K. i szkodniki...

13.06.05, 09:50
Zupełnie znienacka spadło na mnie ognisko. Dawno nie jadłem pachnącej dymem
kiełbachy - więc postanowiłem się wybrać. Totalnie obcy ludzie [ znajomi
znajomych znajomych...] - ale co tam - nabyłem sznapsa, wurst i zamknąłem drzwi.

Na miejscu od razu przyczepił się do mnie4-letni brzdąc - latorośl zastanej
na miejscu kobiety. Na poczatku tylko zaczepiał, ale już po kwadransie
dosłownie właził mi na głowę, tulił się, znosił ślimaki etc... Było nas tam
dobrych paręnaście osób - a on musiał upatrzeć sobie własnie mnie, kiedy ja
organicznie wręcz nie trawie dziecismile - nie interesował go nikt inny, nikogo
nie zaczepiał - no i siłą rzeczy zostałem nowym "wujkiem" smile
Sytuacja zrobił sie o tyle dziwna, że malec zupełnie mi nie przeszkadzał
włażeniem na kolana, nieustannym zaczepianiem etc - a mnie na samą myśl o
dzieciach piana na pysk wychodzismile

Sytuacja dla mnie kompletnie niezrozumiała - ja do dzieci - raczej
niekoniecznie - za to one do mnie - jak ajbardziej.
Co gorsza, jak już zaczepią, to ta cała moja niechęć gdzieś w czorty idzie i
po chwili słyszę żartobliwe "no no, chyba znalazłeś swoje powołanie"...

siłą rzeczy cała sytuacja skończyła się bardzo przyjemnym wieczorem z
rodzicielką tegoż malca [ młodziutka, szalenie atrakcyjna mama wink ], i
wszystko wskazuje na to, że ciąg dalszy nastąpi

ależ dziwnie sie porobiło...
    • wenecka Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 09:59
      a może tą sytuację odceniasz dopiero teraz, po tym, jak tę rodzicielkę
      poznałeś? przez jej pryzmat, hm? smile
      whatever, powodzenia. smile
      • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 10:06
        oj nie - rodzicielka pojawiła sie jakieś 2h po tym, jak zostałem przez malaca
        "zaatakowany" co do jej samej - nic wielkiego "nie zaszło" - miło nam się
        gawędziło i tyle ;P

        po prostu PO RAZ KOLEJNY okazało sie, że pomimo mojej niechęci do dzieci, one
        same do mnie lgną, a mi potem niechęć gdzies sie rozmywa...
        • wenecka Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 11:14
          a może tą niechęć sobie wymyśliłeś i Ci się tylko wydaje, że ona jest, a tak
          naprawdę to jej nie ma?
          może po prostu wzbraniasz się przed czyms czego się boisz ? ojcostwem na ten
          przykład?
          może to jest tak, jak z dzieckiem, ktore mówi, że nie lubi szpinaku, którego
          nigdy nie jadło, a jak spróbuje nie wiedząc, że je szpinak, to się okazuje, że
          to po prostu rewelacja?
          smile
          • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 11:28
            ja doskonale wiem, dlaczego szkodników nie lubię - bo oznaczają odpowiedzialność
            za kogoś więcej, niż siebie. Po prostu - to jest to, czego boi się większość
            znanych mi facetów - ograniczenia własnej swobody na rzecz kogoś kompletnie
            bezradnego, nad kim trzeba skakać i poświęcać własny czas. Z kim nawet piwka sie
            napić, czy pogadać o "męskich sprawach" sie nie da...
            Dzieciarnia, szczególnie niemowlaki, bo paroletni szkrab to już zupełnie inna
            śpiewka,podświadomie uruchamia wszystkie moje lęki - i dlatego tak ich nie trawię.

            mój kumpel, dorosły ojciec dwojga dzieci powiedział kiedyś takie zdanie "żaden
            facet nie jest gotowy na dzieci i związaną z nimi odpowiedzialność, do momentu,
            aż życie nie postawi go przed faktem dokonanym" - i ja sie z tym zgadzam. Jakos
            nie ciągnie mnie do sprawdzania, "jak ten szpinak smakuje" wink

