anja.ltd
02.07.10, 22:06
Jak w temacie - o co chodzi z tymi rozwodami, z faktem, że ich liczba wzrasta?
Pomijam, że żyjemy w czasach, w których panuje społeczne przyzwolenie na
rozwody - "nie podoba się? ot, droga wolna/ odchodzę". Co się stało z tym
światem, z ludźmi? Wychodzi na to, że nic nie jest ważne, nie ma wartości,
nie chce się o nic/nikogo walczyć (no, chyba, że są to kochanki, bo w moim
przypadku ja, rodzina - przegrałyśmy), "jak ci/mi się nie podoba to się pakuj/
pakuję"... I wszystko generalnie ma się w d**ie.
Mój mąż odszedł, bo poznał fantastyczną kobietę, wszystko w niej sprawiało, że
czuł się szczęśliwy. Rozumiem, że są tacy, którzy nie są w stanie zdrady
wybaczyć i nie wyobrażają sobie bycia z tym, który zdradził, zawiódł,
wyrządził mega krzywdę i największe świństwo, jakie można zrobić osobie, którą
rzekomo się kocha... Ale co z tymi, którzy jeszcze widzą szanse, dla których
owo zdarzenie staje się czymś, dzięki czemu dostrzegają swoje błędy, chcą się
zmienić..? Czy to się nie liczy - że małżonek jest gotów wybaczyć, bo serce
ciągle kocha, bo nie wyobraża sobie, że coś, w co wierzył, że jest szczere z
obydwu stron, może okazać się złudzeniem..?
No i co jest z tymi zdradzającymi - czy naprawdę tak trudno powiedzieć swojemu
partnerowi, czego nie jest się w stanie zdzierżyć? Zamiast tego lepiej/
łatwiej/ wygodniej jest odejść i zostawić kobietę samą z dzieckiem?
Przeraża mnie to wszystko. Przeraża mnie zmiana wersji zdarzeń, dorabianie
teorii do faktów, ta cała racjonalizacja i odwracanie kota ogonem, żeby tylko
zagłuszyć wyrzuty sumienia, żeby móc stworzyć sobie "rzeczywistość", w której
łatwiej będzie egzystować. Co sprawia, że jesteśmy/ jesteście

(bo nie
ukrywam, że do płci męskiej piję

tak nieodpowiedzialni, niedojrzali, że
decydujemy/ decydujecie

się na dziecko, kiedy jest dobrze, a raptem 3 m-ce
później światopogląd się zmienia?
Co kieruje ludźmi, że są w stanie zaraz po tym, kiedy widzieli się ze swoją
kochanicą, wejść do łóżka, tulić ciężarną żonę i zapewniać, że wszystko będzie
dobrze?
I jak, w całym tym bałaganie, w świecie zagubionych, odwróconych wartości
uwierzyć, że rozwód może być początkiem czegoś nowego, pięknego/ piękniejszego..?
Jak nie mieć traumy po tym, co zafundowało życie, jak zaufać, jak ciągle
wierzyć, że miłość rzeczywiście istnieje..?
Aj, popaprane to wszystko, ten cały świat, po prostu chore...