scriptus 08.12.09, 02:03 Jarkoni, nie chcę Ci odbić wiernych forumowiczek, założyłem forum, żeby znaleźć odpowiedź na moje pytanie... pewnie nie będzie tak popularne, jak niepopularna jest moja linia postępowania.... Odpowiedz Link czytaj wygodnie posty
scriptus Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 02:10 Moim idea fix jest zupełnie coś innego, niż problem rozwodu. Co się dzieje w człowieku, że przestaje kochać. Dlaczego.... Pogodziłem się z procesem rozwodowym, choć dalej nie rozumiem powodu. Przepraszam osoby bite i poniżane przez swoich partnerów, to nie ich dotyczy moje pytanie, nie osób z zakresu "patologii", ale tych co się uważają za normalnych... Dlaczego?????? Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 04:46 Bardzo mi się to pytanie podoba. Serio. Odpowiedz Link
z_mazur Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 07:39 Dla mnie na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, podobnie jak nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie "Dlaczego kochasz?". Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 07:51 Dobrej, to jest jednej ani w miarę prostej odpowiedzi nie ma. Ale wszystko, co się z tak postawionego pytania wywiąże, może być ciekawe. Z reguły to pytanie nie pada, pada raczej: dlaczego odszedł/odeszła. Odpowiedz Link
kami_hope Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 09:59 Popieram pomysł. Choć jak sądzę, forum Scriptusa może nie być tak popularne jak RiCD, a to z wielu powodów. Jednak istnieje możliwość stworzenia czegoś wartościowego. I zgromadzenia ludzi myślących "inaczej". Powodzenia! Przyłączę się Scriptusie. Odpowiedz Link
z_mazur Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 07:25 Temat na dyskusję ok, ale zakładanie forum...? Myślisz Scriptusie, że trafią na te forum osoby, które będą się chciały podzielić wiedzą na temat tego dlaczego przestały kochać? Takie osoby raczej nie szukają okazji do opowiedzenia o tym. Sporo osób natomiast szuka odpowiedzi nawet nie na pytanie "Dlaczego przestaje się kochać?", tylko na pytanie "Dlaczego TA_KONKRETNA_OSOBA przestała MNIE kochać?" i na takim forum nie znajdą tej odpowiedzi. Odpowiedz Link
cleer13 Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 08:40 Byłam, jak pewnie wiele z nas, tą ktora odchodziła i od ktorej odchodzono. Z moich doświadczeń wynika,że kiedy wiązałam się z kims, co do ktorego byłam przekonana,że będzie bardzo dobrym dla mnie partnerem, albo byłam tak przerazona samotnością, spragnona ciepła i bliskosci,że wmawialam sobie,że kocham, to przechodzło mi to z czasem. Wmawiałam sobie to uczucie naprawde skutecznie. Wierzyłam,że to miłość - może nie szalona i wariacka, ale prawdziwa, spokojna i na zawsze. I wtedy po jakimś czasie okazywało się,że wmawiać sobie niczego na dłuższą metę się da. Taka "miłośc" z czasem przechodziła, i nie dało się już przed sobą udawać,że jest ok. I myslę, że "odkochać' się mozna tylko z takiego uczucia - ktore ma w sobie cos z zadurzenia, rozsądku, kalkulacji, że to ten własciwy, odpowiedzialny, przyjaciel, zauroczenia fizycznego, ale to nie jest miłośc. Choc to też uczucie. Niektóre związki własnie na takim uczuciu potrafią zbudować miła stabilizację. Ta wariacka , szalona, wbrew rzosądkowi i wszystkiemu, ta ktora wznosi pod niebo i zwala na kolana - nie przechodzi. Niestety. Odpowiedz Link
kasiapfk Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 09:13 > Ta wariacka , szalona, wbrew rzosądkowi i wszystkiemu, ta ktora > wznosi pod niebo i zwala na kolana - nie przechodzi. Niestety. Rozczaruję Cię, taka też przechodzi. Gwałtowny płomień zwykle pożera wszystko inne wokół. U mnie płonął bardzo długo. A i tak zgasł. Jak sądze najpierw u mnie, potem u eksa. I się skończyło, chociaż nie do końca zupełnie. Ale to nie jest to. Bo związek oparty na miłości, to nie tylko szalona, wbrew rozsądkowi, i wszystkiemu. To wiele więcej więzi, które łączą. Powinny harmonijnie. Z powodu przesłonienia intensywnoscia uczucia, my nie zauważyliśmy, że faktycznie szans na dłuuugi, szczęśliwy związek nie mamy. Zbyt dużo różnic. Zresztą właściwy dobór w związku to rzadki luksus. Odpowiedz Link
scriptus Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 10:47 Ja byłem takim wiernym, kochającym misiem. Wydawało mi się, że kochając rozwiążę wszystkie problemy. Starałem się odkryć marzenia mojej żony i za wszelką cenę je spełnić. Z zapałem kupiłem i urządzałem mieszkanie, tworzyłem Dom przez duże D dla mojej Rodziny, bo to miała być wspaniała, duża i szczęśliwa rodzina. Moja rodzina. Kiedy mi żona powiedziała, że mnie nie kocha, czułem, że i to muszę przejąć, muszę kochać podwójnie, skoro nie chce, czy nie może. Jestem odpowiedzialny za nią i dzieci, muszę przeprowadzić rodzinę przez losowe zawirowanie. Kiedy dziecko płakało przerażone decyzją mamusi, powiedziałem, nie martw się, ja ci wszystko zapewnię. Kiedy dziecko płakało, bo mu mama powiedziała, że rozwód to nic takiego, tylko sie tatuś wyprowadzi i będzie je odwiedzał, obiecałem, że póki nie dorośnie, będe przy nim. Może by było łatwiej wyprowadzić się, nie martwić tym wszystkim. Zapłaciłbym jakieś alimenty mojej żonie, w weekendy spotykałbym dzieci... Postępować według scenariusza wykalkulowanego przez moja żonę. Dzieci by w końcu jakoś wybaczyły. Rany w moim sercu już by się pewnie dawno wygoiły. Mógłbym być sobą, a nie ciągle udawać człowieka ze stali. Mógłbym, ale kocham. Kocham dzieci, chcę im zapewnić dom rodzinny, w którym mają obydwojga rodziców. Czuję, że dla mnie mój dom, to ruina, niechętnie do niego wracam. Czy kocham żonę? Próbowałem się z tego wyleczyć. Przeprowadziłem autoterapię. Pracowałem nad sobą, by przestać kochać. Od dawna z sobą nie śpimy, od wielu lat, nawet komunikacja między nami jest ograniczona do minimum. Tylko dlaczego martwię sie o nią, dlaczego nie mogę zasnąć, kiedy nie wraca na noc do domu. Tłumaczę sobie, "stary, co cię to obchodzi, niech robi co chce", a z drugiej strony jest lęk, że może coś jej się stało, może jest w jakichś tarapatach i trzeba jej pomóc. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że nie rozumiem, dlaczego. Co się z nią stało, dlaczego przestała kochać. Dlaczego usunęła kamień węgielny spod naszego mającego być szczęśliwym domu, dlaczego postanowiła rozerwać i zniszczyć naszą wspólną przecież rodzinę... Dlaczego?? Nie wiem... Ja dam radę, show must go on, tak naprawdę, to ona mi już nie jest do niczego potrzebna, dom, rodzina może funkcjonować bez niej, jest posprzątane, uprane, jedzenie dla dziecka też przygotowuję, balsamem na serce jest, kiedy słyszę, tatusiu kocham cię, ale mamy mu nie zastąpię, mama musi być, choć nie chce. Przepełniał mnie wczoraj taki żal, przebiegał przez moją głowę taki myślotok, że aż założyłem forum. Racja, nie jest to potrzebne, wystarczy dyskusja tu na tym forum. Przestała kochać, wszystko wskazuje na to, że znalazła sobie kogoś innego, a ja nie rozumiem dlaczego. Dlaczego jest taka nieodpowiedzialna, dlaczego jej rodzina przestała być dla niej ważna, jak można przestać kochać to, co jest istotą bytu... Bez odpowiedzi dlaczego też dam radę, w końcu jestem ze stali, wytrzymam, nie? Jednak może byłoby mi łatwiej żyć, gdybym zrozumiał. Odpowiedz Link
notting_hill Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 11:39 Może jesteś uzależniony od miłości. Poczytaj tu: www.kobieceserca.pl To wprawdzie bardziej kobiece zjawisko, ale i mężczyznom się zdarza. Nie wiem jak jest u Ciebie, ale mnie zaczęło wszystko pasować. Łatwiej mi było zracjonalizować odrzucenie. Bo lepiej jak dla mnie myśleć o sobie, że jest się zaburzonym niż durnym... Odpowiedz Link
notting_hill Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 11:48 Źle wkleiłam link, sorry: www.kobieceserca.pl/index.html Odpowiedz Link
scriptus Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 12:50 Może jestem uzależniony... tym bardziej, że zaczynam myśleć, że trzeba klin klinem... szkoda, że nie ma www.meskieserca.pl Odpowiedz Link
rybak Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie kocha 08.12.09, 14:34 BO NIE! I nie szukaj racjonalnego powodu. Tu powodów nie ma. Albo lepiej - KAŻDY powód dla baby co nie kocha - dobry. Denerwujesz się jej wyskokami - źle. Nie denerwujesz - też źle. Pijesz - fatalnie, nie pijesz - dupaś nie chłop. Złamiesz niechcący szczękę natrętowi, co ją zaczepia - toś bydlak agresywny. Nie trzaśniesz - mięczak. Przynosisz kasę i precjoza w zębach - pantofel. Nie przynosisz - wredny sknerus. Chcesz seksu - prymityw, nie chcesz - impotent. Nie reagujesz na jej coraz bardziej chamskie zaczepki? - dowalić mu więcej, bo widać, że sie nie odwinie. W końcu jednak reagujesz i trza zdurniałą babę cucić? - podły brutal. I tak dalej i tym podobne... W nasyceniu i palecie barw zależnych od danej baby i jej fantazji... Słowem - zaniepokoiłeś mnie teraz, scriptusie. Bo sam na własną prośbę leziesz w czarną d...! Więc powiem ci brutalnie - NIE SZUKAJ POWODÓW, BO O TO IM TAKŻE CHODZI! Gdy już nie kochają. Albo nigdy nie kochały. Żebyś szukał w sobie. Bo gdybyś nie szukał, mógłbyś im wtedy powiedzieć prosto i dobitnie, co już nie byłoby dla nich wcale takie miłe: mówisz, mała, że nie kochasz? Na pewno? Cóż, twoja strata. Żegnaj i baw się dobrze! Ale od tej pory na własny rachunek! A dlaczego niemiłe? Bo wiesz, zbyt ochocze pożegnanie takiej niekochającej baby prawie zawsze psuje im humor, bo ... może on się cieszy, że ja idę? A dlaczego on się właściwie się cieszy? I się zaczyna wtedy w babie zamieszanie wewnętrzne, czyli tzw. rozterki duszne, co psuje jej cerę i sprzyja rozstępom)) Dlatego mężczyźnie NIC WIĘCEJ od baby co go nie kocha nie powinno być potrzebne. Żadne dalsze wyjaśnienie. Nie to nie i umarł w butach. Więc nie zawracaj sobie bez sensy głowy rzeczami, na które nie masz wpływu - jak na trzęsienia ziemi.)) Scriptus, zrozum chłopie, ty przecież szczęśliwy rozwodnik jesteś - toż to najlepsze lekarstwo dla chłopa w rozwodzie, gdy nadal nieszczęśliwie jak ty zakochany w ex: NA PEWNO WIEDZIEĆ, że go jego była baba NIE kocha. Czyli - wiedzieć - że - KORZYSTAJĄC Z TWOJEJ MIŁOŚCI i UDAJĄC JĄ DO CIEBIE - już nigdy cię nie oszuka, nie wykorzysta, nie będzie się pastwić, nie będzie tresować, nie okradnie, nie dorobi rogów, nie zmanipuluje, i co najważniejsze - oszukując cię z wyrachowania (bo i takie baby są)- nie zabierze ci kolejnych lat twojego życia! I szans na coś prawdziwego i dla ciebie dobrego. Rozumiesz?! Czyli nie zrobi ci już nigdy tego wszystkiego, co zazwyczaj robią, czasem latami, swoim już niepotrzebnym facetom, niekochające ich kobiety, kiedy dociera do nich, że nie kochają tego faceta obok nic a nic. Ale mimo wszystko - fajnie, jak on nadal wobec nich wywiązuje się z roli chłopa... Co, że nie ma takich? Są, są - i to wcale niemało! Więc nie pytaj, nie memłaj, tylko podziękuj pięknie swej uczciwej babie, że cię nie chce - i że CI TO MÓWI JASNO! Bo mogłaby - nie powiedzieć Więcej Ci powiem. Jak mężczyzna po przejściach mężczyźnie w przejściach. Kiedy się zacząłem rozwodzić, byłem w podobnym CHORYM UZALEŻNIENIU emocjonalnym, co Ty teraz. Do swojej ex. Przeszło. Pobolało, powykręcało, pomiotało na wszystkie strony, kazało robić różne głupstwa i durnoty po drodze do normalności, ale w końcu przeszło. Bo jak to mówią - Ponbócek daje kazdemu ino tyle, ile ten ktoś strzyma! Wiesz jaki jest na to sposób? Na te twoje bóle egzystencjalne? ZACZNIJ WRESZCIE KOCHAĆ SIEBIE! Nie ponad wszystko, ale po prostu. Szanuj sam siebie. Zobaczysz, ile spraw ci się od razu ustawi na odpowiednim dla nich poziomie. Co nie wyklucza przecież wcale miłości do innych! I wtedy może znajdziesz w miarę szybko nową ZDROWĄ miłość. Od baby i do baby. O - jak mój dziadek na przykład). Który mówił już na emeryturze tak: jak baba kocha, a upierdliwa i wkurza ponad miarę, trza pójść na działkę. Jak bardzo upierdliwa - to zostać tam dłużej. Aż jej się znudzi gadać do ściany. I szedł. I nie wracał trzy dni, spał w altance i był przeszczęśliwy, przycinając krzewy owocowe. Bo czuł doskonale, że to lepsze i zdrowsze niż siedzieć i się kisić, patrząc na niezadowoloną babę. Bo każda baba czasem niezadowolona bez powodu jest. Po trzech -czterech dniach babcia witała go w drzwiach chlebem, zupą i butelką dziadkowego wina domowego, bo zawsze groziło, że jak znów nieładnie mu coś powie, to on się odwróci na pięcie i tym razem zniknie na tydzień.)) Choć i on też ją kochał bardzo. 