arecki2007
11.10.06, 16:37
Poznałem ją na kursie z finansów, który odbywał się 2 razy w tygodniu przez
około półtorej miesiąca. Siedziała na drugim końcu mojego rzędu stolików i od
pierwszego dnia przykuła moją uwagę nieprzeciętnym typem urody. To był typ
lekko śródziemnomorski, przypominała dziewczyny na plakatach reklamujących
wakacje we Włoszech lub Hiszpanii. Zauważyłem, że jest bardzo ambitna więc
poderwałem ją na pilnego uczestnika kursu. Zadawałem dociekliwe pytania
wykładowcom (pod publiczkę) i wymieniałem się z nią notatkami pod pretekstem
sprawdzenia danych. Początkowo szło mi opornie, musiałem działać bardzo
dyskretnie. W końcu wiadomo, niepoto firmy wydają grube pieniądze a
pracownicy chodzą na wykłady, żeby ze sobą romansować. Nie mniej ostatecznie
dopiąłem swego i po zakończeniu kursu miałem jej adres e-mail.
Odezwała się pierwsza, podając mi informacje, które niby bardzo
potrzebowałem. Po okresie naukowo towarzyskiej korespondencji zaproponowałem
pierwsze spotkanie. Zgodziła się. To była szansa, której nie mogłem
zmarnować. Wybrałem najlepszą kafejkę, opracowałem wszystko w
najdrobniejszych szczegółach: wszystkie wystrzałowe gadki, zabawne historyjki
oraz to, że na końcu chwycę ją delikatnie za nadgarstek i podziękuje za to,
ze zgodziła się przyjść. Udało się. Spotkanie było sukcesem. Wracaliśmy
roześmiani i wyluzowani niczym starzy znajomi. Minęły zaledwie 2 godziny a ja
już widziałem iskierki w jej piwnych oczach mówiące "bierz mnie".
Po pierwszym spotkaniu były następne, zaczęły się wypady do kina, spacery,
wreszcie wspólna wycieczka w gronie znajomych. Na wycieczce często
przebywaliśmy razem odrywając się od reszty grupy. To były piękne dni,
wydawało mi się, że chodzę w chmurach. Czasem tylko wyczuwałem dziwny dystans
miedzy nami, nie bardzo wiedziałem o co chodzi, ale ignorowałem to gdyż
całość szła w bardzo dobrym kierunku.
Po wycieczce uznałem, że czas delikatnie porozmawiać i określić dalszy
kierunek naszej znajomości. Umówiliśmy się jak zwykle w parku. Pogoda była
wymarzona, słońce świeciło, ptaszki śpiewały, skręciliśmy w alejkę mało
uczęszczaną. Nadszedł więc moment aby stopniowo zagłębiać się w kluczowy
temat i w odpowiedniej chwili wykonać gest przy którym nawet największym
twardzielom serce staje w przełyku (mam na myśli pierwszego buziaka). Wziąłem
głęboki wdech, zebrałem się w sobie... i co?... i nic. Chyba nie
doceniłem "przeciwnika" albo coś spaprałem. Dostałem kosza. Szok. Totalne
zaskoczenie. Początkowo nie wiedziałem co robić, pamiętam tylko jej
słowa: "...nie, proszę, nie próbuj". Wrodzona męska duma zabroniła mi zapytać
dlaczego, prosić, wyjaśniać lub negocjować. Natychmiast wycofałem się,
obróciłem wszystko w żart i zmieniłem temat. Nie pamiętam, o czym
rozmawialiśmy do końca feralnego spaceru, ale kwestie relacji damsko męskich
omijałem szerokim łukiem.
O dziwo danie mi kosza wcale nie przeszkadzało jej wysyłać do mnie maile i
smsy oraz dalej umawiać się ze mną. Dziwne to były jednak spotkania. Ja niby
wyluzowany, udawałem, że nic nie było. Ona chwilami spięta, patrzyła na mnie
dziwnie tajemniczo, czasami prosto w oczy, jakby na coś czekała, ale też
czegoś się obawiała. Kompletnie nie wiedziałem o co chodzi. Odebrałem to jako
wyraz niezdecydowania lub bliżej nieznanych mi kompleksów. Nie chcąc pakować
się w kolejną wpadkę postanowiłem zakończyć w końcu cały ten cyrk, przerwałem
spotkania i zawiesiłem korespondencje tłumacząc się nawałem obowiązków w
pracy.
Do dziś nie wiem co wtedy spaprałem i czy na pewno była to moja wina. Jako,
że sprawa wciąż błąka się w mojej pamięci postanowiłem ją opisać. Może to
pozwoli mi wreszcie o niej zapomnieć.
życzę wszystkim więcej szczęścia!
Arecki