdziwieniem znajdujemy płyty datowane bardzo niedawno, ze dwa lata
        temu. Z tego wynika, że miejsce to służy pewnie jako coś w rodzaju Alei
        Zasłużonych. Wiele rzeźb jest podniszczonych ale dzieje się sporo prac
        konserwatorskich. W każdym razie jest tu naprawdę pięknie, nagromadzenie
        pięknych postaci zaklętych w biały marmur, z różnych epok i stylów , to
        odizolowanie murem od zewnętrznego świata, spokój pustego placyku wewnątrz daje
        taką chwilę zatrzymania myśli.
        Ale wracamy już na gwarny dziedziniec, długi rząd kramów z cudeńkami, mnóstwo
        wycieczek, długa kolejka do najlepszego miejsca, w którym można sobie zrobić
        obowiązkowe zdjęcie pod wieżą, albo też w pozie podtrzymującej wieżę rękami.
        Tłum i gwar każą szybko stamtąd uciekać. Tuż za rogiem , gdzie zaczyna się
        uliczka prowadząca do Piazza Cavalieri, centrum średniowiecznej Pizy jest już
        spokojnie. Tam nie docierają wycieczkowi turyści, oni dostają tylko pół
        godziny, które wolą spędzić buszując po kramach. I dobrze, bo placyk jest
        piękny, ma półkolisty kształt, w pałacu Medyceuszów jest teraz szkoła,
        nieduży kościołek i miejska wieża zegarowa.
        Czasu mamy jeszcze sporo, wiec zdążymy jeszcze pojechać do Lukki, to tylko
        dwadzieścia parę kilometrów .
        A na pewno warto. Mniej okrzyczana w przewodnikach, nie umieszczana w planach
        wycieczek „Włochy klasyczne”. I dzięki Bogu. Bo urodę ma nie mniejszą niż te
        często nawiedzane, ale, jak to już było na przykład porównując San Giminiano i
        Volterę, spokój i cisza, choć nie pustka, pozwalają tę urodę chłonąć zupełnie
        inaczej, nawiązać z nią kontakt bliższy, bardziej bezpośredni. Po prostu krąży
        się po uliczkach, właściwie bez określonego celu, choć jest parę miejsc, które
        chcemy znaleźć. Najpierw trafiamy do katedry. Charakterystyczna dla Toskanii
        fasada z rzędami arkad i kolumienek, wygląda leciutko i wdzięcznie. Fasada
        jest asymetryczna, bo inaczej nie zmieściła by się dzwonnica. Wewnątrz piękny
        marmurowy grobowiec pięknej młodej patrycjuszki, ze zwiniętym u jej stóp małym
        pieskiem, rzeźbiony przez Jacoppo della Quercia. Jest też Koronacja Madonny,
        piękny obraz Girlandaja. Ale najpiękniejszy jest kościół San Michele in Foro.
        Wzniesiono wspaniała fasadę, lekką i pięknie dekorowaną, ale fasada sięga
        wyżej, niż ściany głównej, nawy, bo na dalszą budowę zabrakło pieniędzy. Dość
        często w nieustannych waśniach i rywalizacji miast – państw charakterystycznych
        dla włoskiej historii bywało tak, że miasto zyskiwało splendor i bogactwa a
        potem było pokonywane przez inne i podupadało, albo też upadek powodowała
        epidemia jakiej zarazy i tak zostawały budowle, których już potem nikt nie miał
        środków albo ochoty dokończyć.
        Zaglądamy jeszcze na Piazza Anfiteatro, ładny, urokliwy placyk w kształcie
        koła. Pierwszy raz nie mamy planu miasta, nie ma go w przewodniku, nie
        znalazłyśmy też biura informacji turystycznej, które tu działają znakomicie.
        Więc zupełnie nie wiemy, gdzie jesteśmy. Ale wolnym spacerkiem odnajdujemy
        drogę do katedry, a stamtąd już do naszej lagunki parę kroków.
        Wtorek – trzeba odpocząć przed podróżą, zresztą nasz program wykonałyśmy z
        naddatkiem Więc już tylko krótka przejażdżka po okolicy , resztę dnia spędzamy
        na leżaczkach koło domu z książką. Wieczorem pora zacząć się pakować.
