pulsarkowy
26.08.06, 00:14
dawno nie spedzilem takiego wieczoru. choc niestety zakonczyl sie epizodem "lamiacym mi serce"...
kolo 16tej wrocilem z pracy, zjadlem obiadek zajrzalem na forum, szybki prysznic i swieze ciuchy... po czym odwiedzilem zaprzyjaznione malzenstwo (tzn. przyjaznilem sie z nia, on jakby wszedl przez malzenstwo, ale jest ok).
ona - polonistka, on - historyk. plus 2 letni chlopczyk ("wujek... damy rade" - piekny tekst). mrozona kawa. potem maly kolezka poszedl spac. bylo pomidorowe gaspachio i pyszne cieple buleczki wypieku Pani Domu, i zielona herbatka Silver Moon... i "talk talk" prawie do polnocy (mieszkam kwadrans od nich spacerowym krokiem)... odpoczalem (psychicznie) jak dawno...
tylko na koniec... cala droge pokonal ze mna piesek, nieduzy kundelek, calkiem ladny i jakis taki... smutny. a kiedy patrzyl na mnie jak zamykalem za soba drzwi do klatki schodowej... ech...serce mi pekalo, ze nie moglem go "zaprosic"... a z roznych przyczyn na prawde nie moglem. dla uspokojenia sumienia powiedzialem mu "jesli pojawisz sie w poniedzialek, wieczorem - to nie obiecuje, ale moze sie jakos dogadamy"... popatrzyl jeszcze chwile... i poszedl w noc...