ostatnie swieta razem

23.12.09, 22:48
U mnie swieta ni wesole ni smutne ,to moje ostatnie swieta z synem i
z przyszla byla zona (rozprawa luty zapewne),mysle ze najciezsze
patrzac na to ze podjalem ciezka decyzje powrotu do kraju ,by sie
odciac inaczej bylo by ze mna krucho ,wiec patrze juz oczami mojego
zycia bezemnie .Czeka mnie jeszcze rozmowa z synem i przygotowaniem
go na to ..mam nadzieje ze czas wyleczy to wszystko .
    • nanai11 Re: ostatnie swieta razem 23.12.09, 23:00
      Skoro podjąłes taka dezycje to jestes na to gotowy.
    • kalpa Re: ostatnie swieta razem 23.12.09, 23:37
      Trzymaj sie!

      Taniec i wiatr to moje żywioły!
    • scriptus Re: ostatnie swieta razem 24.12.09, 11:30
      Moje "ostatnie rodzinne święta" były cztery lata temu.
      Trzy lata temu wigilię spędziłem samotnie w domu, jedząc jakieś remanenty z
      lodówki. Piekło jak otwarte złamanie kości. Zamknąłem się tego wieczora
      kompletnie, wyłączyłem telefon, komputer, telewizor. Czułem, że utraciłem
      rodzinę i dumną pozycję pana domu, głowy rodziny, który zbiera swoją gromadkę
      przy stole, czyta im ewangelię, dzieli opłatki, rozpoczyna wieczerzę wigilijną.
      Czułem, że utraciłem rodzinę, dom i wszystko, co jest celem mężczyzny, odkąd się
      staje mężczyzną, wszystko, dlaczego się kształci, buduje swoją pozycję zawodową,
      społeczną. Wszystko, co w rezultacie daje poczucie radości i spełnienia. Czułem
      upokorzenie i ból, byłem przekonany, że teraz już wszystkie wigilie będą
      samotne, albo będe gdzieś w najlepszym wypadku gościem. Wpadłem w straszną
      rozpacz, dół. Poszedłem na pasterkę, ale nie potrafiłem wejść do kościoła. Kiedy
      w końcu wszedłem, wcisnąłem się w jakis kąt. Jakiś ojciec - zakonnik wygłaszał
      wtedy jakieś nauki dla małżeństw, spłakałem się jak bóbr, za późno dobry
      człowieku już dla mnie... a potem sie błąkałem do rana po mieście.

      Dwa lata temu i rok temu się postawiłem, zabrałem syna na wcześniejsza wigilię
      do rodziców. Postawiłem się by osiągnąć zwykły kompromis, potem żona zabrała
      syna do swojej rodziny na wigilię. Znowu poczułem rodzinne ciepło. W zeszłym
      roku nawet naszykowałem własny zestaw świątecznych dań. W tym roku dodatkowo
      nawet kupiłem choineczkę do swojego pokoju i lampki. Znowu wezmę syna do Rodziców.

      Jednak mam już plany. Plany, jak odbudować to, co zburzyła moja żona. Jak skupić
      znowu rodzinę koło siebie. Jak odzyskać dom i pozycję Pana domu. Nie będzie to
      łatwe, bez Pani domu. Nawet się zastanawiam, czy na tę okoliczność nie wynająć
      jakiejś gosposi...

      W przyszłym roku, lub za dwa lata (zależy, czy będe już po rozwodzie, a także od
      tempa budowy ogrzewania w domku na działce i rozbudowy i wyposażenia kuchni)
      zorganizuję tam wigilię. Ozdobię pół lasu dookoła domu lampkami. Zaproszę całą
      bliższą i dalszą rodzinę.

      Organizacja wigilii, świąt, sylwestra na działce od dawna mnie frapowała, zawsze
      miałem na to ochotę, ale żona nie chciała. Nawet odpowiednią choinke kiedyś
      posadziłem przed domem. Przez te dwadzieścia lat wyrosła tak bardzo, że już
      nawet z najdłuższej mojej drabiny nie umieszczę na jej szczycie ozdoby, może
      pora posadzić drugą, mniejszą, bo w tej już musiałem też przyciąć trochę dolne
      gałęzie, zajęła by chyba pół działki smile Albo, jednak wymyślę jakiś sposób, jak
      ubrać tę choinkę. W końcu jestem mężczyzną i nie boję się żadnych wyzwań smile))
      Rodzina mnie namawia, żeby natej mojej wigilii była prawdziwa Pani domu, a nie
      tylko wynajęta gosposia, no cóż, zobaczymy, póki nie orzeczono rowodu, nie mam
      prawa szukać miłej mojemu sercu osoby, ewentualnej kandydatki, która u mojego
      boku przywita moja rodzinę i gości.