            Z drugiej strony, sytuacje taka, jak sobotni wieczór/noc uswiadamiają
            człowiekowi, że czasem jest zupełnie inny, niż mu sie wydaje, że jest - i chyba
            z tym najtrudniej jest się mi oswoić...
    • ancia_m Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 10:06
      Wiesz, często nam się tylko wydaje, że coś jest nie dla nas, lub że my nie
      jesteśmy do czegoś zdolni, a jak przyjdzie co do czergo to jest zupełnie
      odwrotnie i odnajdujemy się świetnie w nowej rzeczywistości...
      Życzę udanego dalszego ciągu Krzyśku smile
      • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 10:20
        kurcze, ancia, ale ja SIĘ BOJĘ dzieci, przeraża mnie odpowiedzialność za nie
        (tak, jestem jeszcze gówniarzem i wcale sie z tym nie ukrywam} samo ustawienie
        się w hipotetycznej sytuacji, choćby parogodzinnej opieki nad dzieckiem,
        przyprawia mnie o gęsią skórkę - a potem odnoszę spiącego malca do samochodu...
        nie no, rozpieprzyła mnie ta sytuacja - wydawało mi sie, że wiem, na czym
        stoje, a tu taka heca...
        • ancia_m Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 10:34
          Krzyśku, rozmumiem Twój strach, ale jak sam mówisz, malec ci nie przeszkadzał,
          co już Cię zaskoczyło, więc nie jest z Tobą aż tak źle jak Ci się wydaje!
          A sytuacje są rózne, ale wiem to ze swojego doświadczenia, że często nam się
          tylko wydaje, że sobie nie poradzimy, że to, że tamto... Ja tak samo
          podchodziłam do dzieci, nigdy nie podejmowałam się opieki nad nimi, ani nic. A
          jakiś czas temu, kiedy zmuszona przez sytuację byłam do zajęcia się małą
          dziewczynką wszystko się zmieniło...
          A wiesz jak ja się ba łam przez te pierwsze dni? Ile nerwów się najadałm, ile
          wmawałam sobie, ze to nie dla mnie! Ale z czasem wszystko było tak naturalne,
          że jak się miałam z nia rozstać to było mi cholernie smutno...

          Ja sama teraz się zapieram, że nie chce mieć teraz dziecka, że absolutnie nie,
          bo to nie mój czas, bo jestem młoda i mam teraz injne plany, ale nie wiem
          jakbym się zachowała w sytuacji gdybym była w ciąży...

          Tak więc nie martw się bez potrzeby, a co będzie to będzie! smile
    • jeanne_n Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 10:11
      nie od dziś wiadomo, że los ma poczucie humoru (chociaż często dość
      specyficzne) i uderza z tej strony, z której najmniej się tego spodziewamy smile)

      oby tak dalej Krzyśku big_grinD
      • cytryna15 Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 11:46
        no, no Krzysiu... widzę, że nieźle zmiekłeś smile)))))
        Zapytaj ją czy umie ugotować pomidorową smile)))))
        • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 11:52
          oj, cytryna wink
          matka jest tu elementem drugoplanowaym całej historii.
          najgorsze w tym wszystkim jest to, że całą moją niechęć do dzieci o kant dupy
          potłuc.
          Dzieciaki mnie lubią, a ja znajduję z nim wspólny język.
          no przesrane...
          • cytryna15 Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 12:01
            krzysiek_dwadziesciapare napisał:

            > oj, cytryna wink
            > matka jest tu elementem drugoplanowaym całej historii.
            > najgorsze w tym wszystkim jest to, że całą moją niechęć do dzieci o kant dupy
            > potłuc.
            > Dzieciaki mnie lubią, a ja znajduję z nim wspólny język.
            > no przesrane...