60 lat z nią był, aż pomarli oboje. Mówisz, że mogła pójść w bok w tym czasie? Nie to pokolenie. Wtedy i baby i chłopy były inne Jakby poszła, to by dziadek też nie płakał, tylko zrobił porządek. Gruntowny. I już by nie chodziła. A jak on by poszedł, to by ona zrobiła porządek Zdaje się nawet, że raz zrobiła)). I dalej go kochała. A on ją. Tacy to byli ludzie i takie to były czasy. No ale oni widzieli prawdziwe nieszczęścia. I przeżywali. Rewizje w okupację. Ukrywanie się po lasach przed Niemcami. A po wojnie... Za dziadkiem pół plutonu ubecji w 45. strzelało w górach i gnało go z psami dwa dni zimą... 800 łusek na samym podwórku babcia wyzbierała. Bo ledwie zeszli z motorów i gazików, (a on już pryskał pod górę do lasu) - to już strzelali. Ciekawe - TYLKO jedna kula trafiła. W ten, no... sam dół dziadkowych pleców. Ale w miarę niegroźnie i dziadek nie tylko że spitolił, ale i się wylizał. A potem - bieda aż piszczała. Przy trójce dzieci i UCZCIWYM życiu w socjaliźmie. I to nie przez lata, a dziesięciolecia. Stąd i może nie było takich i tylu jak dziś... rozterek, werteryzowania i hamletyzowania u chłopów też. Często za takimi babami, co warte tylko tego, żeby im drzwi nogą pokazać. A z drugiej strony - pełne tłumów Ofelii, co to nie widzą, że klepać się po nogach powinny codziennie z radości, że dany chłop je rzucił, albo - danego chłopa mają, a tymczasem topią się ochoczo dla byle chłystka. A nawet wspomnienia po byle chłystku. Więcej szacunku do samego siebie, scriptusie! Ja już to wiem Działa jak cholera) I z czasem przynosi prawdziwy szacunek dla innych. Ale tylko tych - wartych szacunku. Pamiętaj - ŻADNE uczucie do baby nie jest warte tego, by rezygnować z siebie samego. One tego i tak nie docenią, jeśli nie kochają. Zresztą - jak to mówił dziadek - z babami jak z gzami - gonisz je - wieją. Uciekasz - pędzą za tobą Tyle mądrości mojego dziadka Dla moich tutejszych przyjaciół. Only! Odpowiedz Link
scarlet.secret.sky Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 08.12.09, 14:55 Rybaku tylko cynikiem nie zostań Wszystko to prawda co piszesz, ale tak jak podkreślasz, to prawda jeśli kobieta nie kocha. Jeśli jednak kocha to doceni wszystko - od bardzo prozaicznych czynności jak zrobienia kubka kawy na śniadanie, jak i pracy dla dobra związku/rodziny, budowania domu itd. Mężczyzna tak samo, jak coś warty Nie zapominaj, że i dobre kobiety są Odpowiedz Link
rybak Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 08.12.09, 15:12 Pewnie że są. Ale powyżej - jako się rzekło - umieściłem mądrości dziadkowe o tych niedobrych O dobrych nie trzeba. Sami sobą się bronią Eeee tam, zaraz cynikiem... Jak ktoś ma wreszcie po przejściach i doświadczeniach życiowych rozlicznych w miarę trzeźwy osąd świata i ludzi, w tym kobiet, to Panie od razu... cyniczny Haha! Niech będzie cyniczny. Ale za to uśmiechnięty Co, na tym forum nie wypada? Odpowiedz Link
scarlet.secret.sky Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 08.12.09, 15:24 Po prawdzie, pewnie na tym forum wypada bardziej niż gdzie indziej Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 08.12.09, 18:58 Rybak, zupełnie,a le to zupełnie się z Tobą nie zgadzam. Zawsze WARTO rozumieć. Ty przed czymś uciekasz. Przed wiedzą? Nie chciałbyś wiedzieć, co powodowało Twoją żoną, kiedy odchodziła? Nie chciałbyś wiedzieć, co doprowadziło do kryzysu, do jej zwątpienia w Waszą miłość? A może wiesz, tylko ta wiedza Cię przeraża? Uderza w Ciebie? Wolałbyś o sobie pewnych rzeczy nie wiedzieć? Mój eks powiedział wprost, że rozmowa TYLKO BY UJAWNIŁA RÓŻNICE MIĘDZY NAMI. Nie chciał wskazania tych różnic. Sądził, że jak czegoś nie nazwie, to to zniknie? Otóż, nie nazwane nie znika. Szkodzi dalej. Nienazwane uniemożliwia ewentualne leczenie. Rybaku, moim zdaniem masz problem. Nie tylko z nazwaniem. Ktoś nazwał To cynizmem. Naprawdę- bije od Ciebie cynizmem. Albo- próbą obrócenia w cynizm tragedii. Nie pogodziłeś się z tym, co się stało. To nie zarzut. My tu wszyscy pokaleczeni- mniej lub bardziej. Ale ukrywanie nie prowadzi do niczego dobrego. Przecież to wiesz. Chyba, że tak sobie gaworzysz... Odpowiedz Link
rybak Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 08.12.09, 20:24 Oj, Krezzz, Krezzz, problem, leczenie, nienazwanie, połóż się na kozetce... A sprawa aż ZA prosta jest. Powiem Ci więc wprost - koniec końców to ja sobie poszedłem, a nie ona. I bardzo to sobie chwalę. Ba - poszedłem sobie ładnych kilka lat za poźno. Opisywać tego ponownie tu nie zamierzam. Ani tych lat przed odejściem. Były, minęły i ch... z nimi! Słowem - kulą w płot A jedyny problem związany z ex, Krezzz, mam obecnie z tym, że baba z chciwości miga się jak może od podziału dorobkowego majątku. I trza jej to będzie z gardła wydzierać, nogą zapierając. Wq... mnie to rzeczywiście - na maksa! Ughhhhh, jak mnie to wkurza! Ten brak współpracy. Pewnie, Krezzz, że sie z tym nijak nie mogę pogodzić. Bo w sumie niezłą kasę mam w połowie wypasionego domu pod Komorowem na lata procesu i egzekucji komorniczej zamrożoną...)) Nie odnosisz wraźenia, że czasem jesteś jak ci uczniowie cadyka, co napotkali, jadąc furmanką, drzewo na drodze. I zaczęli się przerzucać cytatami z Pisma - jak by to rozmaici ichni wyczynowcy metafizyczni zalatwili. Aż w końcu furman - prosty chlop, zsiadł z wozu, przetachał drzewo na bok i pojechał dalej. A oni - ci kształceni w Piśmie na to chórem - Phi - też mi coś, siłą! Odpowiedz Link
notting_hill Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 08.12.09, 21:30 Hm, żeby mówić per "baba" o własnej żonie to trzeba dużo złych rzeczy w tej sprawie w sobie nosić... Pewnie i Twoja racja. Złość jest dobrym wygaszaczem miłości i wszelkich cieplejszych uczuć do drugiej strony. Ale też przyjmij może, że nie wszyscy tak mają. W sensie nie wszyscy mają takie jasne i druzgocące powody do patrzenia w przeszłość pt "bo to zła kobieta była" (albo facet). A skoro nie mają, to i próbują sobie jakoś poukładać sens czy bezsens tych kilku czy kilkunastu lat przeżytych w związku i szukać, szukać i pytać siebie: dlaczego. Choćby też i po to, żeby nie zwątpić sens bliskości z drugim człowiekiem. Odpowiedz Link
rybak Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 00:27 Nieprawda. Nie wiesz, jak mówiłem o niej dwa lata temu A baba to baba Jak chłop to chłop Zamiast kobieta i mężczyzna. Styl taki. Prosty. Nic osobistego. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 08.12.09, 21:36 Nie, Rybak, nie czuje się tak. Dziwi mnie plucie na byłych aż takie. Nie wierzę w takie deklaracje, że ma się ją w ..., że ona taka owaka, że chore układy, itd. Po prostu- nie wierzę. Czuję u Ciebie zacięcie. Odpowiedz Link
tricolour To nie jest plucie... 08.12.09, 21:41 ... to znaczy nie ma w tym intencji plucia. Jest intencja odcięcia się, może nadmiarowa, może ostentacyjna. Uważam to za rzecz normalną, za fazę zdrowienia, za radość, że "baba" wyszła z głowy (i przez którą głowa była zatruta - nie z winy baby tylko z chorej głowy). Odpowiedz Link
notting_hill Re: To nie jest plucie... 08.12.09, 21:46 Pełna zgoda z tym co Tri napisał. Dość zrozumiałe, chociaż może nadmiarowe. Ale zakłada też jakby całkowite przerzucenie "winy" na tę druga osobę. Można i tak, bo to szast- prast i po bólu. Małpa była, niegodna mej miłości, otrzepię się i pójdę dalej. Ale guzik, tak łatwo nie ma. Odpowiedz Link
tricolour Małpa nabierze cech ludzkich... 08.12.09, 21:50 ... ale to jest sinusoida trwająca latami. Byle była gasnąca... Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: To nie jest plucie... 08.12.09, 22:01 Naprawdę możecie tak traktować ludzi - jako coś, z czego trzeba się otrząsnąć? Małpa, itd... Ja tak nie chcę. Chyba bym też nie umiała. Moje standardy są inne. Człowiek zasługuje na więcej. Przecież Wasi byli to kawał Waszego życia. Rezygnując z nich w taki sposób, w taki sam sposób odnosicie się do własnego życia. Na teraz widzę jedno wytłumaczenie tej różnicy standardów. Poczucie krzywdy. Czy to ono działa? Ja nigdy nie była formalnie porzucona, może to o to chodzi. Jednakże wiele mam do zarzucenia mojemu eks, naprawdę sporo. Ale nigdy się to we mnie nie przerobiło w takie odrzucenie go. Nie jestem jego żoną, ale nie ma we mnie czegoś takiego, jak Wy prezentujecie. Tej potrzeby nadmiaru, która aż tak deprecjonuje osobę. Innego wytłumaczenia nie znajduję. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: To nie jest plucie... 08.12.09, 22:04 Jeszcze dodam: jest ból żal, nawet złość za pewne rzeczy, smutek- no to wszystko negatywne, co pewnie znacie. Ale żeby aż tak, by odrzucać ZROZUMIENIE? Może Wam chodzi o to, że nie chcecie wybaczyć? Odpowiedz Link
tricolour Zapraszam do archiwum... 09.12.09, 07:50 ... z czym przyszłaś na forum. Z negacją męża, wpierałas mu wszelką wine i odpowiedzialność za nieudane małżenstwo. Dowodziłas długaśnymi postami, że przez niego nie było wręcz innej możliwości - tylko rozwód. Kłóciłaś się ze wszystkimi. Rybak mówi "baba". Ty mówisz "kurka burdelowa". Mówisz "analfaneta" do forumowiczki, która tylko broni zdania jak Ty. Rzeczywiście masz inny standard. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Zapraszam do archiwum... 09.12.09, 09:17 A Tri, jak już nasz zdążył tu przyzwyczaić, właściciel czarno- białej wizji świata. I kłamca (hehe, to nawet przyjemne- tak walnąć zwrotnie z pełnym przekonaniem)))))) Długaśne posty, to owszem. A jest tutaj jakiś licznik? Jakoś je czytałeś, skoro wiesz, co w nich było)))))Powiedz więcej, nawet wątki byli długaaaaśne. To chyba Cię zainteresowały)))))Fajne czasy, no nie? Gdyby nie Twoja osoba, byłyby całkiem przyzwoite. A tak, no cóż, było jak było....Na dodatek, jest jak jest.... Ale do rzeczy. Przyszłam na forum z pytaniem o to, czy aby błędu nie popełniłam, zgadzając się na mieszkanie dzieci z moim eks, któren to eks jest właścicielem pewnej nienajprzyjemniejszej cechy, mianowicie- oziębłości emocjonalnej. Napisałam też, jak to u mnie jest, że odeszłam do kogoś, że zaproponowałam mu pozew "wariantywny" (z orzeczeniem winy lub bez), opisałam warunki naszego rozstania- itd. Gdzie Ty widziałeś plucie na eks. Pisałam o faktach (braku komunikacji z nim, braku wsparcia), do tych faktów należało także moje poczucie winy. To był z grubsza wątek number one. Plucia na eks w nim nie było. Było wskazanie na skomplikowaną sytuację. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że coś nie czarno-białego w Twoim łepku się nie mieści)))))) Nadal nie potrafisz sobie mojej sytuacji złożyć, no nie? Mój boże, jaki ten świat skomplikowany))) Na stos z tymi, którzy nie rzucają w siebie nożami albo z tego powodu, że nie rzucają nożami piją sobie z dziubków? Świat jest bardziej skomplikowany, TRI. W wątku number two było teoretyczne pytanie dotyczące warunków NIEUDANEJ KOMUNIKACJI. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że wątki teoretyczne "cieszą się" się tu takim , ekhm....wzięciem, ze strony takich tytanów umysłowych jak TY)))) Ale cieszę się, że temat wrócił. Bo nieudana komunikacja to moim zdaniem clou rozpadowe, że tak to ujmę. Kłócić będę się nadal. Jak będzie o co. Bo widzisz, ja się wolę kłócić, a rozstawać się w jako takiej zgodzie bez sytuacji takich jak u Rybaka czy u Ciebie, kiedy córka to już nie rodzina, kiedy z wyboru mieszkasz lata świetlne (mentalnie) od niej i swojej eks. Moje dzieci są i będą blisko mnie. Ktoś ty już wspomniał o rodzianch Patchworkowych, i zdaje mi się, że będziesz musiał sobie to pojęcie przyswoić. Życie bywa trudne, nie, Tri? Widzisz, ludzie mają różne skale nieszczęść. Dla mnie wystarczającym nieszczęściem jest brak komunikacji. Nie potrzeba mi większych nieszczęść- picia, bicia, procesów, oszustw, itd. Co do kurki burdelowej. Nie burdelowej, ino burdelowo-emocjonalnej))) Częściowa prawda prawdą już nie jest))))My się z Kas dogadujemy, spoko głowa)))) A co do analfabetyzmu, to znowu kłamiesz (heheheheh, fajowe to), bo to chodziło nie o analfabetyzm, ino o analfabetyzm funkcjonalny. Są na to stosowne badania, że Polacy słabo (oględnie mówiąc) radzą sobie z kwestionariuszami, tabelami, itd. Ktoś, kto nie potrafi korzystać np. ze wskaźnika Pearla potwierdza wyniki tych badania. Ty je potwierdziłeś. Ona też. No, co ja mogę na to???)))) To jest właśnie analfabetyzm funkcjonalny, i to nie obelga tylko DIAGNOZA. Naucz się wreszcie te rzeczy odróżniać. Mam nadzieję, że zaspokoiłam Cię długim postem)))))Jakby co, służę dalszymi stosownymi wyjaśnieniami. Tylko nie skarż się potem, ze post długi)))) No i że się kłócę (jak Ci tłumaczę). T Ł U M A C Z Ę. Bywasz nawet zabawny, Tri. Odpowiedz Link