      Czemu Wam to napisałem?
      Pragnę pokazać tym, którzy zostali opuszczeni, osamotnieni, przeżyli samotną
      wigilię jedną, lub więcej, że ich los zależy od nich. Mozna sie albo poddać,
      usiąść w kąciku i płakać, albo powybierać z ruin domu to, co tam jeszcze zostało
      wartościowego i budowac nowy dom. Czymś, co należy zabrać z ruin, to tradycje
      rodzinne, Święta, ich atmosferę i spróbowac dać to na nowo członkom swojej na
      nowo zgromadzonej Rodziny, tych,którzy pozostali przy nas. Nie dać sobie odebrać
      dzieci, wnuków. Skupić koło siebie rodzinę, przyjaciół. Nie dać się zdołować za
      życia.

      I tego Wam wszystkim, kochani przed i po-rozwodnicy życzę. Optymistycznych i
      wesołych Świąt. Powstania z marazmu, odbudowy swojego życia z ruin.
      Ja to czynię po 5 latach od upadku, od początku zsuwania sie z tej równi
      pochyłej (od takiego postu zacząłem około 5 lat temu swoje uczestnictwo w tym
      forum). Dojechałem prawie do samego dołu tej równi zsuwając się nieustannie i
      znacząc pazurami ślad na całej jej długości, a potem wstałem, otrzepałem ubranie
      i zabieram się za wchodzenie z powrotem na górę, gdzie jest moje miejsce. I,
      zapraszam wszystkich na górę, ci, co pozostana na dole, nie sa zbyt towarzyscy,
      marne z nich będzie towarzystwo smile))
      • sbelatka scri 24.12.09, 12:08
        podoba mi się Twoja opowieść...
        i może jednak zasadź nową choinkę..
        trochę jak symbol NOWEGOsmile

        i wiesz co, mysle, ze 5 lat i droga w dół i górę, którą przebyłeś
        (pewnośc, ze rozwód sie orzekanie wcześniej czy później) - to JUZ bardzo
        dobre fundamenty do szukania prawdziwej Gospodyni Twojej Wigiliismile

        trzymam kciuki za Twoje planysmile
        i plany wszystkich, ktorzy musieli szukac tego forum..





      • zatracony72 Re: ostatnie swieta razem 24.12.09, 22:07
        Ja moje pierwszą samotna wigilię mam dzisiaj. Po paru drinkach wybrałem się na
        długi spacer. Długi ale nie na tyle by ból fizyczny zastąpił ten duszy. Niestety
        nic nie boli tak jak życie. Na spacerze dopadła mnie myśl jakim złym i
        beznadziejnym jestem człowiekiem, że to spotyka właśnie mnie. Potem narodziła
        się inna myśl, że skoro już od dawna tak na prawdę nie byłem szczęśliwy to co
        zrobiła żona jest jej darem dla mnie. Od dawna żyłem w przekonaniu, że szczęście
        nie jest mi pisane, że już jest poukładane i tak pozostanie na zawsze. Teraz
        jest jeszcze gorzej i pewnie może być znacznie gorzej, ale jak przetrwam to
        kiedyś spotkam dno i się być może od niego odbiję, a jak nie to straty nie
        będzie wielkiej.
    • koziorozec83 Re: ostatnie swieta razem 24.12.09, 16:50
      Ten kto powiedział, że czas leczy rany jest kłamcą!
      • kasiapfk Re: ostatnie swieta razem 24.12.09, 21:34
        Przykro, że tak sądzisz.
        Z moich doswiadczen wynika, że nie jest kłamcą.
        Wszystko zależy od Twojego nastawienia do świata smile
        pozdrawiam i ściskam wirtualnie
        Kaśka Optymistka+3
        • kalpa Re: ostatnie swieta razem 24.12.09, 21:57
          A u mnie jest w tym roku inaczej- choć zdawałoby się, ze podobnie...
          Na wigilie przyszedł ex, posiedzieliśmy, pogadaliśmy- jak starzy, dobrzy
          znajomi. Nam akurat udało się zachować dobre stosunki pomimo wszystko. Synki
          były szczęśliwe, że było fajnie, wydurniali się z tatą, popieścili - a ja się
          cieszyłam, że oni są szczęśliwi.
          Tyle, że mnie już nie boli- wręcz przeciwnie. Małżeństwo z M. byłoby tylko
          dalsza okropną frustracja z powodu jego romansów, podrywów itp, ogólnie pojętego
          niespełnienia ze mną, jako z jego kobietą.
          Więc po co mi to? Ale mamy dzieci, które go kochają, potrzebują, ja to rozumiem
          i być może dlatego, ze nadal lubię i cenie M. mogę z nim spokojnie usiąść i
          zjeść wigilię. Wiec zdarza się i tak, ze po pewnym czasie, kiedy emocje opadają,
          kiedy samemu poukłada się w sobie ważne rzeczy- udaje się zorganizować święta w
          taki sposób, żeby dzieci miały to, czego potrzebują...
          • sbelatka Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 10:04
            cóż.. tak siedzę przy porannej kawie, jak najbardziej sama bo młode
            poszły z tatą - i myslę..

