toskania8
23.06.05, 23:08
udało mi się dokńczyć zaczęty dawno, jeszcze "przedtem" dziennik naszej
podróży.
Nie była może aż tak cudowna jak podróż do Toskanii, ale może chcecie
poczytać, dziś część pierwsza.
WINO I DESZCZ
Podróż winnymi szlakami Europy Środka
Kwiecień 2005
Dzień pierwszy – Cyprianówka
Wyruszamy jak zwykle z hejnałem, podróż przebiega bez emocji, do takich
wszakże nie można zaliczyć nieustających robót drogowych pod Łodzią i na
katowickiej „dwupasmówce”.
Do Cyprianówki dojeżdżamy akurat w porze kolacji. To agroturystyczne
gospodarstwo koło Pszczyny urządzone w ziemiańskim dworku z 1861 roku. Przed
bramą wita nas miła gospodyni a w progu rudy kot. W jadalni stare meble,
obrazy i bibeloty. Nie jest to wymuskany „stylowy” salonik jak z muzeum, ale
sprzęty nieco podniszczone, jakby dawni gospodarze domu wyszli na chwilę i
mieli zraz wrócić. Na stół wjeżdża waza pełna pachnącej zupy borowikowej a
zaraz potem wielka micha pierogów. Uczęstowane jeszcze nalewką pana domu
(receptura jest oczywiście tajemnicą), zasypiamy błyskawicznie.
Dzień drugi – Małe Karpaty.
Ruszamy na południe, mały skrawek Czech i oto już jedziemy skrajem
słowackiego Parku Narodowego Małe Karpaty. Wybieramy boczne dróżki, małe,
czyściutkie miasteczka. Robi się coraz bardziej zielono, kwitną drzewa,
forsycje, przydrożne tarniny, w ogródkach nawet tulipany. Ciepło, słonecznie,
wiosna wychodzi nam na spotkanie. Tak nam się w każdym razie jeszcze wtedy
wydawało.
Pierwszy nasz postój to Cerveny Kamen, jeden z najpotężniejszych zamków
słowackich, budowany od XIII wieku, obecny kształt jest XVI- wieczny. Na
podzamczu sprzedają dobra wszelakie, my kupujemy serce z piernika dla naszej
trzeciej i pierwsze butelki wina, całkiem zacne różowe winko, pięć złotych za
butelkę. Parę kilometrów dalej, w Modrej, obowiązkowo kupujemy parę
majolikowych drobiazgów, którymi słynie ta mieścina oraz, a jakże, kolejne
słowackie winka.
I już jesteśmy w Limbach, winiarskiej wiosce na obrzeżu Bratysławy, tu
przenocujemy. Ładne te słowackie zakątki, ale jeszcze dużo czasu upłynie
zanim będą umieli się sprzedać. W Limbach czy sąsiedniej wiosce Swiaty Jur
jest naprawdę ślicznie, zabytkowe, kolorowe domki winiarzy stoją rzędem wokół
zadbanego placyku. I kompletnie pusto. Taka winiarska wioseczka kilka
kilometrów od stołecznej Bratysławy powinna w ciepły, wiosenny sobotni
wieczór tętnić, powinny być winiarnie, restauracje, piwiarnie, muzyka, tłum
ludzi. A tu martwa cisza. Z trudem znajdujemy restaurację, zjadamy czosnkową
polewkę i pyszną pieczoną kaczuszkę, popijając lokalnym czerwonym winem,
lekko słodkawą frankowką. Ten szczep będziemy jeszcze spotykać, a to jako
austriacki blaufrankisch a to znów jako węgierski kekfrankos.
Z lekkim szumem w głowie wracamy do naszego pensjonaciku. I chyba to lekkie
oszołomienie sprawia, że Hania nie może znaleźć jednej skarpetki. Wysuwa więc
śmiałą hipotezę, że zapewne wyniosła ją na obcasie pani z recepcji, która
przyszła otworzyć nam okno. Skarpetka oczywiście znajdzie się nazajutrz rano,
kiedy wracamy do pełni władz umysłowych i fizycznych, z niewiadomego powodu
uczepiona mojej torby.