tricolour To rzeczywiście jest zabawne... 09.12.09, 14:41 ... a pewnie będzie jeszcze bardziej ) Jakoś tak fajnie wyszło, że im trafniejszy zarzut tym dłuższe i pokrętniejsze Twoje tłumaczenie. Masz nieodpartą chęć posiadania ostatniego zdania w najbardziej nawet przegranej sprawie - nawet gdy to ostatnie słowo ma być obelgą. Im bardziej rzeczy wymykają się Twojej kontroli tym bardziej emocje odbierają rozum (zresztą jednkierunkowo skierowany na siebie, a przez to prymitywny). Nawet w środku nocy. PS. Ty na forum nie przyszłaś z pytaniem - przyszłaś z tezami. Upadają więc wierzgasz. To nawet zrozumiałe gdy się widzi ten jednokierunkowy umysł - gadającą głowę. Nawet wskażnika Pearla nie obejmuesz tym rozumem - no co poradzić? ))) Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: To rzeczywiście jest zabawne... 09.12.09, 15:24 Znaczy, znowu chcesz wyjaśnień?))))) Jakoś się dziwnie zahaczasz na moje wywody. A ja się bawię, bawię))) Tezy nie wykluczają pytań))) I odwrotnie)))Wiem, wiem... Ty jedno albo drugie. Pojemność krzaczkowa taka, jak widać))))Ale się nie martw, czytanie rozwija, już Ci to mówiłam D)))))) Odpowiedz Link
tricolour Napisz Krez... 09.12.09, 15:58 ... ile wynosi ten wredny wskaźnik Pearla dla antykoncpecji chemicznej przy skrupulatnym przestrzeganiu wszystkich zaleceń dotyczących stosowania tej metody oraz przy niepełnym stosowaniu wszystkich zaleceń. Rozumiesz? Dla zabawy zesra się jedno z nas. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Napisz Krez... 09.12.09, 16:13 Toć antykoncepcja chemiczna ma wiele obliczy: pigułki, spirale, plastry, iniekcje, kapturki. A każde rodzaj ma wiele wydań. I generacji. Nie ma czegoś takiego jak JEDNA forma antykoncepcji chemicznej. Coś gonisz w piętkę))))) Co Ty masz z tym wydalaniem? To kaprofagia czy kaprofobia? Mama za bardzo cisnęła z nocniczkiem? Odpowiedz Link
tricolour Nie ma teraz odpowiedzi? 09.12.09, 16:16 A była - 0.1 - sama pisałaś. Już teraz nie ma? ) Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Nie ma teraz odpowiedzi? 09.12.09, 16:22 0,1 to ma Mirena. Przecież pisałam. Czyś Ty zwariował? Odpowiedz Link
tricolour Nie zwariowałem... 09.12.09, 16:30 ... realizuję projekt. Rozmawialiśmy o antykoncepcji chemicznej w "tamtym" wątku w odniesieniu do aborcyjnego działania chemicznej antykoncepcji, którą KK (wyszydzany przez Ciebie) nazywa metodą aborcyjną. Ponawiam pytanie o ten wredny wskażnik. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Nie zwariowałem... 09.12.09, 16:52 Ale wskaźnik Pearla każdą z form antykoncepcji chemicznej ujmuje osobno. Osobno pigułki, osobno spirale, osobno iniekcje, itd. O którą Ci chodzi. Bramstenga pisała o tabletkach, ja o Mirenie. Obie mają bliski, ale jednak inny wskaźnik. Zasady działania a wskaźnik Pearla to jednak odrębne sprawy. My Ci tłumaczyłyśmy, że przy tak niskim wskaźniku Pearla, jakie mają tabletki nowej generacji i Mirena prawdopodobieństwo zapłodnienia jest nikłe, niemal zerowe. Zatem nie dochodzi Prawie na pewno do niezagnieżdzenia się zapłodnionego jaja. Chcesz znowu do tego wracać? Litości.... Odpowiedz Link
tricolour Tak, chcę wracać i dokończyć. 09.12.09, 16:58 Chodzi mi o tabletki, bo o nich rozmawialiśmy. O Twojej Mirenie też, ale na jedno wychodzi - to TAKŻE środek poronny, bo zygota to człowiek. Zadane pytanie do bazy Google ("Mirena wskaźnik pearla") dało taką odpowiedź na pierwszym miejscu: kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,96109,2544864.html a w niej: "...zarodek nie mógłby się na skutek tego zagnieździć w jamie macicy" - czyli to, o czym mówi choćby i ten cholerny KK. Wracamy do tabletek - prosze o ten wskaźnik. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Tak, chcę wracać i dokończyć. 09.12.09, 17:18 Ale ja mówiłam O MIRENIE. JEJ wskaźnik wynosi 0,1. Zaprzeczysz? Moze znowu powiesz, że kłamałam? Tabletki mają zaś RÓŻNIE. Zależy, o jakie Ci chodzi, bo jest ich mnóstwo, i mają RÓŻNY wskaźnik. Mirena działa na trzy sposoby: 1. Zagęszcza śluz płodny (nie hamując owulacji) tak, że czyni go nieprzepuszczalnym dla plemników. Nie ma niemalże możliwości, by się który przedarł. 2. Uniemożliwia plemnikom kapacytację, czyli fazę uzdatniania do zapłodnienia. Plemnik musi, mówiąc najogólniej, otworzyć główkę, by być zdolnym do wydalenia treści genetycznej. 3. Uniemożliwia zagnieżdżenie się zapłodnionego jaja dlatego, że endometrium jest ścienione. Kombinacja dwu pierwszych nieprawdopodobieństw uniemożliwia dojście do pkt 3. Zatem stosowanie tej metody jest najbezpieczniejszym obecnie na świecie sposobem Zapobiegania zapłodnieniu, a nie- zapobieganiem zagnieżdżania się jaja. Sprawdź sobie wskaźnik Pearla dla NRP a zobaczysz, w wyniku której metody antykoncepcyjnej częściej dochodzi do zapłodnienia. Pamiętaj, że ok. 1/3 ciąż ulega niezagnieżdżeniu się. Zatem ten, komu zależy na tym, by unikać niezagnieżdżaniu się jaja, powinien propagować wkładki domaciczne hormonalne. TAbletki działają z grubsza tak samo, tyle tylko, ze większość z nich prowadzid o zahamowania owulacji. Indeksy Pearla sprawdź sobie sam, bo jest on różny dla różnych, i z różnych lat, bo ciągle są doskonalone. Generalnie oscylują one m. 0,125-1. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Tak, chcę wracać i dokończyć. 09.12.09, 17:23 Właściwie nawet nie ciąż, bo z medycznego punktu widzenia ciążą mamy do czynienia PO zagnieżdżeniu się jaja. Chodzi zatem o 1/3 zapłodnionych jaj. Ale nawet gdyby, to i tak ta 1/3 idzie, pardon...w cholerę. Tylko dlatego, że komuś się nie chciało uniknąć zapłodnienia SKUTECZNIE. Odpowiedz Link
tricolour Plemniki to dranie... 09.12.09, 17:39 ... punkt pierwszy: "Nie ma niemalże możliwości, by się który przedarł" - no możliwości niemalże nie ma jednak dla pewności skonstruujmy punkt 2 - na wszelki wypadek. Dla spokojności. Po tym drugim punkcie, to już PEWNOŚĆ prawie jest, że ciąży nie ma. Nawet o trzecim punkcie wspominac nie warto, prawda? No ale (tak tylko teoretycznie) zróbmy jeszcze i trzeci punkt: jak się coś przedostanie (niemalże niemożliwe) i zapłodni (niemalże niemożliwe) toto w łeb: niech się nie zagnieździ i zginie. pl.wikipedia.org/wiki/Wska%C5%BAnik_Pearla Z tabelki wynika, że "niepełne stosowanie" zmienia skuteczność z granicznego 0.1 do 8 czyli osiemdziesiątkrotnie. Napisz Krez, jeśli punkty 1 i 2 są stabilnie niemalże niemożliwe (Twoim zdaniem) to który punkt może osiemdziesiątkrotnie zależeć od regularności przyjmowania specyfiku? Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Plemniki to dranie... 09.12.09, 17:54 Ależ nikt nie tai możliwości nr 3. Tyle tylko, że ona jest niemal niemożliwa. Zatem do takich zapłodnień niemal nie dochodzi. Jeżeli dojdzie, to się nie zagnieździ też niemal w sposób pewny. Natomiast w przypadku NRP do zapłodnienia dochodzi częściej, i te zapłodnione jaja w 1/3 przypadków się nie zagnieżdżają. Zatem, to w przypadku stosowania NRP czy, nie daj panie, metod kalendarzowych, ilość jaja nie zagnieżdżonych jest wyższa. I o to tutaj chodzi. O WYMOWĘ LICZB. Zatem argument strony kościelnej jest ideologiczny. Praktycznie częściej (liczbowo) do unicestwienia zarodka, który jest człowiekiem dochodzi w przypadku stosowania NRP. Dalej, w przypadku stosowania wkładek hormonalnych NIE MA MOŻLIWOŚCI stosowania ich niepełnego. Nie można częściowo założyć wkładki. Umieszczenie wkładki jest kontrolowane usg i to nie raz. Można natomiast stosować niepełnie tabletki, czyli np. zapomnieć. Ale to dla mnie tak, jak mówić o jeździe po pijaku. Ciekawą natomiast sprawą jest zależność możliwości nr 3 od nr 1. Otóż, i jest to przykład z Polski, opisywany zresztą na forum GW, ale już nie będę szukała, zajścia przypadku ciąży przy stosowaniu Mireny. Otóż, okazało się, że tę "niemożliwość" wywołały zaburzenia hormonalne kobiety. Wtedy też, jak nie doszło do zagęszczenia śluzu, oraz do uniemożliwienia plemnikom uzdatnienia się, nie doszło też zarazem do ścienienia endometrium. Odpowiedz Link
tricolour Dojdziemy do końca... 09.12.09, 18:13 ... to, co Ty nazywasz "niemalże niemożliwym" to ma graniczny wskaźnik Pearla równy osiem (to osiem razy gorzej niż najlepszy wynik metod naturalnych, ale deser zostawmy sobie na koniec). O to chodzi: "Jeżeli dojdzie (do zapłodnienia - przyp. mój), to się nie zagnieździ też niemal w sposób pewny" - dla Ciebie nie stanowi to dylematu moralnego choć to, co się nie zagnieździ i zginie na skutek celowo zastosowanej chemii nazywasz człowiekiem we wczesnej fazie rozwoju. Dla mnie stanowi dylemat moralny. PS. Na ulotkach dostarczanych wraz z tabletkami napisane jest, że chronią w trakcie 5-7 dniowej przerwy - to jest to "niepełne stosowanie" pogarszające wynik poza zwykłą, termiczną metodę naturalną (a o pomiarze krystalizacji nie wspomnę). To jest clou programu. Odpowiedz Link
bramstenga Re: Dojdziemy do końca... 09.12.09, 18:29 > PS. Na ulotkach dostarczanych wraz z tabletkami napisane jest, że > chronią w trakcie 5-7 dniowej przerwy - to jest to "niepełne > stosowanie" pogarszające wynik poza zwykłą, termiczną metodę > naturalną (a o pomiarze krystalizacji nie wspomnę). To jest clou > programu. Nie, to nie o to chodzi. Mowa o (nadmiernym) przesunięciu godziny, wymiotach po zażyciu, ogólnie: błędach ze strony użytkownika, odbieganiem od zaleceń zawartych w ulotce. "Stosowanie idealne" uwzględnia przerwę (choć nie wszystkich pigułek to dotyczy). ~bramstenga Odpowiedz Link
tricolour Bram, dobrze, że jesteś... 09.12.09, 18:42 ... na która fazę wpływa przesunięcie zażycia specyfiku o kilka godzin skoro tak drastycznie zwiększa ryzyko ciąży? Odpowiedz Link
bramstenga Re: Bram, dobrze, że jesteś... 09.12.09, 18:58 Wiesz, jeśli nie przestrzega się zasad zawartych w ulotce, nie ma co liczyć, że środek zadziała tak, jak ma zadziałać. A więc wszystko się może zdarzyć... Weź pod uwagę, że o ile stosunkowo łatwo zmierzyć np. działanie pigułek na śluz (a pośrednio na plemniki - 70-80% skuteczności), z owulacją/zapłodnieniem jest znacznie trudniej. Stąd niewielka liczba takich badań - przekopując Internet, natknęłam się na to, które przytoczyłam - 8 owulacji na 7 tys. cykli. Z tym że dotyczy to "użytkowania idealnego", tj. zgodnie z ulotką (co jest oczywiste, bo przy takich danych nie udałoby się uzyskać wskaźnika Pearla na poziomie 8, skoro trzeba wziąć jeszcze pod uwagę działanie pigułek na śluz). I jeszcze refleksja osobista. Jesteś obecnie (no offence) w specyficznym momencie egzystencji, takim pełnym miłości, afirmującym, no i "otwartym na nowe życie". To daje zupełnie inną optykę. A są sytuacje, kiedy po prostu człowiek nie może sobie pozwolić na ciążę. (Wiem, wiem, wszystko jest do przeżycia, w gułagach mieli gorzej, a dzieci się rodziły.) Kiedyś byłam bardzo radykalna w tym względzie, NPR sprawdzało się świetnie (serio serio). Ale teraz widzę, że to metoda dla osób, które tak naprawdę akceptują prawdopodobieństwo ciąży. Ja już ten rozdział życia zamknęłam, jestem za słaba (w różnych wymiarach), żeby udźwignąć kolejne macierzyństwo. Stąd takie, a nie inne kompromisy. ~bramstenga Odpowiedz Link
