pulsarkowy
27.07.06, 03:29
godzina za 15 polnoc. 4,5 km od domu. odbior roweru. skad inand wiem, ze na "miejsce zbrodni" dojechal o wlasnych silach z drugiego konca miasta. potem stal jakies 12 godzin na klatce schodowej.
- tu jest kluczyk. se obejrzy.
- ok. tylko daleko na nim nie dojade.
- czemu?
- no kapec kompletny z tylu!
- eee. niemozliwe, pewnie jakis gowniaz spuscil, 200 metrow dalej jest stacja i kompresor.
- ok. biore.
Udalem sie na stacje. 200 metrow dalej. po 5 minutach walki z kompresorem (kurde, wstyd sie przyznac, jezdze samochodem "od urodznia" choc od roku nie mam swojego juz, a nie umialem napompowac glupiego kolka w rowerze), nadjechal On, wlasciciel znaczy. Napompowal.
- Nie powinno schodzic. To jak?
- Ok - mowie. Zalatwilismy sprawe. Powietrze bylo. No to gonie sobie do miasta.
Nie bede juz wiecej opowiadal efekt byl taki, ze pompowalem jeszcze raz, nastepnie zachrzanialem 6 kilometrow do domu piechota z rowerem na tylnym kapciciu od 2giej w nocy.
Tak wlasnei wygladal moj pierwszy w tym sezonie dzien rowerowy.
Sorki.
Musialem sie wygada.
Wrrr....