            No co Ty, jak się głebiej zastanowisz to same plusy smile))))))
            Dzieciak Cię zmiękczył, a jest odchowany więc najgorsze Cię ominęło, jakby co
            to możesz na swojego w spokoju czekać bez nacisków itp.
            do tego matka atrakcyjna..., jak jeszcze umie gotować pomidorową to jesteś
            ustawiny na najbliższe kilka lat smile))))))))
            >
    • tamara_t Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 13:49
      Hihihi big_grinDDD
      Krzysiu, słonko. Nie od dziś wiadomo, ze zdecydowana większośc facetów lubi
      dzieci, aby obce tylko do momentu urodzin swoich ;P
      Gęba śmieje mi się od ucha do ucha i trzymam kciuki hi hi hi big_grinDDDDDDD
      Wiem, że mama to sprawa drugorzędna w tym wątku, ale coś czuję, że to się może
      zmienić ;PPPPPPPPP
      • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 13:58
        "Nie od dziś wiadomo, ze zdecydowana większośc facetów lubi dzieci, aby obce
        tylko do momentu urodzin swoich ;P "

        Moja droga, ja nie lubię dzieci oficjalnie - nie lubię gdy coś mnie ogranicza,
        absorbuje moją uwagę nie dając do tego nic w zamian [ to "w zamian" to istotna
        różnica między dzeckiem a np kobietą ;P ]. Jak mam być za coś/kogoś
        odpowiedzialny, chciałbym też z tego tytułu jakies "wynagrodzenie" wink
        Tak, interesowne i egoistyczne bydle jezdem smile
        czy to sie zmieni kiedyś, po urodzeniu "moich" - pewnie tak, bylebym nie za
        szybko sie o tym przekonał ;P

        a co jego mamy - cóż - rozmawiało się nam miło, ale cała ta sytuacja jest utkana
        wielkimi znakami zapytania.
        Ale czemu ja sie dziwię - zawsze ciagnęło mnie do ludzi nie do końca
        poukładanych...
        • tamara_t Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 14:07
          > Moja droga, ja nie lubię dzieci oficjalnie - nie lubię gdy coś mnie ogranicza,
          > absorbuje moją uwagę nie dając do tego nic w zamian [ to "w zamian" to istotna
          > różnica między dzeckiem a np kobietą ;P ].

          No Krzysiu kochany, dziecko to taka osobliwa istota, którą kocha się za to że
          jest i chore jest oczekiwanie czegokolwiek w zamian. Nawet na szacunek u
          dziecka trzeba sobie zapracować. Nie ma lekko.
          Ale pociesz się tym, że dziecko bezinteresownie i bezkrytycznie [przynajmniej
          do pewnego wieku] obdarzy Cię swoją cudną miłością i będziesz dla niego
          [niezależnie od płci] niemalże guru - pod warunkiem, ze nie znikniesz, albo
          wszystkiego nie skopiesz - do czego ojcowie [a i matki częstwo też] mają
          wyjątkowy talent...

          Jak mam być za coś/kogoś
          > odpowiedzialny, chciałbym też z tego tytułu jakies "wynagrodzenie" wink

          Nie chce mi się wierzyć, że wierzysz w to co mówisz.

          > Ale czemu ja sie dziwię - zawsze ciagnęło mnie do ludzi nie do końca
          > poukładanych...

          Hm. Wiesz, to że samotnie wychowuje dziecko, nie znaczy, ze jest
          niepoukładana... może to ojciec dziecka nie jest poukładany?...
          • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 14:27
            i tutaj rozbijamy sie o pewną istotną kwestię.
            bezwarunkowa jest miłość matki [ 9 mieś z brzuchem i instynkt macierzyński robią
            swoje ] na miłość ojca natomist trzeba sobie zasłużyć [ jasne, są wyjatki, ale
            pozwalam sobie genralizować ]. Facet nie kocha za to, że "się jest", tylko za
            jakieś konkretne rzeczy. Dla matki dzieciak jest skarbem, dla ojca zaś najpierw
            konkurentem a potem [ w wieku późniejszym ] partnerem, by w wieku dorastania
            wejśc z nim w nieśmiertelny konflikt. Miłośc matki [ bezwarunkowa i wszystko
            wybaczająca ] jest dla dzieciaka rozwydrzająca - toteż dla równowagi potrzebny
            jest ojciec, który czasem przyleje, ale też pochwali gdy trzeba [i tak dalej...]