            i myśle,ze w tej calej zawierusze rozwodowej - jednak kobiety mają
            łatwiej..
            oczywiście w pewnym obszarze - i oczywiście nie jest to jakaś żelazna
            reguła.. ale jednak regułasmile

            otóz my kobiety najczęściej zostajemy z dziećmi; to obowiązek,
            obciążenie, odpowiedzilanośc na co dzień - ale bilans wychodzi na
            cholernie duży plus..

            panowie - przynjamniej ci, ktorzy nie odchodzą w ciepłe ramiona
            kochanek - czesto tracą wszytsko..

            tracą żony, szanse na obecnośc dzieci obok siebie w codziennej odsłonie,
            często tracą domy i pogarszają im sie moce finansowe..

            wiem, wiem..
            za chwile usłysze o trudnym losie kobiet, o tym, że pewnie sami sobie
            zasłużyli..

            może i tak.. czasem pewnie tak.. często tak...

            ale myślę o facetach, ktorzy zachowuja sie z klasą - odchodzą z jedną
            walizką, zostawiając dobra i dzieci byłym żonom
            czasem to nie jest to ICH decyzja

            ... myśle, ze są w trudnej sytuacji

            i naprawdę - nawet jeśli są w dobrych realacjach z dziećmi - trudno im o
            takie autentycznie autentyczne kontakty..
            juz zawsze będą "od święta".. na kilka godzin, na weekend...

            myślę (chociaż nie wiem tego na pewno), ze swoje działania wobec mlodych
            świadomie lub nieświadomie analizuja pod kątem "czy to nie pogorszy
            moich relacji z dzieckiem"

            ja się o to nie musze martwic... mogę być autentyczna.. nie zastanwiam
            sie czy coś tam sie dziecku spodoba czy nie..
            bo za godzinę będziemy znowu razem siedziec przy obiedzie, bo za chwilę
            dziecko wyjdzie ze swojego pokoju i znowu bedę miec okazje żeby je
            przytulić

            po co to piszę?
            sama nie wiem...
            może do siebie..
            a moze do innych kobiet - mam, które być może zajrzą do tego postu .. i
            trochę odpuszczą exom...
            • mola1971 Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 12:26
              Sbelatko, mam bardzo podobne przemyślenia.
              I za nic na świecie nie zamieniłabym swojej sytuacji mimo, że
              zostałam z trójką dzieci i śmiesznymi na nie alimentami na sytuację
              exa czy też innego faceta po rozwodzie.
              Doceniam to co mam.
            • magma.dwa Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 12:53
              sbelatka ..swietnie ujelas problem i dylematy facetow ktorzy musza
              odejsc i podejmowac mocne decyzje ,ale wczorajsza wigilia byla mila
              i czulo sie ja mocno bo kiedys nie zwracalo sie moze az na to
              uwagi .A teraz wszytko widzi sie podwojnymi oczami i bardziej
              odczuwa , a dzis obiad razem swiateczny .Czasami zastanawiam jak
              bedzie zyl moj syn ,patrzac ze zostaje w innym kraju tylko z
              mama ,jej kolezankami bez zadnej rdzennej rodziny ,zastanawiam sie
              kim bedzie ?jakie z tego wnioski wyciagnie ?
            • scriptus Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 13:32
              sbelatka napisała:


              > ale myślę o facetach, ktorzy zachowuja sie z klasą - odchodzą z jedną
              > walizką, zostawiając dobra i dzieci byłym żonom
              > czasem to nie jest to ICH decyzja
              >
              > ... myśle, ze są w trudnej sytuacji
              >
              Ja nie rozumiem, na czym polega "klasa" tego rozwiązania. Moim zdaniem to tchórzostwo, boja sie zmierzyć z byłymi, z życiem, wybierają wygodę i święty spokój.
              Gdzie klasa faceta, który opuszcza żone i dzieci?? To zwykły tchórz , który to robi dla wygody, lub ze strachu.
              Owszem, żonom jest to nieraz na rękę, ale gdzie jest powiedziane, że małżeństwo to jest koncert życzeń? Kobieta jest odpowiedzialna za obiad i nieraz sie z tego nie wywiąże, bo za bardzo zapracowana, mężczyzna jest odpowiedzialny za rodzinę. Prawdziwy mężczyzna nie boi się żadnego wyzwania, nawet swojej zony.
              • magma.dwa Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 13:55
                Sadze scriptus ze to nie jest takie proste i latwo ulegamy ogolnika
                ze ktos jest tchozem itp. Kazda historia jest inna i nic nie jest
                takie proste bo jezeli by bylo hmm to nie bylo by tego forum .
                A sbelatka mysle ze moze tutaj miala na mysli ciezkie zdarzenia
                gdzie kobieta wyniszcza swojego "meza" pod kazdym wzgledem ,i stad
                rodzi sie to "tchozostwo" a tak naprawde jest to odejscie by na nowo
                sie odbudowac bo inaczej ten facet by zignol .Wiekszosc takich
                przypadkow tzw koluzja malzenska i gdy sie jest swiadomym tego
                nalezy uciekac przed taka partnerka/rem .
                • scriptus Re: ostatnie swieta razem 27.12.09, 01:38
                  Mężczyzna powinien być twardy. Nie powinien uciekać przed wyzwaniem.
                  Powinien być głową swojej rodziny i walczyć o jej przetrwanie. Powinien podejmować decyzje dla dobra swojej rodziny, a nie dla swojej wygody. I taki mężczyzna jest honorowy, a nie taki, który się obraził bo na niego baba nakrzyczała i uciekł. Jest też całe mnóstwo sytuacji pośrednich. Tu już trzeba pracowicie oceniać.
              • zatracony72 Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 20:11
                s
                > Gdzie klasa faceta, który opuszcza żone i dzieci?? To zwykły tchórz , który to
                > robi dla wygody, lub ze strachu.
                > Owszem, żonom jest to nieraz na rękę, ale gdzie jest powiedziane, że małżeństwo
                > to jest koncert życzeń?
                Sorry Scri za porównanie, ale jakbym swoją żonę słyszał. Też cokolwiek bym nie
                powiedział, nawet dobrego to przeinaczone i użyte przeciwko. Gdyby taki gościu z
                "klasą" walczył swoją część majątku to by był porównany do gnoja odbierającego
                dach nad głową i warunki do życia swoim dzieciom i byłej żonie. Owszem walczyć o
                rodzinę trzeba ale kiedyś opcje się kończą i ten rozdział życia należy zostawić
                za sobą.
              • sbelatka Re: ostatnie swieta razem 26.12.09, 00:34
                psia krew.. nie rozumiem Scri o czym piszesz...

                czy mi sie wydaje? czy Ty tez jestes samotny? już...

                wydarłeś żonie i dzieciom dobtyek?
                zmierzyłeś się ze swoją ex? to znaczy zostałes z nia wbrew jej woli?

