michszyb
03.08.10, 21:59
Wielu krytykuje mnie za sposób w jaki piszę o swojej ex. Może macie rację, a
może nie. Osądźcie sami.
Otóż i ona i ja zamierzaliśmy spędzić wakacje z dzieciakami nad polskim
morzem. Jeszcze przed wakacjami zaproponowała, że dla dobra dzieci przekaże mi
je nad morzem, bo bez sensu, żeby jechały 500 km w jedną stronę 31 lipca i
wracały nad morze następnego dnia. Oczywiście się zgodziłem. W jej ponad
miesięcznego pobytu nad morzem miałem możliwość porozmawiać z dziećmi 3 razy,
łącznie ok. 15 min. Ale przecież zdaniem wielu z was to było ok. Z moją ex nie
miałem przyjemności porozmawiać ani razu. Próbowałem się do niej dodzwonić,
aby potwierdzić i ustalić szczegóły, gdzie i kiedy przekaże mi dzieci. Nie
raczyła odebrać czy oddzwonić. Wiedziałem dokąd pojechała, tak mi się
przynajmniej wydawało, więc 30 lipca po pracy zapakowałem rzeczy, wsiadłem w
samochód i pojechałem. Wieczorem dojechałem na miejsce. Ponownie próbowałem
się do niej dodzwonić, nadal nic. Wybrałem się więc do ośrodka, w którym
mówiła, że będzie. Dowiedziałem się, że od 17 lipca jej i dzieci już tam nie
ma. Znów próbowałem się dodzwonić, i nic. Wiedziałem, że jest na urlopie z
koleżanką. Zadzwoniłem więc do koleżanki, ona również nie odebrała.
Dodzwoniłem się do jej męża i pytam, czy nie wie, co dzieje się z ex i
dziećmi. Przekazał jej słuchawkę. Usłyszałem, ze wcale się nie umawialiśmy i
że dzieci są moje od 1 sierpnia, więc zadzwoni do mnie 31 wieczorem i powie mi
gdzie są dzieci. Następny dzień spędzałem na plaży. Po południu telefon od
żony, że ona i dzieci są już w Łodzi i jutro mogę je odebrać. Zadzwoniłem do
kolegi, by się upewnić, ze wczoraj, gdy z nią rozmawiałem, to była jeszcze nad
morzem. Potwierdził, że był i wróciła dziś rano. Co miałem zrobić? Spakowałem
się i wsiadłem w samochód, po północy byłem w domu. Rano pojechałem po dzieci.
Żony nie ma, dzieci nie gotowe, babka broni ich jak lwica. Wezwałem policję,
próbowałem spakować dzieci, w między czasie wróciła żona. Dzieci dostałem
dopiero po przyjeździe policji. Cały dzień spędziliśmy w podróży. Dojechaliśmy
wieczorem, dzieci ze zmęczenia się pochorowały. Co powiecie o takim
zachowaniu? Oczywiście to ja jestem ten zły, prawda?