robert.83
22.02.09, 12:47
Ostatnio sporo zmużdżam się nad pewnym tematem. Żeby nie przedłużać – chodzi o relacje damsko męskie (jak zwykle) i tzw. przeciąganie liny.
Czy to nie jest przypadkiem tak, że zaangażowanie jednej strony powoduje spadek chęci u drugiej? Dlaczego jest tyle „sensownych panienek” dostających w dupę od mało wartych facetów? I odwrotnie – tyle kobiet wyciera podłogę swoimi upodlonymi mężczyznami?
Czy do tego, żeby czuć prawdziwy ogień potrzebujemy poczucia niebezpieczeństwa utraty drugiej strony?
To jak do cholery ustawić relacje, jeśli chcę dać właśnie poczucie całkowitej akceptacji i jednocześnie zachować należny mi (i każdemu w ogóle) poziom szacunku i godności?
Czytałem ostatnio wypowiedzi o zdradach (kobiet przez mężczyzn). Między słowami zrozumiałej krytyki przewijała się teza że facet ZYSKUJE wtedy w oczach partnerki. Dociera do niej, że jest pełnowartościowym samcem, interesującym inne kobiety.
Hmm, to tak się mamy bawić?
Nie wiem jak bliski jestem tego przełomu ale… jak tak dalej pójdzie to naprawdę uwierzę, że jedyna (a przynajmniej jedna ze skutecznych) metoda dbania o własne interesy a nawet o dobro związku to psychologiczne „uderzenie w kły” drugiej osoby tak, żeby wiedziała gdzie jej miejsce. I to mnie właśnie kurde zastanawia.
I tą oto powyższą tezę rzucam na pożarcie Wam, Drodzy Mądrzy Single i nie ukrywam, że liczę na to, że powiecie że to bez sensu

.