tricolour Zwyczajnie żyję... 09.12.09, 19:06 ... z jednej strony chce dziecka, a z drugiej boję się, bo 20 lat juz nie mam. Nawet 2x20 już nie mam. I jeśli ktoś stosuje metody nawet najberdziej radykalne, bo taką podjął decyję, to OK. Tylko jeśli dorabia ideologię związną z KK, to zdradza zupełnie inny problem - usprawiedliwienia wyboru zła. Odpowiedz Link
bramstenga Re: Zwyczajnie żyję... 09.12.09, 19:14 > ... z jednej strony chce dziecka, a z drugiej boję się, bo 20 lat > juz nie mam. Nawet 2x20 już nie mam. Widzisz, a ja mówię o takich sytuacjach, jak wiek okołomenopauzalny (gdzie cykle trwają i rok, a jeśli chcieć ograniczyć współżycie do III fazy, pozostaje Ci około dziesięciu "bezpiecznych" dni w tymże roku) czy choroba nowotworowa. To zmienia perspektywę. ~bramstenga Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Zwyczajnie żyję... 09.12.09, 19:39 O, kasujesz swoje posty, w których padają wyzwiska? Ależ zostaw je)))) Odpowiedz Link
tricolour Zgodnie z życzeniem... 10.12.09, 07:57 ... chciałem tego zaoszczędzić, ale tak się domagasz... Jesteś durna jak but. Jesteś tchórzem: możesz stosować tą swoją Mirenę do woli i nikomu nic do tego - Twoje ciało - Twoja sprawa, Twoje konsekwencje. Wciągasz jednak KK, który zwraca uwagę na problem z poczętym życiem, które niszczy trzecia faza działania środka antykoncepcyjnego. Niewątpliwie niszczy, bo jasno to jest napisane. Deprecjonujesz KK zamiast odważnie napisać, że lekceważysz jego zdanie - dlatego jesteś tchórzem. Po drugie: faktem jest, że środki antykoncepcyjne także zapobiegają zapłodnieniu więc rzeczywiście liczba zapłodnionych i obumarłych komórek jest mniejsza niż w NRP. Nie chcesz jednak dostrzec róznicy, że podczas NRP komórki umierają w sposób naturalny, a podczas kuracji chemicznej są celowo zabijane choć w mniejszej bezwzględnie liczbie. Nie dostrzegasz (w rzeczywistości nie chcesz dostrzec) że między celowym zabiciem mniejszej liczby ludzi, a naturalną śmiercią większej liczby jest moralna przepaść. Twierdzisz nawet, że celem kuracji chemicznej jest RATOWANIE życia poprzez zmniejszenie liczby niezapłodnionych komórek, choć wcześniej twierdziłaś, że celem tejże kuracji jest podniesienie seksualnej satysfakcji kobiety. Wobec powyższego jesteś tchórzem, a może i kretynem. cbdo. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Zgodnie z życzeniem... 10.12.09, 09:19 No i proszę. Wywalił Tri prawdę o sobie)))))Inwektywy. Tylko na to go stać, gdy brakuje mu argumentów. Po pierwsze - inwektywy. Po drugie- bez uzasadnienia. Bo publika nie wie, że Twój wpis, któryś szybko tchórzliwie wycofał, był tylko tytułem))) Zawierał TYLKO INWEKTYWĘ. Przemyślałeś widzę. Dobre choć to. No to się odniosę do Twoich "argumentów" na uzasadnienie inwektyw. Że czytać ze zrozumieniem nie potrafisz, to już tu wiemy. Ale żeby aż tak??)))) Bo gdybyś potrafił, bo by do Ciebie dotarło, że NIE UŻYWAM. A tak, tak. Napisane. Ani Mireny, ani niczewo chemiczego. Pisałam Nie raz, np. TU: forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103984205,103989801,Re_Antykoncepcja_aborcja_.html lub tu: forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103984205,104005495,Re_Sakrament_malzenstwa_w_poznym_wieku.html Hohoho! Jakie armaty. Lekceważę zdanie krk potajemnie...No no. Chyba jednak nietak potajemnie. Kaspra zapytaj, to Ci wytłumaczy... Ani Że lekceważę to fakt-głupoty nie da się bowiem nie lekceważyć. Ale nie trzeba tego robić potajemnie. Ja to robię JAWNIE. Wszak to Ty masz problem z tym, że JA lekceważę))))) Nie lekceważę jedynie na poziomie, na jakim głupota może narobić szkód społecznie. I to robię SKUTECZNIE. Choćby na tym forum. Krk zwraca uwagę ma problem z życiem poczętym...No, dowcip tysiąclecia))))))))Odważnie (hehehehe, czy do stwierdzania faktów oczywistych potrzeba odwagi??)))) o tym, że krk ma życie w niepoważaniu pisałam. TU: forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103984205,104025186,Re_Klamiesz_Krez_.html Nota bebe, czy istnieje życie NIEPOCZĘTE? Bo tak się zastanawiam, czemu krk ma świra na punkcie tego POCZĘTEGO. No i wymyśliłam- bo chce mieć kontrolę nad POCZĘCIEM. Trafiłam, co???? (nie ja jedna, wim, wim). Po poczęciu to życie może sobie zgnić z brudu, zdychać z głodu i bólu- tym już się kochane krk nie zajmie, wszak "poczynanie" the best. Argument śmierci naturalnej jest wzruszający... A, to dlaczego krk tak pieje w oburzeniu, kiedy chorzy życzą sobie śmierci naturalnej? Kiedy chcą, by ich egzystencji nie dokonywały za nich maszyny typu respirator, płucoserce, kroplówka czy sonda żywieniowa? Uporczywa terapia doprowadzona do granic wszelkiego sensu. Letalne wady mają "żyć" wzmacnianie mechaniką. Taaaaaka wrażliwość... Niekonsekwencje na każdym kroku. Bo, jak w przypadku odmowy zaprzestania uporczywej terapii, krk "ceni" "życie", tak nagle w innych przypadkach - nie ceni. Nie ceni, kiedy jest to tzw. "śmierć naturalna", której można sensownie zapobiec. Zgoda na śmierć tzw "naturalną", kiedy możesz jej zapobiec, jest niczym innym jak zgodą na śmierć- zgodą OKRUTNĄ. Byle sobie rąk nie powalać ratowaniem życia, co? Możesz uratować życie , i go nie uratujesz. Bo tak. To jest dopiero etyka!!! Gdyby tej możliwości ratowania nie było, to rozumiem. Ale- JEST. Mamy do czynienia dokładnie z taką samą sytuacją, jak odmowa leczenia, kiedy MOŻLIWOŚCI DO TEGO SĄ. Nie podania leku, kiedy TEN LEK ISTNIEJE. Istnieje możliwość ograniczenia śmierci, ale się z niej NIE KORZYSTA, w imię mitycznego (niemal zerowego!!!) prawdopodobieństwa, że dojdzie do zapłodnienia. To tak, jakby nie korzystać z samolotu, bo istnieje ryzyko wypadku. Jakoś krk nie nawołuje do nie latania, choć samoloty BYWAJĄ śmiercionośne, prawda? I samochody (śmierć w wypadku), i noże (które mogą zabić), i telewizory (które mogą wybuchnąć). Przyznałeś, że w wyniku stosowania Mireny DO ŚMIERCI DOCHODZI RZADZIEJ. Mamy zatem z ODMOWĄ KRK OGRANICZENIA LICZBY UŚMIERCANYCH ZARODKÓW. I to JEST FAKT. Wyzywanie mnie w niczym tego faktu nie ograniczy. Natomiast pokazuje, jakim jesteś człowiekiem. Nie potrafisz uznać słuszności cudzej argumentacji. Nie umiesz przegrywać. Wtedy zaczynasz wyzywać od kłamców, tchórzy, durniów. Nie masz za grosz honoru, człowieku. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Zgodnie z życzeniem... 10.12.09, 09:37 A..jeszcze do tej satysfakcji seksualnej. Już Ci nie raz pisałam, że masz problemy z rozumieniem zjawiska, kiedy istnienie KILKA uzasadnień. W antykoncepcji -wyobraź sobie (wiem, ze to dla Ciebie trudne)może chodzić TAKŻE o to. O utrzymanie NATURALNEJ satysfakcji. Która to satysfakcja jest największa w dniach płodnych. Można zatem osiągnąć kilka celów: ograniczyć ( a praktycznie: wyeliminować poczęcie i utrzymać najwyższą jakość współżycia, czyli korzystać z naturalnego rytmu. Bywa też czasami, że odpowiednio dobrany środek poprawia szwankującą gospodarkę hormonalną, czyli działa LECZNICZO. To chyba nic złego, prawda? To, że tak prostych faktów nie jesteś w stanie pojąć, nie oznacza, że musisz ludzi od kretynów. Odpowiedz Link
tricolour Nie ludzi tylko Ciebie ))) 10.12.09, 09:46 Za to, że zasłaniasz się kretyńskimi argumentami. Napiszę jeszcze raz, bo nie dociera (jak to do kretyna, ale może zrozumie) - podjąć decyzję, znieść cene i konsekwencję - prosze bardzo, nie moja sprawa. Podjąć decyzję, nie chcieć się pogodzić z ceną, konsekwencjami i opluwać tych, którzy tą cenę i konsekwencje widzą - to tchórzostwo. Używanie agrumentów o telewizorach i samolotach - to nieudana ilustracja. Widzisz jaki krótki mój post - bo prawdę można napisać w kilku zdaniach. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Dojdziemy do końca... 09.12.09, 18:30 Nie dojdziemy do ośmiu w przypadku Mireny, bo ona ma tylko jeden wskaźnik: 0,1. Jak już napisałam, nie ma możliwości zastosowania jej niepełnego. W przypadku zaś tabletek, stosowanie nieregularne to jak skok na bungi z losowym przypięciem liny, lub jazdy samochodem bez przeglądu technicznego. To fuszerka, i tyla. Dla mnie dylemat moralny to powinny mieć instytucje kościelne, które propagują metody, które pozwalają na niechciane zapłodnienie w stopniu wyższym, niż to konieczne. Ja się liczę z faktami. A fakty są jednoznaczne. Mniejsza ilość poczęć w przypadku stosowania wkładek i tabletek (regularnie aplikowanychh)Jeśli są metody lepszej ochrony przed POCZĘCIEM, to jestem za ich stosowaniem. Dziwię Ci się, ze nie masz dylematu moralnego z jaami zapłodnionymi i niezagnieżdzonymi w 1/3. TO JEST PRAWDZIWY DYLEMAT- FAKTYCZNY, a nie POTENCJALNY. W przypadku Mireny masz śmierć POTENCJALNĄ, a przypadku NRP- FAKTYCZNĄ (1/3 przypadków). Wylicz sobie. Wskaźnik x 1/3- oto liczba uśmierconych zarodków. Jaka jest liczba dla Mireny i jaka dla NRP. Niektóre tabletki tak mają, jak piszesz. Ja bym ich nie stosowała. Ale inne TAK NIE MAJĄ. Są RÓŻNE. Już to pisałam. Dla mnie jest oczywiste, że jak można stosować LEPSZE, to je trzeba stosować (o ile można ze względów zdrowotnych, bo to oczywista sprawa). To żadne clou programu. Odpowiedz Link
tricolour To na zakończenie... 09.12.09, 18:36 ... skoro można jednak prowadzić cywilizowaną rozmowę: nie mam dylematu moralnego także z 26 tysiącami całkiem dużych ludzi, którzy umarli dziś z głodu i braku wody. Bo nie przyłożyłem do tego ręki. To jest rzecz, która nas dzieli: stosując środki antykoncepcyjne JA mogę zabić, a nie stosując samo najwyżej zginie. Nie moja sprawa. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: To na zakończenie... 09.12.09, 18:44 Jak to- nie Twoja sprawa, skoro do tego dojdzie (załóżmy) za sprawą Twojego współzycia. To katolikom nie zależy na tym, by życie, które oni inicjują, się ostało? I by się takich żyć, skoro już powstały ostało jak najwięcej? I TO JEST CLOU. Powyższe było pytanie retorycznym, bo dla mnie jednoznacznie wynika Z WYMOWY LICZB, że katolikom NIE ZALEŻY na życiu. Wskaźnik Pearla jednoznacznie wskazuje na to, ile zarodków zostanie unicestwionych przy stosowaniu odpowiednich metod. Najpierw próbowałeś mi imputować, że kłamię co do Pearla. Potem, że niby nie wiem, jaki wskaźnik mają tabletki. Są tabletki, które mają 0,125! I my z Bramstengą o tych mówimy, a nie o jakichś wykopaliskach z lat 70-tych, które ubezpłodniłyby słonicę! Wykazałam Ci stosunek ilościowy wskazujący na hipokryzję krk. Odpowiedz Link
tricolour Chcesz powiedzieć... 09.12.09, 18:55 ... że stosowanie środków atykoncepcyjnych ma na celu zmniejszenie liczby unicestwionych zapłodnionych komórek? To jest ta WYMOWA LICZB i CLOU? Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Chcesz powiedzieć... 09.12.09, 18:57 TAK! Nie ma się z czego śmiać. TO SĄ FAKTY. Tyle, że dla Ciebie NIEWYGODNE. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Chcesz powiedzieć... 09.12.09, 19:01 Już Ci pisałam, ale nie pojąłeś, że środki antykoncepcyjne chemiczne najnowszych generacji mają na celu NIE DOPROWADZIĆ DO ZAPŁODNIENIA. To Ty wyciągnąłeś na plan pierwszy działanie przeciwzagnieżdżeniowe, co w świetle WYMOWY LICZB zachodzi znacznie rzadziej niż w przypadku NRP. Odpowiedz Link