            Facet nie wchodzi w związek dla dziecka, tylko dla kobiety - toteż bezwarunkowe
            uwielbienie ze strony szkraba jest tu tylko bonusem dla tych, który cierpią na
            "kompleks autorytetu". Dla faceta "wynagrodzeniem" [oj, oberwie mi sie po uszach
            za tą handlową terminologię smile ] za związek (pomoc w wychowaniu dziecka,
            przynoszenie srodków do życia, reperowanie zlewu etc) jest... seks [ od prania
            jest pralka, z gotowaniem też sobie poradzi...]. Jasne, do tego dochodzą też
            sprawy duchowe, ale wszystko inne, poza seksem, można uzyskać z relacji
            przyjacielkiech - toteż wchodzenie dla nich w małzeństwo i dzieci jest raczej
            bezcelowe.
            jako puenta całego mechanizmu przypomina mi się stierdzenie" kobieta daje
            mężczyźnie seks za miłość, a meżczyzna kobiecie miłość za seks"

            "Nie chce mi się wierzyć, że wierzysz w to co mówisz."
            Niestety, ale wierzę smile
            rodzina to chmara napietrzających się obowiązków. Jeśli miałbym sie w to [ w
            przyszłości tak odległej, że aż abstrakcyjnej ]pakować, to wynagrodzeniem,
            jakiego oczekuję za borykanie się z tymi obowiązkami[ poza sprawami oczywistymi
            ] jest chociażby talerz mojej ukochanej pomidorówki po powrocie z roboty...
            Wydaje mi sie to banałem - ja walczę z mamutami,a kobieta pryrządza z niego
            sznycel [ a sobie błyskotki z poroża wink ]
            • tamara_t Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 14:39
              Hm. Chyba jako kobieta nie jestem w stanie zrozumieć tego co przeczytałam. Z
              połową się nie zgadzam, co potwierdza fakt, że jako przedstawiciele różnych
              płci - jesteśmy od siebie bardzo odmienni.
              Postaram się dopisać moje, odmienne zdanie:

              > bezwarunkowa jest miłość matki [ 9 mieś z brzuchem i instynkt macierzyński
              robi
              > ą
              > swoje ] na miłość ojca natomist trzeba sobie zasłużyć [ jasne, są wyjatki, ale
              > pozwalam sobie genralizować ].

              Nie rozumiem ani słowa z powyższego - nie jestem w stanie objąć moim ciasnym
              umysłem, że można być tak okrutnym by stwierdzić, że na miłosć ojca trzeba
              sobie zasłużyć. To burzy moje pojęcie z jakiego powodu mój ojciec od mojego 7.
              roku życia nie kontaktuje się ze mną. Bo nie zasłużyłam sobie na to???!!!
              Krzysiu, zastanów się jeszcze raz nad tym i mam szczerą nadzieję, że nie masz
              racji, co więcej jestem przekonana, ze trzeba być cholernym sukinsunem, zeby
              zostawić dziecko z poczuciem świętej niewinności, bo dziecko.. nie zasłużyło
              sobie na miłosć. To jest zwyczajnie PODŁE.