                naprawde nie wiem o czym napisałes ten swoj post..
                • scriptus Re: ostatnie swieta razem 27.12.09, 00:45
                  Nikomu niczego nie wydarłem. Wyjdę z mojej rodziny goły, wszystko czego się dorobiłem w małżeństwie, zostawię dzieciom, jednak wychodzę nie wtedy, kiedy mnie wypędzano, ale wtedy, kiedy to ja uznam, że spełniłem swój obowiązek. Datę mojego wyjścia z domu - z jedną walizką już ustaliłem. Jestem mężczyzną, a od mężczyzn się oczekuje pewności i zdecydowania w sytuacjach awaryjnych, a taką bez wątpienia jest rozpad rodziny.
                  Mam odziedziczony domek po dziadkach, zatem nie mam problemów majątkowych, mieszkaniowych. Bez żadnych wątpliwości domek ten nie wchodzi w skład majątku do podziału, odziedziczyłem go jeszcze zanim się ożeniłem i nie remontowałem go w czasie trwania małżeństwa. Jest to obecnie nieopalana od 25 lat ruina, ale 2 - 3 latka po rozwodzie i doprowadzę to "do ludzi"

                  Z faktu, ze sie nie zgodziłem płacić alimentów żonie nie wynika, ze wymigałem się od obowiązków, albo nie utrzymuję mojego małoletniego dziecka.
                  Żona ma więcej pieniędzy niż ja, a pomimo to, nie płaci na mieszkanie, na energię, na syna, na nic, ma swoje pieniądze wyłącznie na swoje potrzeby. Również to ja w domu sprzątam, kupuję, piorę i prasuję ubrania syna, ponoszę opłaty szkolne. Z faktu, że ona coś od czasu do czasu kupi dla swojego dziecka nie wynika, że to ona je utrzymuje, pomimo, ze ona tak twierdzi na użytek znajomych i rzecz jasna - sądu.

                  Swojego czasu mi tłumaczyła, że jeśli mam honor, mam się wynieść ze swojego domu i płacić jej alimenty. Na to stwierdziłem, że nie widzę nic honorowego w tym, że mężczyzna porzuca swoją rodzinę. Mam prawo wychowywać moje dziecko, uczyć je swojego systemu wartości, kształtować charakter, troszczyć się o nie CO NAJMNIEJ na równi z matką. A że ona uwaza inaczej, to z tego nic dla mnie nie wynika. Nie jestem bankomatem ani koncertem życzeń, nie jestem też świętym Mikołajem. Robię to, co uważam za słuszne. Nie trzymam też żony na siłę w związku, jeśli to kwestia honoru dla niej, to przeciez może odejść w kazdej chwili tak, jak się tego domaga ode mnie.
                  Nie pozwolę jednak skrzywdzić moich dzieci. Na szczęście są już duże.

                  Nie czuję się też w obowiazku zabezpieczać majątkowo żony, która ode mnie odeszła. Dostanie tylko tyle, ile jej się nalezy z podziału, bez wzgledu na to, ile by chciała, a chciała by więcej. Początkowo wyobrazała sobie, że zadysponuje wszystkim. Nawet domkiem po dziadkach, bardzo nalegała na jego sprzedaż. Wiem, że doskonale by wiedziała, jak wydać te pieniądze.
                  Są odpowiednie przepisy dotyczące podziału majątku po rozwodzie. Jeśli żona się nie zgodzi z moją decyzją, a wygląda na to, że się nie zgadza, zostanie ona potwierdzona przez sąd. Sprawdziłem z prawnikiem, co jej się nalezy i co moze dostać i pokrywa się to z moja propozycja dla niej. Nie pozwolę okraść moich dzieci.
                  A właśnie dla zachowania twarzy i honoru odejdę z mojego domu tylko z walizka osobistych rzeczy. I tyle. Odejdę, a nie ucieknę. Odejdę, jak na to będzie odpowiedni czas i kiedy ostatnie dziecko będzie samodzielne.
                  Może to będzie bezduszne, ale i z niej wtedy zdejmę moją opiekę, będzie sobie musiała radzić sama. Sama płacić czynsz, sama robić zakupy, sama gotować, prać. Ona jednak nie jest tak samodzielna, jak nasze dzieci, jej nie wychowywałem.
                  Jednak to ona przeprowadza rozwód i to ona rozbija rodzinę. Póki jest moją żoną, jest pod moją opieką, nawet, chociaz mnie nie kocha. Ja się do tego zobowiązałem podczas ślubu i zgodnie z prawem i obowiazującymi zasadami współżycia społecznego nie leży w granicach mojej decyzji zmiana tego stanu.

                  Nie wiem, jak długo zostanie z nią ten jej kochaś, jak zobaczy w praktyce jak wyglada jej prowadzenie domu, ale to już nie będzie moja sprawa po rozwodzie.