rybak Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 01:25 Zacięcie, powiadasz... Cóż, dziś to już nawet nie zacięcie. To już tylko echo echa. A tak nawiasem mówiąc - ciekawe, Krezzz... Jakie Ty byś to zacięcie dziś czuła... Gdyby na ciebie twój ex doniósł po tym, jak wniosłaś pozew o rozwód i zrobił to w MIESIĄC po twej wyprowadzce z twego własnego domu, którą uskuteczniłaś żeby unikać jakiej jego prowokacji... A on i tak za namową swego mądrego adwokata doniósł, do prokuratora, wraz ze swoją siostrą i konkubentem siostry. Żeś w tym czasie, kiedyś już tam od dawna nie mieszkała, uciekając przed tą ...rodzinką... ba - nawet zamki ci natychmiast zmieniono, byś nie mieszkała, przed ledwie tygodniem "ganiała za nim, czyli ex po tymże domu ze spluwą, przykładając mu owąż do czaszki i grożąc że zabijesz jak psa"... Ciekawe... jakie u siebie byś, Krezzz, zacięcie poczuła? Mając w perspektywie trzy albo i pięć lat w kiciu bez zawiasów za fałszywe oskarżenie od osoby, którą hołubiłaś (i jej rodzinę) przez dziesięciolecia. Którą kochałaś bezbrzeżnie. Dla której rozwaliłaś stosunki z całą swą najbliższą rodziną, bo cię uprzedzali, że wybrałaś w swym kretynizmie emocjonalnym człeka podłego i skrajnie wyrachowanego.... Ciekawe, jakie Ty byś zacięcie czuła, patrząc na prokurator rozkładającą w skupieniu twoje akta, o których po prostu wiesz, że pochodzą z fałszywych zeznań kogoś, za kogo byś się dała jeszcze rok wcześniej pokroić żywcem. Kogo rodzinę nad ciepłe morza zabierałaś za swoje, odmawiając sobie wszystkiego - bo biedni i rodzina ex... I nad te, no fiordy. Pracę jakąś nieustająco załatwiałaś. Kasę podrzucałaś, jak nie mieli co jeść - bo to przecież rodzina twojego krezzz chłopa... Ciekawe jakie więc zacięcie byś czuła, a zwłaszcza w sytuacji, gdyś tychże kochających członków rodziny, których lata utrzymywałaś w istocie, bo biedni byli bardzo, szerokim łukiem po wyprowadzce mijała, by ci właśnie czegoś takiego nie wycięli, a oni jednak - wycięli. Mieszkając juź w twoim własnym domu. Ciekawe, co byś czuła, gdybyś wcześniej wiedziała od dobrych ludzi, że całą rodziną się naradzali - żeby jednak wyciąć ci jaki możliwie najwredniejszy numer po twojej ucieczce od nich. Z podziałem na role wręcz. Ciekawe, jakie by było dziś twoje o nich zdanie. Jak bardzo wyważone. Subtelne. Stonowane. Kulturalne. Krezzz. Ja tu mówię o realnym życiu - z hienami udającymi ludzi! Które gotowe są zagryźć dla 500 złotych, a co dopiero dla znaaacznie większej kwoty. A tymczasem... ja dziś mówię lekko żartobliwie - baba. Mówię - oni. Nie mówię - skur...y j...e! Tak jak do końca życia powinienem przy każdej okazji o nich pełnym głosem mówić. Nie tylko, zresztą, za to. Wiesz, mądra prokurator od razu do mnie przemówiła tak: ten numer z bronią ten właśnie adwokat w sprawach rozwodowych stosuje często (wiesz, okolice Pruszkowa, więc się proszę nie denerwować. No i najważniejsze - te trzy zeznania członków pana rodziny są całkowicie ze sobą sprzeczne. Zdaje się, że nawet ich nie uzgodnili, tacy byli pewni, że pana wrobią. Rozumiesz, Krezzz, SAMA prokurator... Patrząca na mnie ze wspołczuciem jak na połtrupa. Bo ja naprzeciwko z czarnymi obwódkami wokoł oczu, bo już w ogóle nie spałem wtedy, z pracą, która się sypie, bo nieprzytomny chodzę na antydepresantach. I cały czas w głębokim szoku od wielu, wielu tygodni, po tym, jak mi ex, gdy powiedziałem, że mam definitywnie dość, powiedziała z miłym uśmiechem, prosto w oczy, że moje dziecko kilkanaście lat temu to zabiła w sobie nie dlatego, że musiała ze względów zdrowotnych, ale dlatego, że po prostu go ze mną mieć nie chciała. Nigdy. No co, Krezzz? zdziwiona? Czujesz to... zacięcie? Ciekawe, jak Ty byś dziś wyglądała po czymś takim? Gdyby tobie się przytrafiło takie REALNE życie... I realna konfrontacja twego bezbrzeżnego uczucia z brakiem uczucia. W takiej właśnie formie. Chwal Boga, żeś nie musiała czegoś takiego przepracowywać w sobie. Żeby broń Boże nie czuć do końca życia białej nienawiści. Żeby nawet pogardy nie czuć. Żeby NIC do ex nie czuć! Jak mówię, że miałem ciężki rozwód i lata okołorozwodowe i cud boski, że się nie przekręciłem i jewszcze większy cud, że dziś jednak potrafię kogokolwiek pokochać, zawierzyć - to znaczy że tak naprawdę było. Mój adwokat jasno mi to na początku wyjaśnił - pana żona na zimno walczy o dom i kasę od pana na jego utrzymanie. I tylko o to. I zrobi wszystko, by wygrać. Wszystko. I miał rację. Zrobiła wszystko. A teraz cóż... już ex - i przegrywa. Po kolei wszystko. I tak jak kiedyś pisałem - dawno temu - przegra do końca. I to bez nijakiego gniewu z mojej strony. Po prostu. I bez zacięcia. Kto sieje wiatr, zbierze co jego. Odpowiedz Link
scarlet.secret.sky Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 08:28 Rybaku, właśnie o takich ludziach moja mama zwykła dawniej mawiać, że nie warci. Gdy to wszystko się skończy odwróć się od niej i więcej nie patrz w jej stronę. Gdyby mi ktoś taki koszmar urządził nie miałabym w sobie Twojej pokory. Chyba nie. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 09:25 Ale Scri to nie Rybak. Odpowiedz Link
scarlet.secret.sky Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 10:39 Ale ja do Rybaka pisałam, a nie do Scriptusa Odpowiedz Link
ekscytujacemaleliterki Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 10:30 Rybaku, uwielbiam Cie Chłopie pasjami! I strasznie duzo Ci zawdzieczam, bezposrednio i posrednio Odpowiedz Link
rybak Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 11:17 Literki, hmmm.... Ojojoj!... poważna sprawa ....Bezpośrednio????!!! O kurczę, to nic ino ten, no, somnambulizm z mojej strony, Wysoki Sądzie. Ja pierwszy raz na oczy tę panią z tymi trojaczkami widzę! Słowo honoru! (I znów rechoczę, zanim wrócę do roboty) Odpowiedz Link
ekscytujacemaleliterki Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 12:14 Wysoki Sadzie! Podac szczegoły? ;P Serio Rybaku, Twoj opis zmagan, walki o zwiazek, samotnosci, rezygnacji i bolu w watku Agnes pomógł mi dojsc do "sciany". Dziekjuje Kiedys pozwolę sobie o tym watek na sąsiednim forum założyc. Odpowiedz Link
scriptus Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 12:16 Dziękuję, Rybaku. Dopiero teraz miałem dość czasu, by uważnie przeczytać Twój post. Dziękuję, bardzo dużo w nim trafnych spostrzeżeń, fajnie usystematyzowanych. Niby sam też wiem to wszystko, ale czasem trudno jest wdrożyć nawet najsłuszniejsze założenia w życie. Postaram się jednak tak zmodyfikować moje postępowanie, by je uwzględnić. W pełni zgadzam się z tym, co napisałeś. Owszem, moje wychodzenie z miłości jest być może wyjątkowo ciężkie i bolesne, ale nie każdy na choroby reaguje tak samo. W zasadzie moją małżonkę już skreśliłem i ona dobrze o tym wie. Jest mi już potrzebna tylko jako matka biorąca współudział w wychowaniu mojego dziecka. Gdyby nie to, pewnie już od jakiegoś czasu, około roku, nie było w moim życiu. Z tego względu muszę utrzymac przy życiu organizm pod tytułem Rodzina i w działaniu mechanizm pod tytułem dom, pomimo, że ona z premedytacją wciska kij w szprychy. Wszystko fajnie, jednak codzienne przebywnie w domu utrudnia proces leczenia, podobnie, jak przebywając w szambie trudno wyleczyć ropiejące rany. Pomimo, że odpowiedź na pytanie, dlaczego ona mnie przestała kochać, nie jest mi już do niczego potrzebna, to tkwiąc po uszy w bagnie i nie znając na nie odpowiedzi, ciągle do tego pytania wracam, niemal jak do klucza do rozwiązania moich problemów. Nie mogę, jak Twój Dziadek, uciec na działkę, bo ona tylko na to czeka. Nie mogę zniknąć z domu, bo straszliwie skrzywdziłbym syna. Muszę zatem odczekać w tym domu do werdyktu sądu, który, jeśli będzie korzystny dla mnie, da mi carte blanche do dalszego postępowania i czyszczenia sytuacji. Na szczęście widać już na horyzoncie koniec tego bagna. Prawdopodobnie odbędzie się jednak zamieszanie wewnętrzne u mojej małżonki, rozterki duszne psujące humor i sprzyjające rozstępom. A u mnie przyspieszy się proces zdrowienia. Odpowiedz Link
ekscytujacemaleliterki Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 12:46 Scr, nie chce sie madrzyc ale dlaczego sie tak bardzo upierasz na "rodzine". Myslisz, ze tak bedzie lepiej dla Twojego dziecka? Rozwazałes opcje, ze lepiej bedzie kiedy mama i tata beda osobno ale szczesliwi? Wydaje mi sie ze to nic fajnego patrzec na rodziców, ktorzy sa obok siebie. Zgadza sie, proces leczenia i choroby przebiega u kazdego inaczej.Ale chociaz przemysl opcje, ze nie skrzywdzisz wlasnego syna uwalniajac sie z koszmaru. Ze bedzie szczesliwy jesli Ty bedziesz. Powodzenia Ci zycze . Odpowiedz Link
scriptus Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 13:07 Skąd założenie, że po rozwodzie ludzie sa szczęśliwi?? Według badaczy problemu (przeczytałem ostatnio książkę) rozwód u znacznej większości jego uczestników nie wywołuje szczęścia, a raczej przeciwnie. W związku z tym po rozwodzie dziecko ma szansę byc może zobaczyć jednego z rodziców szczęśliwego, albo wręcz żadnego. Zatem nie mogę dziecku w ten sposób zapewnić szczęścia. Prawdopodobieństwo tego szczęścia jest zbyt małe, żeby tego używać jako argument. Jest to raczej samousprawiedliwienie się tych, którzy rozbijaja rodzinę w imię osiągnięcia własnego szczęścia. Skąd przypuszczenie, że dziecko jest w koszmarze? Ma wszystko, co potrzebuje, nieograniczony kontakt z obojgiem rodziców, nie jest świadkiem żadnych konfliktów, czy kłótni, wszystko działa w domu jak zegareczek. Oczywiście, byłoby lepiej, gdyby rodzice byli szczęśliwi, ale z faktu, że nie są, nic nie wynika. Niestety, nie jesteśmy w stanie zapewnić szczęścia nam jako rodzicom. Zakładanie ryzykownego postępowania, związanego z godzeniem w podstawy bytu dzieci i w ogóle rodziny, w imię ewentualnego, słabo zdefiniowanego szczęścia to po prostu hazard. Może się uda, a jak się nie uda, to zamiast do pasa będziemy w bagnie po szyję, i tak dobrze, bo można być po uszy, albo całkiem zatonąć. Odpowiedz Link
ekscytujacemaleliterki Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 13:26 Mnie nie badali dlatego wysnuwam takie wnioski. Ja, i mowie tu tylko za siebie z punktu widzenia kobiety, bedacej zona faceta ktore nie kocham, gniusnialabym z dnia na dzien, meczyla sie, nie widzial przyszlosci, zadnego sensu w tym ukladzie, dreczylabym sie, spalała psychicznie. Mysle, ze bardzo sie myslisz twierdzac,ze z faktu iz rodzice nia sa szczesliwi nic nie wynika. Szczegolnie dziecko jest wrazliwe i wyczulone na zachowania werbalne i niewerbalne, jego receptory doskanle wyczuwaja panujaca atmosfere. I na nic mu to, ze jest w domu jak w zegareczku, sniadanko, obiadek, kolacja, mama i tata i komputer i cala reszta dobrobytu. Bo to wszystko jest materialne a nie emocjonalne. Dzieci ucza sie z obserwacji. Co zaobserwuje Twoje dziecko? Jakich nauczy sie form kontaktu miedzyludzkich i komunikacji? Nie twierdze,ze Twoje dziecko zyje w koszmarze, nawet sie o to nie pokusze. Nie bede rowniez Cie namawiac do zmiany zdania, do innych działan bo to Twoje dziecko, Twoja rodzina. Wybierasz co uznajesz za stosowne. Dodamy tylko, ze ja jako dziecko matki bardzo ciesze sie ze rozbila rodzine. Bo miałam spokojna mame, usmiechnieta mame. Mimo tego, ze nigdy sie wiecej z nikim nie zwiazała. Wiec moze nie byla szczesliwa bo była samotna. Nie rozbila rodziny dla słabo zdefiniowanego szczescia tylko dla mojego spokoju. Z reką na sercu, wole miec usmiechnieta matke niz matke ktora obchodzi ojca szerokim łukiem z zachowaniem konwenansów wszelkich. Mówię Ci tylko, ze dla mnie Odpowiedz Link
scriptus Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 15:09 Moje dziecko chce mieć w domu i mamę i tatę. Tak mi powiedziało i nie widzę powodu, żeby zdanie mojego dziecka nie było dla mnie ważniejsze niż zdanie postępującej względem mnie nielojalnie żony. Ta sytuacja może być różna, niż sytuacja Twojej Mamy. Masz rację, będąc mężem kobiety, która mnie nie kocha też czuję, że się spalam psychicznie, nie widzę przyszłości w tym układzie, ale widzę jednak sens. Sens ważniejszy, niż mój osobisty komfort. W końcu jestem ze stali, trochę ognia mnie nie weźmie... Odpowiedz Link
