jeanne_n
23.02.05, 11:15
witam wszystkich
od kilku dni nurtuje mnie pewna sprawa. Jedna z moich bliskich koleżanek
(wiem, wiem jak to brzmi, ale zapewniam, że NIE chodzi tu o mnie

) spotyka
się z żonatym facetem - żeby dodatkowo skomplikować sytuację, to to jest jej
ex, który mieszka w innym mieście, a teraz przyjechał na kilka tygodni do
Warszawy i zaproponował jej spotkanie - na początku oczywiście wszystko
wyglądało niewinnie i jak najbardziej na stopie przyjacielskiej, ale potem
zaczęły się podchody. No i w końcu stało się - to się wkrótce skończy, bo on
niedługo wyjeżdża, ale mimo wszystko po którejś z kolei rozmowie z nią
przyłapałam się na tym, że zaczynam przybierać jakiś taki ciotkarski,
umoralniający ton - że tak się nie robi, że niepotrzebnie się w to wplątuje,
bo nic dobrego z tego nie wyniknie etc. Jej główny argument to to, że żona
jest jego problemem i to on bierze na siebie wyłączną odpowiedzialność za
ewentualny skok w bok, a ona nie chce w ogóle się nad tym zastanawiać (więc,
jak widać, ja robię to poniekąd za nia

)
Jeśli komuś udało się dotrzeć do końca tej historii, to mam pytanie - czy
jakiekolwiek względy czynią taką sytuację choć trochę "usprawiedliwioną"?
wiem, że odp. wydaje się oczywista, bo przecież "nie rób drugiemu co Tobie
niemiłe" etc. ale coś w tym musi być, bo to nie jest odosobniony przypadek -
coś niedobrego się dzieje ze współczesnymi związkami - coraz częsciej
obserwuję analogiczne syt. wśród moich znajomych singli i nie napawa mnie to
optymizmem, oj nie...
przykro mi, że debiutuję tu taką gorzką pigułą, ale jestem ciekawa Waszych
opinii. A - i jeszcze jedno - czy wina, według Was leży równo po obu
stronach, czy któraś ze stron jest zdecydowanie bardziej winna?
Pzdr.