anja.ltd
31.08.10, 12:40
Za miesiąc pierwsza sprawa rozwodowa, "głupi" dzień - dzień chłopaka, parę dni
po drugiej rocznicy ślubu (choć na dobrą sprawę już pierwszej nie było, bo po
naszym ślubie mąż znalazł sobie "przyjaciółkę"). Pomimo wszystkiego, jest mi
przykro, że się nie udało... I do końca życia nie pojmę tej
nieodpowiedzialności - kilka lat razem, było na tyle fajnie, że zdecydowaliśmy
się na dziecko, potem ślub, a teraz rozwód...
Mam cholerny żal. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Skoro taką złą kobietą byłam,
to po co decyzja o dziecku, żeby potem po pół roku odejść..? Aj, ciężko - tym
bardziej jak patrzę na tego małego szkraba, który codziennie dopytuje o tatę,
a jak już ten się pojawi, to nie odstępuje go na krok...
Zazdroszczę wszystkim tym, którzy byli pewni, że nie da się tego uratować;
którzy przede wszystkim spróbowali i uznali, że to walka z wiatrakami, że
pewne rzeczy nigdy się nie zmienią; którzy dali szansę sobie i partnerowi;
którzy po rozwodzie odetchnęli z ulgą i poczuli, że wreszcie żyją, że serce
szybciej bije...
Chciałabym któregoś dnia móc podziękować mężowi, że odszedł, ale myślę, że
przede mną długa droga...