ekscytujacemaleliterki Re: Mądrości mojego dziadka, czyli dlaczego nie k 09.12.09, 15:32 A to zmienia postac rzeczy, myslałam ze na upartego chcesz dac dziecku za wszelka cenne rodzine. Porzadny chlop z Ciebie, kierujesz sie dobrem swojego dziecka nie dlatego,ze masz taki obowiazek i musisz tylko dlatego, ze chcesz. Kosztem samego siebie. Zycze Ci zeby poszlo ku lepszemu. Odpowiedz Link
tricolour Może zwyczajnie dlatego... 08.12.09, 14:06 ... że stałes się właśnie tym misiem, który dał już wszystko więc na więcej liczyć nie można. Może odarłeś się z tajemnicy, odrębności, niezależności, partnerstwa. Kiedy szukałem sobie żony, to w pierwszym rzędzie odrzucałem te, które za mną latały. Odpowiedz Link
cleer13 Re: Może zwyczajnie dlatego... 08.12.09, 17:37 Przede wszystkim racja,że rozstrzasanie dlaczego? nic Ci nie da. Jest jak jest. A jeśli już, to albo nigdy Cię nie kochala tylko sobie wykalkulowała,że z fajnym misiem to bezpieczne życie ją czeka i okazało że nie da się udawac uczuc na dłuższą metę. Albo zakochala się w innym i wtedy już całkiem udawac się nie da. ( jakoś tak jest że kobiety częściej stawiają wszystko na jedną kartę i nie potrafią życ na dwa fronty)Albo za dobry byłeś i nudny przez to - niby tylko męzczźni wieczni łowcy musza ciągle zdobywac, ale to nieprawda - kobietom też dreszczyk niepewności jest potrzebny. Albo zraniłeś ją czymś? Albo... i tak mozna mnożyc. Tylko po co? I tak uczciwie postąpiła,że Ci to wprost powiedziała. Znam takie, ktore faktycznie latami manipulują takimi misiami , bo jest tak wygodniej. Z jednej strony absolutna wolnośc i zero zobowiązań, a zdrugiej jest facet, na ktorego zawsze można liczyc,ze pomoże i samej nie zostawi. Więc ona chyba uczciwej sprawę postawiła. A swoją droga jak to jest,że zawsze w związku jedno goni, a drugie ucieka. Jak facet kochający i udomowiony to zonie czegoś sie zachciewa, jak ona poświęcająca sie i zapatrzona to jemu żal tych wszystkich lasek co to ich jesxcze nie zdobyl i szuka ciągle nowych wrażen. Natura ludzka niezbadana. I chyba racja,że to wszystko " z nudów Wysoki Sądzie" . Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 08.12.09, 18:22 A może to jak z tym mądrym powiedzeniem (za chwilę zacytuję). Tera będę odkrywał, że gadam proząCzyli stek uporządkowanych truizmów - tk prosto, że prościej się nie da No bo jak jedno w związku kocha aż tak BARDZIEJ, że się w pełni poświęca dla drugiego, poświęca aż część lub całość siebie - to to drugie, mniej kochające,... ma tym samym coraz większą władzę nad tym pierwszym. A wiadomo: Każda władza demoralizuje. Nawet najlepszego człowieka demoralizuje. Władza absolutna - też wiadomo - absolutnie... ten tego... Więc w końcu - wynikająca z czyjegoś do nas ogromnego uczucia władza nasza nad tym kimś - jest... bardziej niż absolutna. Bo dotyczy świata najważniejszych emocji ego kogoś. I uwarunkowań. Więc - i zdemoralizować potrafi absolutnie. Nawet tych niby odpornych... Co mniej kochają. Bo w końcu widzą na co dzień - mając nad rzeczonym misiem (lub miśką) aż taką władzę - że on sam siebie nie szanuje. No to... dlaczegoż oni mieliby go aż tak bardzo szanować? Najpierw w drobnych sprawach, potem coraz mniej drobnych... I tak kropla po kropli, milimetr po milimetrze... erozja postępuje... I miś sam wychowuje sobie... żmiję na memłonie)) Może to jest ta odpowiedź? Może kochając za bardzo, bo chcemy ZASŁUŻYĆ na czyjeś uczucie - sami sobie jesteśmy winni właśnie dlatego - że w końcu MUSIMY w ten sposób zdemoralizować tę drugą stronę, kochającą mniej? Może to tak właśnie działa? U tych misiów i poszarpanych zbyt ciepłych i oddanych żon...? Tak sobie pomyślałem nagle... Czyli - potwierdzałoby się to, co mówiłem powyżej - tylko NIE REZYGNUJĄC w związku z siebie w imię największej nawet miłości do kogoś - możemy zbudować ten związek w miarę trwały i udany. Baaa - więcej - jak ktoś OD RAZU chce od nas takiego jakiegoś samopoświęcenia, rezygnacji z siebie, bo wie, że np. nas trafiło - to najpewniej ten ktoś JUŻ jest ostro zdemoralizowany A więc niewart nawet o - takicj ociupinki naszej miłości... (tri, to twoja metoda z kolei: - czyli nieganiania za kimś I paszoł! (paszła!) tym samym na drzewo! Apriorycznie, że się tak wyrażę (Mola, jak widzisz, wplotłem tu także część twej definicji O kurdę, jaki ja mundry jestem ostatnio Normalnie sam siebie nie poznaję ;D Co to znaczy solidna teoria podbudowana ugruntowanym rozwodowym doświadczeniem. Hmmm... No to, scriptus, odpuść se. Już wiesz - sameś sobie winny. Tera zwizualizuj swe uczucie, zrób z niego samolocik i fruuuuu.... przez okno. Albo lepiej - do pieca. (metodą Krezzz A potem hop siup, zmiana... priorytetów!, No! Rusz się! Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 08.12.09, 19:05 Nieprawda Rybaku- miłość to nie zerujące się równanie: im ktoś bardziej, tym ktoś mniej. Miłość to wzrost. Kto bilansuje- nie kocha. Miłość to też nie władza. Ani posiadanie. A z tym zasługiwaniem to masz rację- czasami niektórzy chcą się zasłużyć. Ale wtedy KUPUJĄ coś, nie- kochają. Kupują akceptację, albo coś innego. Ale to handel- nie miłość. Miś, Misia- co za deprecjacja własnej osoby. Nie lepiej przyznać sie do klęski? Klęska też jest ludzka. Bywa, że przegrywamy. Czasem na własne życzenie. Ktoś mi bliski wymyślił takie kryterium człowieczeństwa: człowiek tym się różni np. od najinteligentniejszej maszyny, ze jest zdolny przyjąć i uruchomić własną klęskę. To BARDZO DUŻO. Gdybym mówiła do człowieka wierzącego (a tego nie wiem), to bym przywołała klęskę Jezusa. Wypierasz, Rybaku. Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 08.12.09, 20:43 Krezzz, ja to mówiłem do Scriptusa, opisując CHORE układy, a nie normalne... Czytać a rozumieć... fakt... Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 08.12.09, 21:39 Ale o chore też można pytać. A nawet- należy. Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 11:29 A przy okazji, Krezzz...też prosta konstatacja prostego człowieka... Im bardziej oddajemy siebie komuś, kogo kochamy BARDZIEJ niż ten ktoś nas, tym bardziej mamy mniej siebie samego, a więc i... szacunku do siebie samego... I wiary w siebie. Automatycznie, też milimetr po milimetrze, rok po roku.... Aż w końcu, kiedy się wyrwiemy... Musimy zaczynać właśnie OD TEGO - OD ODBUDOWYWANIA SZACUNKU DO SAMYCH SIEBIE, żeby umieć oceniać innych i żeby nie popełniać drugi raz tego samego błędu i z tej... niskiej samooceny, wynikającej z tego, o czym powyżej - nie oddawać już nigdy więcej swojego osobistego wewnętrznego terytorium szmondakom obojga płci. A tylko, a i to nie bez reszty, nieszmondakom. Znaczy - prawdziwym partnerkom. O, tyle prosta konstatacja prostego rybaka, wynikająca z gruntownego PRZEROBIENIA owego tematu przez siebie samego (więc nic zobowiązującego) Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 11:43 Prosty człowieku, jeśli kogoś bardziej kochamy niż on nas, to nie tracimy szacunku dla siebie samego, mym zdaniem. Szacunek tracimy jeśli w ramach tego kochania pozwalamy sobą pomiatać, czy coś w tym guście... Moim zdaniem nie mamy siebie mniej, tylko mniej miłości tej drugiej osoby. No, chyba że dla kogoś miłość drugiej osoby jest podstawą jego tożsamości. Ale wtedy chyba mamy do czynienia z uzależnieniem. Wtedy rzeczywiście trzeba zacząć od odbudowania własnej tożsamości, uniezależnienia się od tej osoby, może i odcięcia się. Ale, obawiam się, że problem leży jednak BARDZIEJ po stronie osoby uzależnionej. Z jakichś powodów wykazuje ona skłonność bycia ofiarą. I sytuacja odcięcia będzie sytuacją zaledwie zaleczania, co nie znaczy, że niesłuszną na tę okoliczność. Ale, może się powtórzyć, kiedy taka osoba spotka kolejnego człowieka, któremu związek z ofiarą z jakichś względów będzie odpowiadał. Bo tak często jest, że ofiary przyciągają określony typ ludzi. Chodzi o to, by to rozpoznać (z reguły ma to swoje źródła w doświadczeniach prymarnych). I je uleczyć, nie tylko- sytuacyjnie zaleczać. Czy my aby nie o tym mówimy? Tak sobie gdybam... Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 11:55 Teoretyzujesz. Wyłącznie. Upraszczasz. Bo kompletnie nie rozumiesz, o czym tu piszę Po prostu. Pozdrawiam i kończę. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:08 Nie teoretyzuję tylko. Mówię z praktyki. Własnej. Dość bolesnej. Tak, tak... Teorię to ja nabyłam w procesie zdrowienia. Bez niej ani rusz- nie zrozumiałabym, co mną rządzi. Również pozdrawiam. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 08.12.09, 18:51 Nie, Cleer, nie możesz tak deprecjonować czyjegoś życia- z nudów. Ludzie z reguły postępują bardziej składnie, niż się otoczeniu wydaje. Tyle, że otoczenie nie wszystko rozumie. Odpowiedz Link
cleer13 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 09:05 krezzzz100 napisała: > Nie, Cleer, nie możesz tak deprecjonować czyjegoś życia- z nudów. Ludzie z > reguły postępują bardziej składnie, niż się otoczeniu wydaje. Tyle, że otoczeni > e > nie wszystko rozumie. Ależ mogę! Każdy z nas ma swoje doswiadczenia, z innymi ludźmi i rózne historie. I dlatego każdy z nas MOŻE miec inne zdanie. A moje stwierdzenie " z nudów" było po piewsze nawiązaniem do wspomnień Rybaka o dziadkach, ( bardzo podobnych z opowieści do moich dziadków i pewnie nie tylko moich) dla których walka o codzienne przetrwanie w czasie rozlicznych wojen, biedy i wszelakich zawieruch nie dawało szansy na dzielenie włosa na czworo, szukanie kochanek, i zastanwianie się czy w tym związku spełniam się wystarczajco. I wierz mi są ludzie, dla których jak jest po prostu dobrze i spokojnie, to jest nudno i zaczynają szukac atrakcji - i nie jest to ich deprecjonownie, lecz bardzo łagodna ocena. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 09:23 Na takiej zasadzie, to każdy może wszystko, Cleer. Może np. walnąć bombą atomową w sąsiada, jak ją tylko skonstruuje albo zakupi na czarnym rynku. Może też w kosmos się wybrać. Ty też musisz pewne rzeczy przyswoić Ze są ludzie, dla których problemy wychodzące poza kwalifikacje: żyć- nie żyć są problemami życiowymi. I że ci ludzie nie z nudów je mają. Odpowiedz Link
cleer13 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 09:56 krezzzz100 napisała: > Na takiej zasadzie, to każdy może wszystko, Cleer. Może np. walnąć bombą atomow > ą > w sąsiada, jak ją tylko skonstruuje albo zakupi na czarnym rynku. Może też w > kosmos się wybrać. > > Ty też musisz pewne rzeczy przyswoić Ze są ludzie, dla których problemy > wychodzące poza kwalifikacje: żyć- nie żyć są problemami życiowymi. I że ci > ludzie nie z nudów je mają. Mogę powiedziec tu to co myslę, o ile nie ubliżam, nie krzywdzę i nie sprawiam przykrości nikomu z uczestników formu. A tego nie zrobiłam. A jesli mam inne zdanie niż Twoje, to nie znaczy,że nie mogę go wypowiedzieć. Nikt tu nie ma monopolu na rację i jedynie słusznie poglądy. Forum polega własnie na wymianie zupełnie róznych poglądów, doświadczeń i wniosków. Jeśli mam inne niż Twoje poglądy, to nie znaczy że muszę Twoje "przyswoić". Tak jak Ty nie musisz przyswoić moich, ale nie możesz zabraniać mi dzielić sie moimi spostrzeżeniami. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 18:49 Scri, a zadałeś sobie pytanie, co ją doprowadziło do tego, że przestała Cię kochać? Może to, że Ty ją przestałeś kochać? Nie twierdzę, że przestałeś, bo tylko Ty wiesz naprawdę, czy przestałeś. I ona. Czy ona tak twierdzi? Jeżeli tak, to coś jest na rzeczy... Nie da rady kochać podwójnie. To jakiś matriks koncepcyjny. Poza tym- trąci jakimś apodyktyzmem. Więzieniem dla niej. A to wiele wspólnego z miłością nie ma. Dlaczego piszesz o scenariuszu WYKALKULOWANYM przez nią? wszystko ejst jakimś scenariuszem, ale czy to am wiele wspólnego z kalkulacją? Równie dobrze można by rzec, ze Ty chciałeś wykalkulować scenariusz na jej życie, prawda? Udawanie człowieka ze stali było chore. Ty ją więziłeś. Dziwisz się, że chciała uciec? Mam wrażenie, że Tobie nie chodzi o nią, ale o jakiś mit. O Twój pomysł na życie, na związek, nie na bycie z nią jako NIĄ. Moim zdaniem martwisz się o nią, bo jesteś uzależniony od czegoś... Znajdzie się inna chętna na związek, to w to wejdziesz. Przeczytaj, co napisałam o tym, czy związek jest dla ludzi czy odwrotnie. To, że chcesz rozumieć, co się stało, dobrze wróży. Bylebyś się nie uparł na jednym punkcie- tym, który doprowadził Cię do uporu. Powodzenia. Chętnie się przyłączę do Twojego forum. Odpowiedz Link