              Dla matki dzieciak jest skarbem, dla ojca zaś najpierw
              > konkurentem a potem [ w wieku późniejszym ] partnerem, by w wieku dorastania
              > wejśc z nim w nieśmiertelny konflikt

              Tego w zasadzie też nie chwytam. Wiem, ze w życiu bywa inaczej, ale ja uważam
              [powtarzając za Eichelbergerem] że więzi poziome muszą być silniejsze niż
              pionowe - nie moze być silniejsza miłosć któegokolwiek rodzica do dziecka, niż
              do małżonka/ partnera. Nie wydaje mi się też, żeby konflikt okresu dorastania
              był nieśmiertelny - mam dookoła siebie mnóstwo przykładów doskonałęj atmosfery
              ojciec - dziecko, kiedy to drugie jest już dorosłe. I nie chcę wierzyć w to, ze
              musi być jak Ty piszesz.

              Miłośc matki [ bezwarunkowa i wszystko
              > wybaczająca ] jest dla dzieciaka rozwydrzająca -

              To też nie musi być tak. Miłość bezwarunkowa nie musi oznaczać rozwydrzania;
              mozna kochać, ale trzymać dziecko w odpowiednim pionie. Uważam, ze
              najważniejsze to kontrolowana swoboda - zwłaszcza jak dziecko potrafi i chce
              podejmować decyzje samodzielnie. Dziecko nie jest przedłużeniem matki, jej
              ambicji i oczekiwań i współczuję kobietom, które sądzą inaczej.

              Dla faceta "wynagrodzeniem" [...] za związek [..] jest... seks

              To rozumie się samo przez się - na początku. A co na starość? Nowy związek?
              Hm... chybanigdy nie pojmę toku myślenia facetów.

              No nic, reszty nie będę komentować bo i tak wyszło na to, że z niczym się nie
              zgadzam. Taki los, że różni jesteśmy od siebie. Nudno byłoby gdyby było inaczej.

              A kiedy Ciebie czytam przypomina mi się "5x2". Smutne to.
              A pamiętm obrazek jaki nam namalowałeś, kiedy leżysz na materacu, a Twoja
              partnerka woła z kuchni " Krzysiek zbieraj dzieciaki, obiad gotowy"... Zmieniły
              się plany?
              • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 14:54
                zasłużyć sobie na miłość a zwiać od matki i dziecka to 2 różne bajki.
                facet kocha [np] syna - bo gra dobrze w piłkę, jest zdolny, mądry - w
                zależności od tego co ojciec ceni. Facet kocha dzieciaka za to, co dla niego
                samego jest ważne. Jeżeli spełnia "oczekiwania ojca" - ten uważa go za dobrego
                "nastepcę" i tu sie zaczyna ojcowska miłość. Tak ja to [ na bazie swoich
                doświadczeń ] widzę. Zostawienie matki i dziecka to.. nie mam określenia, a na
                wulgaryzmy dziś nie mam ochoty.

                co do konfliktu ojciec/syn - Eichelberger może sobie gadać co chce. KAŻDY z
                moich kumpli [ ze mną włacznie ] w pewnym wieku [ od ogólniaka wzwyż ]
                przechodził fazę buntu wobec ojca. To tak samo jak u zwierząt - młody samiec
                dorasta i próbuje swoich sił w hierarchii stada...Freuda polecam - sporo i do
                rzeczy o tym pisał.

                "Dla faceta "wynagrodzeniem" [...] za związek [..] jest... seks To rozumie się
                samo przez się - na początku. A co na starość? Nowy związek? Hm... chybanigdy
                nie pojmę toku myślenia facetów."

                a na starośc jest przyzwyczajenie, znajomość swoich nawyków wspólna przeszłość
                etc - może być pięknie, jeśli ludzie się dobrze dobrali. Co nie zmienia faktu,
                zę monogamia jest sprzecza z męska naturą - ot co - a to, czy ktoś z nią
                walczy, czy nie - to jego indywidualna sprawa smile

                "A pamiętm obrazek jaki nam namalowałeś, kiedy leżysz na materacu, a Twoja
                partnerka woła z kuchni " Krzysiek zbieraj dzieciaki, obiad gotowy"... Zmieniły"

