yazaman
26.01.10, 11:40
Przeczytałam sobie dziś wszystko co się ostatnio na tym forum pisze,
jak sie broni i atakuje, jak ocenia.
Mam prośbę, przeczytajcie tę historię bo jest autentyczna i może
zastanówcie się troszkę jak to jest z tymi 2 stronami medalu każdej
histori.
Sąd ustalił zgodnie z życzeniem męża codzienne kontakty na co drugi
weekend od piątku popołudnia do niedzieli wieczora i każdą środę.
Dokładnie tak wnioskował mąż.
Rzeczywistość wyglądała tak, że weekendów się mw. trzymali, środy
były zawsze, często noc w tygodniu, inne dni tygodnia na zasadzie
telefonu: wezmę córkę do kina, pojedziemy tam i tam, odbiorę i
przywiozę itp - słowem dużo więcej niż to co wynikało z wyroku.
Problem pojawił się jak żona zaczęła układać sobie życie, a mężowi
skończyło się to co miało być piękne i trwać wiecznie.
Zaczęły się schody-mąż dzwonił do żony i mowił, że weźmie córkę do
kina we wtorek ale żona odpowiedziała, że idą do lekarza i może w
poniedziałek albo w czwartek, wtedy usłyszała po raz pierwszy,
że...utrudnia kontakty.
Była zdziwiona ale w 'jej' weekend jak wtedy gdy nigdzie z dzieckiem
nie wyjeżdzała zadzwoniła, że Mała ma wolne popołudnie i może coś
razem wymyślą trafiła na reakcję: nie będziesz mi czasu i życia
układała...
Następna reakcja na propozycję dodatkowego czasu z dzieckiem
spotkała się z zarzutem, że chce się dziecka pozbyć bo w 'amorach'
przeszkadza. Odbyło sie to przy córce...
No i tak mąż wychował sobie żonę, zraził córkę - matka nie
proponowała sama dodatkowego czasu, niefajnie jest słuchać przy
dziecku, że się jest wyrodną matką i się chce dziecka pozbyć, córka
coraz mniej chciała wybrać się gdzieś z tatą.
Kolejny ruch to telefon męża: biorę córkę wtedy i wtedy - ale trafił
z datą w ważne plany mamy i córki (dla jasności dodam, że chodziło o
czas 'mamy').
Było 'nie' i natychmiastowa reakcja: pozew męża o rozszeżenie
kontaktów. Zdziwiona matka poszła na ugodę, pozew nie obejmował
nawet całego czasu jaki tata spędza z córką.
Kolejny pozew o rozszeżenie kontaktów był reakcją na prośbę matki o
podjęcie rozmów o podwyższeniu kwoty alimentów. Żądania z pozwu
nijak się miały do rzeczywistości, realne kontakty jakby żyły
własnym życiem, a pozew wydawał sią być bronią wytoczoną przeciw
matce, a nie dążeniem do szerszych kontaktów.
Na te coraz bardziej brakowało chęci, czy czasu, no i niestety pwoli
chęci dziecka - dość miało słuchania od ojca jaka ta matka jest
wredna, jak mu utrudnia życie itp.
Do tego dziecko wyczuło, że przestaje być ważne - córka dzwoniła do
taty, że jutro jest coś tak fajnego i czy ją zabierze ale nie miał
czasu, pracował. Spotkali się w tym dniu przypadkiem - w kawiarni
tata 'pracował' nad kolejnym związkiem.
Córka mocno to przeżyła.
Coraz częściej chce się 'wymigać' od nawet tych zasądzonych
kontaktów...
Ojciec straszy policją, córka się boi, ogólnie - nieciekawie.
Sąd chcąc zakończyć sprawę skierował ich na mediacje. Oczywiście
bezskuteczne bowiem nie da się mediować jak się chce 'wygrać walkę'
i już.
Sprawa się ciągnie już 2 rok.
Teraz czeka ich RODK.
Po co o tym piszę:
Bo z pkt widzenia ojca wygląda to tak:
1.kontakty ustalono mi sztywno (nieważne że na własny wniosek)
2.kontakty mi utrudniano
3.matka nastawiała negatywnie dziecko by nie chciało się ze mna
spotykać
4. matka nie była 'elastyczna', nie dbała o więzi pomiędzy ojcem i
dzieckiem
5.nawet mediacje nic nie dały
6.muszę więc walczyć o swoje
7.i nadal będe walczył i jak tu wpadnę i o tym napiszę wielu mnie
poprze i będzie kibicowało.
Tylko tyle chciałam napisać - przepraszam, że tak długo ale chciałam
najlepiej opisać przykład na to, że zawsze są dwie strony medalu,
dwa pkt widzenia. I proszę mnie źle nie zrozumieć - to nie atak na
kogokolwiek - zwykłe przedstawienie zwykłej historii.
Trzymajcie się ciepło!