scriptus Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 16:58 To pytanie zadaję sobie ciągle na okrągło, stąd ten wątek. Dlaczego przestała kochać, a może w ogóle nie kochała (chyba jednak kochała, troche pięknych wspomnień chyba mamy...) Owszem, masz rację, w jakimś sensie stała się zakładnikiem, ale to tylko skutek braku uczciwości, bowiem gdybyśmy temat omówili, to prawdopodobnie znaleźlibyśmy jakieś wyjścia kompromisowe, a tak będzie skrajnie. Wyjdziemy z tego oboje poturbowani mentalnie na maksa. Z faktu, że udaremniłem wykonanie jej scenariusza, nie znaczy, że miałem własny. A udaremniłem nie dając się sprowokować do różnych "postępków", sama mi to zresztą powiedziała, że nie zachowałem się w jej kalkulacjach rozwodowych tak, jak oczekiwała. To się nazywa wyciąganie gruli z ognia cudzymi rękami. I o ile nie "uszyła" czegoś nowego na mnie, to teraz jest rzeczywiście więźniem w kozim rogu, ale w ten kozi róg, uszyty zresztą na mnie, wleciała sama. A z faktu, że nie miałem scenariusza, nie wynika, że jestem bezrefleksyjny i nadal nie mam. Do utworzenia takiegoż zostałem zmuszony przez toczące się postępowanie przed sądem. Jak już kiedyś napisałem, od momentu złożenia fałszywych zeznań przed sądem ją skreśliłem jako partnerkę, przestała podlegać mojej ochronie, przeciwnie, teraz się bronię przed nią, jako przed przeciwnikiem. Niemniej jednak nadal przeżywam żale i bóle po źle wygaszonej miłości, poczucie beznadziei, bezsensu, pragnienie przebaczenia i powrotu do normalności, choć nie mam złudzeń i wiem, że takiego nie będzie. I nie mam złudzeń, żona jest mocna i zdeterminowana, zatem walka będzie bez pardonu. Owszem, trzy lata temu zaatakowała dobrodusznego, kluchowatego misia, kompletnie zdziwionego tym atakiem i zaskoczonego, ale misie mają to do siebie, że mogą broniąc się niechcący machnąć łapą i nabić siniaka, ale doprowadzone do sytuacji bez wyjścia stają się niedźwiedziami, łamiącymi kręgosłup nie tylko atakującemu jeźdźcowi, ale często i koniowi, który go wiezie, zdzierającymi pazurami korę z drzew i w ogóle demolującymi otoczenie póki są zagrożone. Wiem, udawanie człowieka ze stali jest chore. Schowanie swoich emocji jest chore. Jednak chowanie emocji przed kimś, kto potrafi doskonale nimi grać to obrona. Wszak jeśli ślimaki chowają sie w korupki, to człowiek też może w stalowy pancerz? Wiem, że przed nami jeszcze kilka rund walki. Nie chcę jej uszkodzić, chcę ją po prostu pokonać na punkty. Na dzień dzisiejszy nie widzę powodu, żeby się poddawać. I nie chcę nic dla siebie. Beneficjentem wygranej będą moje dzieci. A co do mnie, pewnie tez jakoś sobie ułożę życie po rozwodzie, tym bardziej, że już zaczynam sie nad tym zastanawiać. Myślę, gdzie zamieszkam, co będe robił, a nawet, że trzeba pomyśleć, z kim... no, może to z kim pozostawie na faktyczne "po rozwodzie" Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 19:52 Scri, bardzo współczuję. Mnie się w głowie nie mieści takie działanie na wspólną niekorzyść, bo to jest jasne, że wszyscy w takiej wojnie przegrają. I ona, i Ty. Ja miałam mojemu eks dużo do zarzucenia, choć nie takiego kalibru, oczywiście. Ale nie wojna. Oboje wiemy, że będziemy sobie jeszcze nie raz potrzebni, i że złośliwość zaprocentowałaby na niekorzyść wszystkich. To jest coś, z czym się pierwszy raz spotkałam w życiu- Wasze przykłady na tym forum. Wiesz, kiedy emocje wychodzą bokiem? Jak już się sytuacja ustabilizuje, jak już się ma życie odbudowane, to bywa, że wtedy organizm sobie "pozwala" na odreagowanie" w postaci np. depresji. Albo jakiejś somatycznej choroby. Kiedy nie jest już w stanie wojny, kiedy już nie musi trzymać się w karbach, kiedy ma się na kim oprzeć, wywala. Bo już może sobie pozwolić na chorowanie. Uważaj na siebie, Scri. Odpowiedz Link
kami_hope kto szuka ten ma szansę... 08.12.09, 18:37 Czasami człowiek w swych działaniach musi zatoczyć pełne koło. By w pewnym momencie ze zdumieniem odkryć, że znowu stanęło się w punkcie wyjścia. To wszystko zależy od tego jak podchodzimy do swojego losu. To zatoczone koło może stanowić doświadczenie życiowe, dzięki któremu będziemy bardziej dojrzalsi. Może być także oznaką niemocy, bezbronności czy też ślepego uporu, itp. Ja uważam, że to nie jest źle zadawać pytania. Ciągle jesteśmy konfrontowani z doświadczeniami, których przezwyciężanie prowadzi do dojrzałości. Zaprzestanie pytań, to tak jakby uznanie, że nie mamy wpływu na los, a tu prosta droga do wygodnictwa i „grzechu zaniechania”, o którym niedawno wspominaliśmy. Czyli nie do końca zgadzam się z Rybakiem. Wiele możemy się nauczyć poprzez zaistniałą sytuację i dopiero dzięki rozpoznaniu istnieje szansa na poprawę własnego losu. Inaczej, to jedynie plaster na ranę. Odpowiedz Link
rybak Re: kto szuka ten ma szansę... 08.12.09, 18:56 Zgadzam się z Tobą w pełni - bo to co piszesz wcale nie jest sprzeczne z tym, co sam napisałem powyżej. Po prostu - ja już poodrabiałem wszystkie swoje rozwodowo-porozwodowe lekcje. I czuję to aż do szpiku kości. Stąd - jestem pogodnego serca a nawet niekiedy jakby znów - wesoły Bo co przemyślałem, poodczuwałem, przerobiłem w sobie, przecierpiałem - to pozwala mi na takie a nie inne podejście do sprawy. Zgadzam się z mym dziadkiem - ale teraz już nie dlatego, że... starszych należy słuchać, bo doświadczyli tego i owego (jak kilka lat temu jeszcze, ale dlatego, że widzę, że on widać poprzerabiał kiedyś tam pewne sprawy tak, że jego wyniki zgadzają się z moimi No bo do czego innego można było dojść? A scriptus - tę lekcję teraz sam przerabia... Z czasem się z tym upora... też sam... Bo tylko samemu można... Bo wiesz sama doskonale, Kami - wiedzieć o czymś, a przyjąć to coś za swoje - to dwie różne rzeczy są. Tego pierwszego można się dowiedzieć, przeczytać, usłyszeć. To drugie trzeba odczuć. Czasem boleśnie. Zawsze na własnej skórze. I wtedy dopiero gra i buczy I to jest właśnie powód, dla którego piszę to wszystko scriptusowi. On to przeczyta. Potem musi swoje odcierpieć... A potem przyjmie to za swoje i będzie niczym u Hegla - teza, antyteza, kunflikt tych, no jak im tam - sprzycności, znaczy owa, tfu - krucafuks - dialektyka i wejście także Scriptusa na nowy jakościowo poziom. pozdrawiam i wracam do roboty. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: kto szuka ten ma szansę... 08.12.09, 19:07 Przeczysz sobie, Rybak. Niczego takiego nie mówisz Scriptusowi. Ty go namawiasz nie do przyjęcia i przeżycia (przepuszczenia przez siebie), ale do ODDALENIA problemu. Odpowiedz Link
rybak Re: kto szuka ten ma szansę... 08.12.09, 20:38 A co tu kombinować po próżnicy? Jak by tych diabłów na końcu szpilki nie liczyć - ktoś nie kochał, więc coś nie wyszło, parę lat poszło się gonić na drzewo, trza żyć dalej. I się z czasem problem oddali w sposób, że tak powiem, naturalny Gdyby ludzkość rozważała tak w sobie latami po wielekroć każdy guz na glowie, to by dawno wymarła. A wcześniej się zapiła z rozpaczy)) Po co tu komplikować, co w sumie proste jest? Jak się już to przerobi? TRZA ŻYĆ DALEJ, Krezz! (i to apel także do Ciebie! A Scriptus swój chłopski rozum ma. I możesz być pewna, że w końcu i on dojdzie do swoich WŁASNYCH wniosków. I one, nawet jeśli najprostsze, będą dokładnie takie, by to JEMU się łatwiej potem żyło. Więc stokroć bardziej cenne niż nawet nasze najświetlejsze rady)) Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: kto szuka ten ma szansę... 08.12.09, 21:37 Ale my tu nie fakty stwierdzamy, z faktami nikt nie dyskutuje. Scri zapytał: DLACZEGO. I to jest zdrowe. Odpowiedz Link
z_mazur Re: kto szuka ten ma szansę... 09.12.09, 03:32 To nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Szukanie odpowiedzi na takie pytanie sprowadza się najczęściej do tego, że staramy się zrozumiec "co takiego zrobiłem, że przestał(a) mnie kochac", czyli szukamy winy w sobie, co jest kompletnie bez sensu i ze zdrowiem psychicznym nie ma nic wspólnego. Ta wiedza nam nie jest do niczego potrzebna. Na dobrą sprawę na pytanie Scriptusa wystarczy nam odpowiedź "BO TAK". Ogólnie zgadzam się z tym co pisze tu Rybak. Po kilku latach po rozstaniu, po zaliczeniu terapii, mam takie samo podejście i uważam, że jest ono najzdrowsze. Zdrowe dla Scriptusa to będzie, jak już go takie pytania nie będą męczyły. Jak żartobliwie podsumowuję zawsze swoją psychoterapię, trafiłem na nią dręczony podobnymi do tego pytaniami, w jej wyniku wcale nie znalazłem na nie odpowiedzi, ale przestały mnie one dręczyc, czego życzę Scriptusowi. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: kto szuka ten ma szansę... 09.12.09, 08:25 Mazur, wisz co? Dobre! Pewnie, że rolą terapii jest zdjąć z nas nasze "zmory". Ale pamiętam Twoje posty, w których pisałeś, co Ci Twoja terapia dała. I wskazywałeś na ten specyficzny punkt- że zrozumiałeś (zapewne nie do końca, to jasne, bo to pewnie niemożliwe), co się z Waszym małżeństwem działo. Pisałeś o wspólnym złym i dobrym wkładzie w małżeństwo obu stron. I tutaj o to zrozumienie chodzi. Tak rozumiem intencję pytania Scri. Odpowiedz Link
kami_hope Re: kto szuka ten ma szansę... 08.12.09, 19:24 rybak napisał: >wiedzieć o czymś, a przyjąć to coś za swoje - t > o > dwie różne rzeczy są. Tego pierwszego można się dowiedzieć, przeczytać, > usłyszeć. To drugie trzeba odczuć. Czasem boleśnie. Zawsze na własnej skórze. Otóż to. Ja odczułam, że proponujesz drogę "na skróty". Stąd mój komentarz. Doświadczenia zebrane w czasie rozwoju prowadzą do narodzin nowych rozpoznań (mądrości, dojrzałości, etc.) i tu trzeba zrozumieć i zaakceptować konieczność znoszenia bólu tych narodzin. Jeśli próbujemy schować się przed tym bólem, to w rezultacie niszczymy nasz twórczy potencjał i odbieramy sobie szansę kreowania nowej rzeczywistości. Pozdrawiam. P.S. Ja w ostatnich dniach boleśnie rodziłam. I urodziłam. Jeszcze nie wiem co to jest? Pozwalam temu łagodnie wzrastać… Odpowiedz Link
six_a Re: Dlaczego nie kochasz 08.12.09, 20:38 mnie się akurat Twoja linia podoba (na tyle, na ile ją rozumiem z tego, co do tej pory wyczytałam), ponieważ świadczy o odpowiedzialności właśnie za to, co się z eksem stworzyło. imho rozwody nie są dla ludzi z dziećmi. co byśmy nie zrobili i jak nie byłby przeprowadzony rozwód - dzieci wyjdą na tym jak zabłocki na mydle. prędzej czy później. a te wszystkie dobre rady z cyklu: życie naprawdę jest proste, weź się w garść, znajdź sobie inną zabawkę i odpuść wszystkie uczucia do eks lub prawie eks, to ja nie wiem dla kogo mają być, serio. nie da się odpuścić, jeśli z eksem łączą nas dzieci. chyba że te dzieci są już dorosłe, prowadzą własne życie i brak obecności któregoś rodzica w domu nie jest deficytem. Odpowiedz Link
nangaparbat3 Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 00:12 A rodzice, którzy - bez awantur, picia, bicia, zdrad - nie umieja z soba zamienic paru słów jak ludzie? W nieustajacym napieciu, od którego aż boli całe cialo? To nie jest deficyt? To słuzy dziecku? Odpowiedz Link
six_a Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 09:58 nie służy, to oczywiste. odniosłam się do przypadku scriptusa i nie mówię w ogóle o patologiach. mówię o ludziach, którzy nie chleją, nie biją, tylko po prostu im się znudziło, nie chcą podjąć wysiłku naprawy, a dzieci zostały lekką rączką wliczone w koszty znudzenia. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 10:33 Być może tacy istnieją. Nie wiem. Ale nie można o to podejrzewać a priori. O to mi chodzi. Odpowiedz Link