                Ależ ja dalej mam tą wizję - nic się nie zmieniło - nie widze żadnej
                sprzeczności z tym, co napisałem, a ową "wizją".
                Daj znać, jeżeli widzisz takowe wink
                • tamara_t Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 15:07

                  > co do konfliktu ojciec/syn - Eichelberger może sobie gadać co chce. KAŻDY z
                  > moich kumpli [ ze mną włacznie ] w pewnym wieku [ od ogólniaka wzwyż ]
                  > przechodził fazę buntu wobec ojca. To tak samo jak u zwierząt - młody samiec
                  > dorasta i próbuje swoich sił w hierarchii stada...Freuda polecam - sporo i do
                  > rzeczy o tym pisał.

                  W zbyt wielu kwestiach nie zgadzam się z teoriami Freuda, żeby szukać
                  dodatkowych jego pism oprócz tych, które czytałam.

                  > a na starośc jest przyzwyczajenie, znajomość swoich nawyków wspólna przeszłość
                  > etc - może być pięknie, jeśli ludzie się dobrze dobrali. Co nie zmienia faktu,
                  > zę monogamia jest sprzecza z męska naturą - ot co - a to, czy ktoś z nią
                  > walczy, czy nie - to jego indywidualna sprawa smile

                  Tak sobie myślę wielokrotnie, ze mężczyźni są jednokierunkowi w stosunku do
                  biologicznego determinizmu płci - jeśli mówimy o naturze, to z powodów
                  biologicznie oczywistych kobieta nie jest stworzona do poligamii i zawsze
                  będzie dążyła do zatrzymania mężczyzny/ ojca swego potomstwa [jedno nie musi =
                  drugiemu] przy sobie. Mimo to wielokrotnie odnoszę wrażenie, ze o ile naturalne
                  i oczywiste wydaje się Wam [mężczyznom] Wasze przeznaczenie do ciągłych
                  podbojów, tak równie ciężko Wam zrozumieć nasze przeznaczenie do ciągłęj walki
                  o zachowanie Was przy sobie ;P Polecam "Wojnę Plemników" Bakera - stricte
                  medyczno-biologiczny punkt widzenia.
                  www.sobraz.most.org.pl/nr03/k05.html
                  > Ależ ja dalej mam tą wizję - nic się nie zmieniło - nie widze żadnej
                  > sprzeczności z tym, co napisałem, a ową "wizją".
                  > Daj znać, jeżeli widzisz takowe wink

                  Nie napisałeś wprost, ale takie odniosłam wrażenie - ale dysonans zapewne
                  widoczny jest tylko dla mnie jako przedstawicielki płci "słabej". Nie ważne.
            • zeppelia Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 15:01
              Krzysiu, ja wiem, że z Ciebie kawał cholery..
              Ja mam nadzieję tylko, że to Twoja poza (nawet przed samym sobą), jesteś
              inteligentnym facetem i wiesz jak to wykorzystać, wiesz że możesz inteligencją
              zabijać.. bo możesz. Błagam Cię jednak, zlituj się nad samotnymi matkami, my
              mamy wystarczająco przesrane i wiemy jak twarde jest życie. Nie wtajemniczaj
              owej kobiety w swoje teorie bo choć ona pewnie twardziel (jak to matki samosie)
              to spodziewa się gdzieś w głębi, że jednak ktoś zdejmie z niej część ciężaru i
              nie dlatego że mu się nadstawi i ugotuje zupę a dlatego że ją zwyczajnie
              pokocha.
              mam nadzieję że jestes jednak dobrym człowiekiem a twoja oschłość i niska
              temperatura wynika z tego, że jeszcze tego nie odkryłeś (coś jak z tym maluchem
              co Ci po głowie skakał)
              powodzenia smile
              • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 15:20
                zeppelia, nie rób ze mnie potwora, ja cie proszę smile
                jasne, ze PIERWSZYM I PODSTAWOWYM powodem dla którego wiąże się z jakąkolwiek
                kobietą, jest to, że czuję do niej zdecydowanie niż li tylko chuć. Miłośc jest
                kluczowym warunkiem całej wyprawy pt "jesteśmy ze sobą". Drugim jest seks. całą
                resztą [ polowanie na mamuty, gotowanie, sprzątanie etc ] potrafię zająć się sam
                [ nic innego zresztą od kilku lat nie robię ] - więc nie do tego jest mi kobieta
                potrzebna.
                Jasne, że bycie z kimś to nie tylko śmiechy chichy, ale też [a w latach
                późniejszych - czyt:rodzina - przede wszystkim] wzajemne wspieranie i
                pomaganie sobie - nie wspominałem o tym, bo uznałem to za tak oczywiste, że aż
                banalne smile