                  Mam nadzieję, że teraz już wiesz, o czym piszę.
                  • sbelatka Scri 27.12.09, 01:03
                    no ok,
                    to co napisałes zrobilo na mnie wrażenie

                    tylko wiesz co?
                    inni faceci może inaczej postrzegają "honor"..?
                    i Twoje upieranie sie żeby mieszkac z żona odczytaliby właśnie jako
                    brak honoru..

                    więc ujmę to tak - nie ma co zarzucać innym tchórzostwa - a to zdaje sie
                    zorbiłes (chyba,ze mi sie pomyliło, wtedy sorry)

                    kaŻdy z nas działa w sposób, ktory uważa za najlepszy
                    zgodnie z tym jaki jest w tej konketnej chwili.. a za rok, dwa czy pięc -
                    mozliwe, ze w podobnej sytaucji postapiłby zupelnie inaczej

                    szanuję Twoja postawę, Twoje decyzje
                    masz do nich prawo

                    ale będac pzrekonanym o tym, ze Ty postepujesz tak jak nalezy - nie
                    dyskredytuj innych

                    bo to nie jest tak bardzo jednoznaczne znowusmile

                    no i tak lekko żartem - chyba nie musisz czekac do usamodzielnienia sie
                    ostatniego dziecka jakies 15-20 lat? bo mozliwe, ze wtedy inaczej
                    wyglądałyby Twoje decyzje i osądy..

                    a niektorzy właśnie z takiej perspektywy podejmuja swoje decyzje...
                    • scriptus Re: Scri 27.12.09, 01:29
                      sbelatka napisała:

                      >.........
                      > no i tak lekko żartem - chyba nie musisz czekac do usamodzielnienia sie
                      > ostatniego dziecka jakies 15-20 lat? bo mozliwe, ze wtedy inaczej
                      > wyglądałyby Twoje decyzje i osądy..
                      >
                      > a niektorzy właśnie z takiej perspektywy podejmuja swoje decyzje...

                      Dwa lata...
                      • sbelatka Re: Scri 27.12.09, 10:40
                        Gdyby Nanga nie wyjechała to zapewne napisałaby w tym momencie o
                        chłopaku, ktorego rodzice czekali z rowodem na chwilę gdy on będzie miał
                        18 lat.

                        I zdaje sie, ze to dobrze mlodemu nie zorbiło; czuł sie w tym układzie
                        fatalnie, nie zdał matury czy cos tam imnego sie posypalo..
                        nie wyrobił emocjonalnie

                        nie wiem jak jest w Waszej rodzinie - ale tak jakoś czuję, ze Twoje
                        postępowanie jest pochdną .. no, sama nie wiem czego - ale jakichś
                        wsadzonych Ci do glowy poglądów, ktore niekoiecznie musza działac na
                        korzysć Twoich bliskich

                        nawet nie weim czy chodzi o sam fakt - bo może są zadowleni, ze nie
                        odchdozisz teraz a odejdziesz dopiero za 2 lata..

                        nie wiem, trudno mi to nazwac..
                        ale cos mi tu zgrzyta..choc może to jedynie pochodna porannej
                        zaśniedziałości mózgusmile





                        • scriptus Re: Scri 27.12.09, 23:29
                          Chciałabyś być, jako dziecko, postawiona przed wyborem - ktoś odejdzie, wybierz, kochana mama, czy kochany tata??
                          Kogoś Ci zabraknie w codziennym życiu, wybierz, z kim chcesz zostać, z tata czy z mamą, obojga kochasz?
                          I wreszcie, ktoś odszedł, nie pomyślisz, jak on/ona Ci to mógł zrobić? A może odszedł, bo Cię nie kocha?
                          Czy w takiej sytuacji postawiłabyś z premedytacją dziecko??
                          I skąd pomysł, że zawsze ma odejść ojciec, czyżby był rodzicem gorszej kategorii??

                          Zresztą syn powiedział mi, że chce być z obydwojgiem rodziców, skłonny jestem użyć nawet pewnego rodzaju nacisków, żeby spełnić jego życzenie. Na szczęście na razie nie muszę naciskać, żonka sama się trzyma rodziny, jakby od tego zależało jej życie. Sytuacja dla mnie nie jest ani wygodna, ani łatwa, ani przyjemna, ale siły dośrodkowe w rodzinie, jak w atomie, są większe, niż odśrodkowe. Nie potrzeba mojej interwencji, żeby się to nie rozsypało.
                          • sbelatka Re: Scri 28.12.09, 00:30
                            skoro wszystkie siły dośrodkowe sa mocniejsze niż odśrodkowe - to nie
                            bardzo wiem z jakiego powodu snujesz plany remontu domu po dziadku i
                            wigilii na dzialce?