six_a Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 11:13 > Być może tacy istnieją. Nie wiem. Ale nie można o to podejrzewać a priori. O to mi chodzi. ok. Ty nie wiesz, a ja wiem. każdy mówi ze swojego doświadczenia lub obserwacji, prawda? i nie wydaje mi się, żebym musiała podejrzewać. jest to popularna linia porad: masz tylko jedno życie, po co spędzić je z kimś, kto (bla bla bla psuje ci krew, bla bla bla nie docenia i inne tam blabla) - i to brzmi całkiem rozsądnie, jak nie ma w tym wszystkim dzieci. a jak są, nie da się już tak łatwo lecieć po linii egoizmu i demonstrowania znudzenia partnerem, bo to zawsze będzie ojciec/matka twojego dziecka i to demonstrowanie też się kiedyś odbije czkawką u dziecka. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 11:51 Wydaje mi się, że to już kwestia priorytetów: jeden woli uprościć, drugi- zanalizować. I jednemu i drugiemu grozi przegięcie: nadmierne uproszczenie lub nadmierna komplikacja. Mnie się zdaje, że lepiej skomplikować niż uprościć. Tak mówi mi nie tylko moje doświadczenie, ale także namysł. Doświadczenie mi mówi, że sytuacje z reguły są bardziej skomplikowane, niż się na pozór wydawało. No i mój namysł nad tym zaprowadził mnie do takiego priorytetu. Mam do tego określoną teorię wyjaśniającą. Zgrubną, oczywista. Ale już mniejsza nią. Odpowiedz Link
scriptus Re: Dlaczego nie kochasz 09.12.09, 15:32 Jestem tego samego zdania, lepiej skomplikować, podejść ostrożnie do zagadnienia, niż zachować się w świecie swoich dzieci jak słoń w składzie porcelany Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 02:02 Stalkera już mam. Dalszych wymian zdań z panią na jakimkolwiek forum nie przewiduję. JAKIEKOLWIEK kolejne tego typu spersonalizowane wycieczki osobiste forumowe czy pozaforumowe z Pani strony pod moim adresem potraktuję jako akt bezpośredniej agresji. I proszę niniejszym o takież traktowanie ich od tej chwili przez moderatorów. b/o Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 08:20 Rybaku, nie neguję Twoich przejść i przeżyć. Wskazałam tylko na owo zacięcie. Niepokoi mnie "rozlanie" tego napięcia w uogólnienie. Rozumiesz? Sam widzisz, że Twoja sytuacja jest wyjątkowa, jeśli idzie o skalę doznanej przez Ciebie perfidii. Nie wszyscy jednak pzreżyli coś takeigo. Z tego, cow ie, Scri jednak nie. Nie można zatem stosować takich generalizacji, że wasze eks to...Ten ton (ale ton jak ton, jeszcze jest do przejścia) ale treści są widoczne w wielu postach. Kreujesz grupę Was, facetów, jako jeden podmiot zbiorczy: kochających, oddanych, naiwnych (z miłości, rzecz jasna), porzuconych przez.... Tak NIE JEST. Tak BYŁO w Twoim wypadku. Zastanawiam się też, czy nawet w Twojej sytuacji- tak trudnej- nie mógłbyś tego przepracować lepiej. Odcięcie się tak radykalne, z takim zdeprecjonowaniem osoby aby pewno jest najlepszym rozwiązaniem? Czuję, ze coś jest z tym nie tak. Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 10:55 Tak, Krezzz, radykalne się odcięcie od ex w MOIM przypadku to było najlepsze rozwiązanie. Po wszystkich jej jazdach. Bo widzisz... Ja bardzo nie lubię nikogo dusić A tym bardziej łba nikomu ukręcać Bo potem przeżywam niejakie rozterki... duszne I peljesacki plavac mi czasowo mniej smakuje.) A ja ostatnio baaardzo lubię to wino. W miłym towarzystwie.;D Odpowiedz Link
to.ja.kas Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 10:58 Rybak, co to za wino bo nie znam? Wrzuc kaś na priv? Zesz sie nic nie chwaliłes, a wiesz, ze ja wina ostatnio tylko Odpowiedz Link
zabelina Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 11:22 Kas, dorzucę od siebie - jeszcze czarnogórski vranac - niebo w gębie... W końcu to pobliskie regiony plavaca. Ale sama jestem ciekawa czy u nas gdzieś można te wina droga kupna nabyć? Odpowiedz Link
to.ja.kas Wianiarki off 09.12.09, 11:26 Zabelina, dzięks. Może Rybak podzieli się wieścią gdzie... Ja mam namiary na wina gruzińskie. Łod samego Gruzina co mi czasem co lepsze trunki dostarcza w dowód sympatii. Jak ktoś potrzebuje, namiar mogę dać na priv. Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 11:52 Się chyba nie da... u nas kupić, chociaż... może już ktoś do jakichś ekskluzywnych skłądów win toto importuje... Sęk w tym, że zarówno peljesacki dingac jak i plavac to wina z nazwami zastrzeżonymi miejscowo - dojrzewają wyłącznie dwóch kotlinach na półwyspie Peljesac w Dalmacji. I są rzadkie w obrocie nawet tam. Czyli - jak się tam jest, to trza nabyć drogą kupna ile się da tych butelek i się potem w Polsce wiele miesięcy delektować. W miłym towarzystwie, jako się rzekło. Świadomie nie napisałem tu nic o peljesackim dingacu Bo to byłby już sadyzm wobec bywalców enotek Królu chorwackich, a raczej - dalmackich win. To dopiero jest wino! Jak sobie w prawdziwej dębowej beczce poleży w piwnicy winiarni pod skałami wykutej.. Echchch!!!! Odpowiedz Link
to.ja.kas Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:01 Baaaaaardzooo śmieszne, baaaaardzo Chyba przestanę Cię lubić Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:23 No już dobrze, especially for You znalazłem www.winachorwackie.pl (moderatorzy, pozwolicie? są w wawie. Jak z nimi pogadasz, może i dingaca sprowadzą? plavaca i vranaca mają Ale plavaca mają takiego jakiegoś... podrzędnego chyba... Bo niezły plavac zaczyna się od 40-50 zł za butelkę Odpowiedz Link
to.ja.kas Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:28 Nawet jak nie pozwolą, to już i tak sobie adres skopiowałam. Ja mam namiary na piwniczkę mołdawską i jak mówiłam gruzińską Niech Ci Bozia w dzieciach wynagrodzi Rybaku Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:55 Za te życzenia ... A Bóg Ci zapłać dobra kobieto, bo ja ci nijak zapłacić nie mogę p.s. ... Nadrabiam, jak umiem... Odpowiedz Link
kasiapfk Re: Może zwyczajnie dlatego... 10.12.09, 09:37 AS Bóg zapłąć! dobry człowieku, czy kto tam Ci płaci za adres, można się podczepić? hihih, uwielbiam Wasze posty o winkach p.s. fanka porto, a potem wieeeeelu innych...smaków Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 11:02 Nie, no wszystko w porządku, skoro uważasz to za najlepsze dla siebie, i jesteś tego pewien. Tylko, że SCRI pytał: DLACZEGO. Jemu jest potrzebne wiedzieć, a nie- się odciąć. Inaczej by wątku nei zkałdał, a nawet forum. Niech Ci apetyt na to wino wróci Ja aktualnie apetytu na wódkę chili, niemiecką, co to się apetycznie mrozi, czekam. W grypie smaku ni ma Odpowiedz Link
kasper254 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:26 Przez długi czas moje myśli i emocje podążały takim samym, czy podobnym, głównym traktem, jak myśli i emocje scri. Dzięki fachowcom, a bardziej bliskim - zszedłem z niego, bo prowadził mnie na manowce; szkodził mi. Potem już podążałem tą drogą, o której mądrze (wg mnie) piszą rybak i mazur. Niezależnie od powyższego, do dzisiaj, a to już sporo ponad cztery lata, nie mogę się uporać z pobocznym do rozumowania srci zagadnieniem: jak, wydawałoby się bliski, najbliższy człowiek, może czynić różne okropne rzeczy na szkodę tego, z którym był długie, długie lata, dzieląc trudy, cerpienia, wysiłek, wspólne wychowywanie dzieci? Jak może też działać na ich szkodę? Jeszcze przed oficjalnym rozwodem moja była żona sprowokowała sytuację, żeby wezwać policjantów. Owszem, przyjechali. Spisali notatkę, a na odchodnym poklepali mnie, mówiąc: "współczujemy panu". Jestem osobą znaną w ponad stutysięcznym mieście i nie było to miłe. Potem była lawina ataków, manipulacji, odgrywania scen względem innych osób, kłamstw, oszczerstw, gróżb itd. Mimo próśb, aby poszła do kupionego nowego mieszkania i zezygnowała z rozwodu, nie zgodziła się na to. Jako rodzina straciliśmy ogromny, jak na polskie warunki, majątek ( rozpadł się pewien układ). Potem były inne, stokroć gorsze zdarzenia,o których nie chcę pisać, bo mi po prostu wstyd. Dlaczego? Bliscy mi odpowiadają, ale mnie jest trudno przyjąć tą argumentację... Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:49 Niezależnie od tego, czyś ty krzywdził, czy ty byłeś krzywdzony i walony po rogach, zakonotuj sobie tę najprostszą motywację niektórych kobiet: MNIE UKRZYWDZIŁEŚ???!!! NO TO JA CI, SK....U POKAŻĘ!!! Jasne? I poczytaj sobie któreś tam prawo Rybaka (to o skomplikowanych wyjaśnieniach prostych spraw) D Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 13:05 No i właśnie dlatego, Kasprze i Scri (do Rybaka już nie mówię, bo on już "wie", co jest jego prawem)))) owo pytanie do Was wraca- BO JEST WAŻNE. Wprawdzie Scri, jak się wydaje, już żałuje, że pozwolił temu pytaniu wydostać się na wierzch, i już by chyba nie oczekiwał, że mu pomożemy, to ja jednak pozostanę przy swoim i polecę Wam przeczytanie mojego przedostatniego postu do Rybaka. Z tego też powodu sądzę, że to pytanie będzie do Was wracało. Każdy z Was doświadczył przemocy, prawda? Fizycznej lub psychicznej (sytuacyjnej). Czy tego chcecie, czy też nie, jesteście ofiarami. To żaden wstyd i w żadnym razie nie zmniejsza winy oprawcy. Ale zależność zależnością. U mnie działał podobny mechanizm, acz na inną skalę. Nie dochodziło do takich czynów jak u Was, tak skrajnych, tak widowiskowych itd. To było bardziej subtelne psychicznie. "Zaledwie" zostawiano mnie bez pomocy w sytuacji, kiedy nie mogłam liczyć na inną pomoc niż jego. Jesteście facetami, więc nie będę wam truła, o co chodziło-z grubsza powiem, że o sytuacje ciążowe, porodowe i wczesnowychowawcze. Latami pytałam: jak to jest możliwe, że ktoś, kto kocha, jest tak nieczuły, że tak bardzo potrafi skazać na cierpienie. Nie dokopałam się tych odpowiedzi. Dopiero terapia mi uświadomiła, na czym polega związek przemocowy. Że ma on dwie strony. Że są uwarunkowania, którym podlegamy, i które, nieuleczone WRÓCĄ. Nie uciekniecie od siebie, ciesząc się z symbolicznych rozstępów żony na psychice. Ani odcinając się od niej. Z jakichś względów Scri nie chciał się zresztą od niej odciąć. Chorobowo nie chciał. Teraz stosuje metodę odwyrtki- jak już sytuacja go odetnie (czyli sytuacja rozwodu jest nieunikniona), będzie się "cieszył", czyli sobie wmawiał, że tego odcięcia chce. A EWIDENTNIE go nie chciał. Nie twierdze, że odcięcie nie jest konieczne. Może jest. Ale powinniście umieć stawiać granice bez radykalnych odcięć (przestrzennych, czasowych). O co innego w tym chodzi. Powinniście zrozumieć, DLACZEGO tak się stało, że to BYŁO MOŻLIWE (ta przemoc). Dlaczego nie umieliście, jak i ja, wcześniej postawić granic ranienia nas. Rozumiecie? To da odpowiedź na pytanie: DLACZEGO ona mnie nie kochała/przestała kochać. Kolejna porcja odpowiedzi leży po jej stronie. Dlaczego ona NIE MOGŁA Was kochać (jej uwarunkowania). To jest sytuacja oczywiście idealna. Wiem, że dla Was niedosiężna. Mnie psycholog wskazała z grubsza dwie możliwości radzenia sobie z taką sytuacją: 1. Spróbować zrekonstruować profil przemocowy partnera i opracować strategię ochrony przed nim. 2. Spróbować dojść w sobie przyczyn uruchamiania się mechanizmu bycia ofiarą. Wybrałam to drugie jako ważniejsze. Bardziej globalne. Wtedy jako tako zaczęłam sobie radzić z tym pierwszym. I dało mi to (częściową, ale zawsze) odpowiedź na pytanie, dlaczego on mnie "nie kochał". (Choć do teraz utrzymuje, że kochał) Moze to Wam trochę pomoże Odpowiedz Link
rybak Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:36 Bo on cierpi. Teraz najbardziej w całym swoim życiu zdaje się. A jak człek cierpi, to pyta - dlaczego?, za co? Ewentualnie jak już całkiem nie ma siły - Panie, czemuś mnie opuścił? Scri, zamiast odpowiedzi - weź se puść na początek to I miłego dnia www.zapiszjako.pl/209098,wrzuta,wieslaw-golas-no-co-ja-ci-zrobilem.html Odpowiedz Link
cleer13 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 12:57 A może tak: DLACZEGO? BO TO ZŁA KOBIETA BYŁA... Ijuż. Odpowiedz Link
krezzzz100 Re: Może zwyczajnie dlatego... 09.12.09, 14:32 No, ontologicznie zła. Ale wtedy mamy kolejną kwestię: przypadłościowo czy substancjalnie, heheheh Odpowiedz Link