                natomiast bronił bedę poglądu "wymiennego" - bo taka jest miłość. kochamy kogoś
                bo realizuje jakieś tam nasze oczekiwania [ ciepło, zrozumienie, oparcie etc ,
                nie wspominając już o atrakacyjności przemieszanej z pożądaniem].
                Nie kocha się "ot tak, znikąd" - bo musielibyśmy kochać każdą napotkaną osobę smile
                • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 15:22
                  ERRATA:
                  jasne, ze PIERWSZYM I PODSTAWOWYM powodem dla którego wiąże się z jakąkolwiek
                  kobietą, jest to, że czuję do niej zdecydowanie WIĘCEJ niż li tylko chuć"

                  o raju, ale wpadkasmile
                  • zeppelia Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 15:28
                    nie wiem jak ja czytałam ale dokładnie tak zrozumiałam.. wink
                • zeppelia Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 15:27
                  Krzychu, to co dla mnie oczywiste, nie koniecznie dla innych. Reszta Twoich
                  teorii mnie nie obchodzi (mimo że się zgadzam z Tobą)
                  Kopa tylko na rozpęd daje wink to nawet mniejsza odpowiedzialność niż gdybyś
                  spłodził własne bo matki takie są bardzo samodzielne i nie mają postawy
                  roszczeniowej wobec facetów (generalizuje). No i wszystkie sąsiadki będą się
                  nad Tobą rozpływać, jaki dobry chłop i jaki porządny... ;P
                  • krzysiek_dwadziesciapare Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 15:34
                    "to nawet mniejsza odpowiedzialność niż gdybyś spłodził własne bo matki takie są
                    bardzo samodzielne i nie mają postawy roszczeniowej wobec facetów
                    (generalizuje). No i wszystkie sąsiadki będą się nad Tobą rozpływać, jaki dobry
                    chłop i jaki porządny... ;P"

                    Babka jest sympatyczna, nogi mi sie co prawda nie ugjęły, ale jest to ten typ
                    człowieka, którego głupio byłoby zostawić "na poboczu znajomości". Na pewno
                    chciałbym się spotkać z nią pogadać - bo sobotni wiczór dał mi przedsmak
                    inteligentnej i błyskotliwej kobitki, ale trochę się całej sytuacji boję. Boję
                    się tego, by za bardzo "nie rozgrzebać", nie narobić nadziei.
                    Niby stawiam sprawę jasno [ szczerze nam sie gawędziło ] ale wiadomo, że życie
                    swoją drogą...

                    ale nic to - tel mam - więc wszystko zależy od mnie big_grin
    • suza Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 14:12
      Krzyśku, może szkodniki tak do Ciebie lgną, bo jako jedyny z wujów nie
      dziamdziasz się z nimi, tylko jesteś normalny, a szkodniki, jak mało które
      osobniki, wyczuwają nieszczerość. A Ty się do nich nie przymilasz, nie mizdrzysz
      i może to im się w Tobie tak podoba, że postanawiają usiąść Ci na głowie wink ?

      Jak to śpiewa stary Morrissey:

      "The more you ignore me, the closer I get..."
      • tutusiam Re: K. i szkodniki... 13.06.05, 17:07
        Czekam z niecierpliwością na dalszy ciag tej historii...
Pełna wersja