malgolkab
02.03.10, 10:55
z mężem nie mieszkam pół roku, rozwodu na razie nie mamy. od
początku nie robiłam problemów w kontaktach z synem, zaproponowałam
co 2 weekend+ jakieś dni w tygodniu, oczywiście z możliwością zmian.
2 pierwsze miesiące było ok, teraz wygląda to tak, że co parę dni
dzwnonię pytać kiedy tatuś weźmie małego...w tygodniu nie zabiera go
wcale, bo pracuje do poźna, w weekendy zapisał się do szkoły,
wcisnął mi swój plan, który mam przejrzeć, to będę wiedzieć, które
weekendy mu pasują...wziął młodego na tydzień ferii, o co też
zabiegałam. zależy mi na tym, żeby młody miał kontakt z ojcem, ale
też wkurza mnie to, że muszę 5 razy dzwonić, upewniać się

a i tak
on rozpowiada, że ma ograniczony kontakt, co polega na tym, że kilka
razy zadzwonił, że chce wziąć małego dziś lub jutro, a my śmieliśmy
mieć inne plany...czytam jak ojcowie mają pretensje o widzenia, a tu
z 2 strony, widzę, jak jest u mnie i mam już serdecznie dość. na
moje prośby podania terminów przynajmniej na najbliższy miesiąc,
słyszę, że on w przeciewieństwie do mnie poważnie pracuje i ma
problemy (dodam, że ja utrzymuję dom, gdzie mieszkam z dzieckiem, a
pna mieszka z mamusią i tatusiem, choć ma swoje mieszkanie). 2
sprawa, cały tydzień pracuje, w weekend zapisał się do szkoły, no i
oczywiście ja mam obowiązek dawać mu dziecko w te weekendy, w które
ma wolne (nie jest to regularnie), a wszystko planować pod rozpiskę,
którą mi wlepił. jeśli nie, to dziecko jak dorośnie powinno obwiniać
mnie o to, że ograniczałam kontakty