harryispolka
12.11.10, 16:16
witam, myślę że to właściwe miejsce na zadanie pytań, z którymi sam sobie nie radzę...jesteście w trakcie albo po, ja jeszcze przed.
Moje małżeństwo było zawarte z miłości, tak sądzę, a na pewno z mojej strony z wielkiej miłości. Żona zaszła w ciążę. Na ślub nalegałem ja, ona od początku była niezadowolona ale....potem zaczęliśmy małżeńską sielankę. Powiedzmy że sielankę. Zona stawiała mi wysoko poprzeczkę. Pracowałem bardzo ciężko aby spełnić jej zachcianki. Po kilku latach zaczęliśmy się kłócic duzo częściej. Ona miała coraz więcej wymagań i fochów a ja je spełniałem i tolerowałem. Biegałem za nią i adorowałem, starałem się aby była zadowolona. Nie była. Seks też wydzielała, jak czułość. Jakimś cudem zaszła drugi raz w ciążę. Złoty strzał, sam do siebie się śmiałem. Urodził się syn, byłem dumny. Ale żona mimo , że cieszyła się z ciązy i dziecka, jeszcze bardziej mnie odstawiła. Harałem i mnożyłem majątek, który żona wydawała na swoje zachcianki w dużej części. Nadal była najczęsciej niezadowolona, ale miała marzenie - dom. Kupiłem w końcu dom, który miał dać upragniony spokój , zadowolenie i szczęście. Nie dał, nigdy w nim nie zamieszkaliśmy. Zaraz po kupnie żona wybrała się do niego z teściami. Kiedy tam zajechałem, powiedziano mi ile mam dać pieniędzy na remont. Chciałem wyrazićswoje poglądy na temat remontu, jakbym co widział, wyrzucono mnie z posesji, dosłownie. Od tamtego momentu nasze małzeństwo całkiem się rozpadło. Żona prowokowała kłotnie, nagle byłem podłym mężem i ojcem, który nie daje na utrzymanie. Kłociliśmy się, a żona coraz częsciej podnosiła na mnie rękę, raz nawet teściowa. Byłem załamany. Ale okazało się , że może być gorzej. Pewnego dnia żona skaleczyła się o poplamiła krwią. Pobiegła na policję skłądając skargę, że ją biję a to slady po skaleczeniu jakie jej zadałem. Wtedy przeżyłem załamanie. Nie chciało mi się żyć. Nie wiedziałem jak sobie poradzę dalej bo w domu... nie miałem domu. Dzieci wpadały w histerie słysząc kłotnie nasze, a potem zamknęły sięw swoim świecie. Wyciągałem je na wyjazdy do kina, na basen, na zakupy, na kort, na wycieczki i wypady wakacyjne. Od la bez żony, bo nie chciała nigdy z nami się wybrać. Nigdy nie zastanawiałem się, czemu i do dziś nie wiem.... Z czasem było ze mną coraz gorzej. Szukałem , przyznaję wsparcia, poznałem kobietę, przespałem się z nią ale kiedy chciała byc ze mną uciekłem. Potem poznałem A. Była ciepła i inna od innych. Zatrzymała mnie w pędzie na dno, sprawiła że przestałem myśleć o śmierci, dała mi wiarę w siebie. Spotykałem się z nią regularnie. Ona coraz częsciej pytała o moje rozwiązanie mojego małżeństwa, bo kiedy zacząłem się z nią spotykać, skłamałem że jestem w separacji, że będzie rozwód. Tak, skłamałem, bo myślałem, że tak będzie. Ale nie umiałem się na ten krok zdecydować mimo , że moje małżenstwo przestało istnieć. Żona mi nie gotowała, nie prała, ja utrzymywałem ją, dom i dzieci, do dziś tak jest. A. jest ze mną ale widzę jak więdnie, tym bardziej teraz kiedy wszystko się skomplikowało. Był czas, że powiedziałem sobie, muszę być jeszcze szczęsliwy. Bywałem z A. tu i tam. Było mi z nią zawsze dobrze, chociaż różnimy się w wielu kwestiach. Ona pytała co dalej a ja bywałem, bo tak było wygodnie, miałem alibi dla niej i siebie - dzieci. jak one zniosa rozwód, znienawidzą mnie przez to itp. Co czuję do A. ? Nie wiem, zależy mi na niej i bardzo ją lubię ale czy kocham, nie wiem.
Kilka tyogdni temu żona złozyła pozew o zabezpieczenie powództwa oraz pozew o rozwód z mojej winy. Od teog czasu sam siebie nie poznaję. Nie potrafię funkcjonować a wobec A. zachowuję się nie fair. Nie radzę sobie z myślami jak to będzie, co potem ze mną, z dziećmi. Z naszym majątkiem na któym najbardziej zależy żonie, czego zresztą nie ukrywa. Nie ma racji w oskareniach innych niż zdrada ale boli mnie to, czuję się przegrany i załamany. A. zapytała czy nadal kocham żonę, skor tak boli mnie ten pozew. Nie, nie kocham żony ale......stracilem stabilizację , poczucie bezpieczeństwa, o ironio!
Boję się, że wszystko stracę i źle skończę. A. nie radzi sobie z sytuacją, głownie dlatego że jestem dla niej oschły i nie umiem inaczej. Wiem, że mówię pewnie rzezy ,które ją ranią. Czemu? Nie wiem. Sam siebie nie rozumiem.
Skupiam się na szukaniu dowodów na swoja obronę w zarzutach żony o bycie bestialskim mężem i złym ojcem, mam na to same konragrumenty. Skupiam się na sobie a do A. jadę na seks. Bo rozmawiac teraz nie jest łatwo chyba że o moim rozwodzie. Ona pyta o przyszłość a ja mówię : nie wiem jak będzie. Ona płacze a ja uciekam.
Rozwalam życie. Dzieci nad wyraz spokojnie podesły, starsze sto i murem za matką , młodsze murem za mną. Myślałem przez chwilę, że z młodszym zamieszkamy u A. Ale teraz nie widzę tego. A tego chce , ale......nie wiem czego ja chcę.
Czy wszyscy macie takie emocje, skrajne nastroje, poczucie klęski, straty i rozdarcia, wyrzuty sumienia i brak wizji przyszłości ?
Boję się tego że podczas rozwodu mnie zniszczą i powiedzą, że jestem śmieciem, jak to żona zawsze powtarzała....