        W środę ostatnie plażowanie. Najwspanialsze, morze spokojne, niebo bezchmurne,
        leciutka bryza łagodzi upał. Oj, jak się nie chce wyjeżdżać !
        Ale niestety pora wracać. Ostatni wieczór jak zwykle pogodny i spokojny.
        Przed szóstą jesteśmy na nogach, nasz gospodarz przyjeżdża po klucze i o
        siódmej ruszamy.
        Tym razem nie zatrzymujemy się nigdzie, tylko jeszcze ostatnie capuccino w
        przydrożnym barze. Jeszcze bajeczny widok, kiedy znajdujemy się u podnóża Alp i
        zanurzamy się w nie stopniowo. Potem zielone pagórki Styrii, jak z reklamy
        czekolady Milka.
        Wiedeń pokonujemy wolniutko , bo korki, ale bez problemów. Jeszcze
        kilkadziesiąt kilometrów i jesteśmy w Czechach. Hotel pozostawia nieco do
        życzenia, ale za to pstrąg z rusztu na kolację chrupiący, świeżutki i pyszny.
        Rano znów wcześnie w samochodzie, Czechy to już nieco gorsze drogi ale po
        czterech godzinach jesteśmy w kraju.
        Zajeżdżamy na obiadek do naszej ulubionej Wiejskiej Chaty, gdzie fundujemy
        sobie rozliczne atrakcje, od pysznego barszczyku, poprzez pyszną cielęcinkę,
        placuszek z jabłkami i na koniec nie możemy sobie odmówić domowego jabłecznego
        kisielku z gęsta wiejską śmietaną.
        Wszystkie porcje bierzemy na pół ale i tak ledwie dychamy.
        Po drodze znów rozliczne ro
        • krista57 Re: toskania o Toskanii,i 21.02.05, 23:01
          powiem tylko tyle -dziękuje toskanio za duchową uczte....zadne słowa nie oddadza
          chwil mile spedzonych dzięki Tobie.
          • natla Re: toskania o Toskanii,i 29.06.05, 08:35
            Wrzucam do poczytania dla zainteresowanych smile
            Sama chętnie jeszcze raz poczytałam.
    • vogino55 Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 20.12.05, 21:52

      -Następny uratowany,,,,,-
      "Dla każdego świeci jakieś słońce" (gdzieś w necie wyczytane)
      • natla Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 20.12.05, 22:38
        Ten znajduje sie w "Naszej ksiażce".......
        Wy w ogóle mnie nie słuchacie. Po to jest nasza ksiażka (tej to ja juz
        pilnujewink) żeby nam nikt nie odebrał najciekawszych opowieści.
        • regine Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 24.03.06, 21:49
          Albo tutaj. Bardzo ciekawe. Dzienniki z podróży, naszej Toskanii smile
          • sagittarius954 Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 24.03.06, 22:05
            Regine dzięki, zdrukowałem sobie , mam nadzieję że właścicielka wspomnień nie
            obrazi się , przecież nie wiem czy pracujesz zawodowo toskanio, ale powinniśmy
            szukać sponsora dla Twoich wypraw, mogłaby powstać naprawdę interesująca
            książka, wademecum turysty.
            • toskania8 Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 25.03.06, 00:08
              dzięki, cóż, sponsor zawsze może być mile widziany, ale chwalić Boga jeszcze na
              razie jakoś starcza. Może dlatego, że dla mnie od zawsze, nawet jak jeszcze
              byłam biedną studentką pierwszą rzeczą na jaką warto wydawać pieniądze . Więc
              oszczędzając na czym się dało, jeździłam, gdzie się dało.
              A może kiedyś , jak będę miała więcej czasu odświeżę i spiszę te wspomnienia,
              których kiedys nie spisałam na gorąco. I może rzeczywiście kiedyś będzie
              książka...
              Ale to chyba tylko marzenie.
              A na razie cieszę się, że się Wam podoba.
              Fajnie jest się dzielić myślami a jeszcze fajniej, że kogoś to interesuje.
              • natla Re: toskania o Toskanii - dziennik podróży w odci 25.03.06, 03:40
                Toskanio, bardzo interesuje. Potrafisz sprzedać, no i zainteresować. smile
Pełna wersja