Dzień trzeci – Bratysława.
Bratysława jest ohydnym, ponurym rozległym blokowiskiem. I tylko Starówka
jest malownicza i miła, choć zupełnie ją sobie inaczej wyobrażałam, może z
racji bliskości Wiednia jako bardziej wiedeńską w klimacie. To przecież
habsburski Preszburg. A tu wąskie, kręte, trochę bezładne uliczki, w
pierwszej chwili trudno złapać jakiś kierunek i sens. Ale już po chwili robi
się miło i przytulnie. Centralnym punktem Starówki jest Rynek, czyli Hlavne
Namesti. Siadamy tuż przy wielkim oknie, z widokiem na cały plac i popijamy
pachnącą, gorącą, gęstą czekoladę. Jest dobrze. Przed nami kolorowe
kamieniczki Rynku, mieszczą się w nich ambasady Francji, Japonii, jeszcze
jakieś. Po drugiej stronie tak zwany Stary Ratusz. Zaglądamy do kliku
kościołów, najpiękniejszy jest ten najstarszy, franciszkański. Mimo uszkodzeń
spowodowanych trzęsieniem ziemi, zachowała się najstarsza, XIII –wieczna
gotycka część. W Pałacu Prymasowskim Sala Zwierciadlana ( a właściwe długa
amfilada sal z lustrami na krańcach i po bokach, co sprawa wrażenie
nieskończoności), gdzie w 1805 roku podpisano pokój preszporski między
Austrią a Francją. Bratysława to jedno z większych miast naddunajskich,
idziemy więc nad Dunaj. I tu wielkie rozczarowanie. Nie ma żadnych starych
mostów, tylko jakieś stalowo – betonowe koszmary. Nie ma nadbrzeżnej
zabudowy, to znaczy jest, ale wyłączne ponuro – betonowa. Żadnego klimatu. W
pobliżu Dunaju Plac Hviezdoslawa – chyba najelegantsze miejsce stolicy. Hotel
Carlton, kilka innych eleganckich hoteli, zabytkowe gmachy opery i
filharmonii, pośrodku skwerek. Ładnie, chyba tylko to miejsce trochę
przypomina Wiedeń.
Ale nadbrzeże Dunaju to nie ostatnie rozczarowanie. Opodal gotycka katedra, w
przewodniku opisywana jako wielkiej urody. Tymczasem zewnętrzna bryła jest
surowa i dość ciężkawa, brak jej zupełnie właściwej gotyckim budowlom
strzelistości, brak też zdobień, figur, ozdób. Wnętrze kryje podobno wiele
cennych zabytków. Mówię podobno, bo wnętrze można podziwiać tylko stojąc pod
organami, dalej wejścia broni jakaś taśma czy zasłona. Tak czy inaczej
wnętrze też nie sprawia wrażenia zbyt bogatego. Rozglądamy się więc chwilę i
ruszamy dalej.
Nasz ostatni punkt programu to zamek. Na wysokim wzgórzu góruje nad miastem i
wygląda imponująco. Z bliska jednak to ponure, ciężkie, masywne gmaszysko,
bez wdzięku i urody. Kudy mu tam do wiedeńskiego Hofburga!
Żeby jednak zostawić sobie po Bratysławie jakieś miłe wspomnienia (przecież
na to zasługuje!), wracamy jeszcze raz na kolorową Starówkę i zaglądamy do
kawiarenki w iście wiedeńskim (a jednak!) stylu. A więc skoro tak, to
koniecznie kawa po wiedeńsku i tort Sachera.
Miła jednak ta Bratysława.
Wracamy do naszego Limbach. Wieczorem zaczyna padać, leje całą noc .Jeszcze
nie wiemy (i dobrze), że tak już zostanie.