                            ale nie będę Cie naciskać - bo rozumiem, ze masz swoje powody

                            czy ojciec jest rodzicem drugiej kategorii? wg. mnie nie..
                            ale tak czy siak - dzieci zostały ze mną choc ex kocha je bardzo i
                            poświeca im naprawde duzo uwagi i czasu..

                            dzieci , ktore dostają czas, uwagę i miłośc rodzica nie maja poczcuia,
                            ze zostały porzucone- nawet jesli rodzic odchodzi z domu..

                            ale oczywiście uważam,ze jeśli ludzie moga ze sobą żyć, chcą tego - to
                            jest to lepsze niż rozwodzenie się

                            więc powodzeniasmile
                            • magma.dwa Re: Scri 28.12.09, 00:46
                              zgadzam sie wpelni z sbelatka,nalzey odejsc i nic nie mozna trzymac
                              na sile ,dac kazdej ze stron szanse na szczescie ,najwazniejsze w
                              tym wszystkim jest skupic sie na dziecku i pokzac mu ze inaczej tez
                              mozna byc ,pomagac i wspierac .
            • zabelina Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 14:39
              Tak się składa, że mimo iż tematyka dzieci jest mi obca, bo własnych dzieci
              brak, a może właśnie dlatego, bo mam możliwość poczynienia bezstronnych
              obserwacji; widzę, jak często kobiety bagatelizują uczucia swoich własnych
              byłych mężczyzn, ojców swoich dzieci. Właśnie nastał okres najintesywniejszych
              rodzinnych kontaktów, a ja obserwuję jak moi dwaj znajomi tęsknią za swoimi
              dziećmi. Jeden, żeby zobaczyć się z dzieckiem musiał iść do szkoły, coby wręczyć
              prezent bożonarodzeniowy na dużej przerwie, drugi nie raz już, mimo wyznaczonych
              sądownie spotkań, "odbił" się od zamkniętych drzwi mieszkania byłej.
              Panowie Ci pewnie nie są idealni, jako kobieta nawet rozumiem jakie zarzuty moga
              mieć do nich ich eksie. Widzę jednak jak autentycznie kochają te swoje dzieciaki.
              Sama jako kobieta wiem, ile wnosi w życie kobiety dobry kontakt z ojcem.
              Dołączam się do słów Sbelatki: dziewczyny odpuście trochę tym eksom, dla
              dzieci....
              P.S. Oczywiście nie mam na myśli wszystkich kobietsmile
              • kalpa Re: ostatnie swieta razem 25.12.09, 17:45
                Zabelino- dokładnie tak!
                Wśród moich znajomych jest tata, który nie ma zbytnio kontaktu z własnymi
                dziećmi, bo... są w innym kraju. Wiem, że takie były okoliczności życiowe, być
                może wtedy nie dało się inaczej. Ale niestety ten człowiek ma uczucia i bez
                względu na to jakim był mężem, był i jest kochającym ojcem. Jego ex chyba sama
                nie rozumie do czego doprowadził wyjazd z kraju- nawet, jeśli nie miała innego
                wyjścia.
                I jeszcze dzieci, które bardzo tęsknią za tatą, ale z drugiej strony wrastają
                szybko w nowe okoliczności i kontakt przez skypa, zwłaszcza dla młodszych jest
                raczej nudą niż przyjemnością. Inna koleżanka też wyjechała i się od byłego męża
                odcięła. Odcięła również dziecko. On został ze złamanym sercem, dziecko z
                "przetrąconym kręgosłupem". Ale wg. mamy będzie miało lepszy materialny start w
                przyszłości...
                Cóż... ja sama zostałam rozdzielona z mamą, bo wyjechała z kraju, kiedy byłam
                wczesną nastolatką, nie udało nam sie połączyć- takie wtedy były realia. Trauma
                pozostała, pewnych skrzywień nie da się wyleczyc, można byc ich tylko świadomym,
                żeby nie miały głebszego wpływu na teraźniejszość.
Pełna wersja