lemana75
16.11.10, 16:25
nie szukam porad życiowych, wiem, że swoje problemy trzeba rozwiązywać samemu, ale zależy mi na opiniach i przemyśleniach osób 'z zewnątrz' tzn w żaden sposób nie związanych ze mną czy z moim /ex/mężem
Niedawno podjęłam decyzję o rozstaniu się z mężem po prawie dziesięciu latach małżeństwa - ten związek wykończył mnie psychicznie i fizycznie, tak że nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze dojdę do siebie...Wiem na pewno, że nie dam rady być z tym człowiekiem, ale problem polega na tym, że mój 'prawie ex' jest człowiekiem 'z problemami', tzn nie ma żadnej zdiagnozowanej choroby psychicznej, ale kompletnie nie jest zdolny do samodzielnego życia - nie radzi sobie z wieloma sprawami, nie jest w stanie sam utrzymać mieszkania itp. Mąż nie ma żadnych potrzeb poza siedzeniem przy komputerze - żadnych kontaktów ze znajomymi, z rodziną, wyjazdów na wakacje, każde wyjście gdziekolwiek było zawsze przedmiotem długich negocjacji i awantur i zawsze starał się wracać jak najszybciej do komputera.
Nie jest temu winien - pochodzi ze strasznej rodziny, ojciec maltretował go psychicznie i fizycznie, stąd pewnie 'zorana' psychika i ucieczka w komputer. Dodatkowo od dzieciństwa cierpi na zaburzenia hormonalne, które też mogły mieć wpływ na charakter.
Ja dałam mu namiastkę 'normalnego' życia - miał wreszcie dom, żonę i czuł się taki jak inni. Niestety nie jestem w stanie tego dłużej ciągnąć - sytuacji, w której jestem opiekunką i terapeutką dla dorosłego faceta...
Jednocześnie mam świadomość, że porzucam w pewnym sensie chorego człowieka i skazuje go na beznadziejne i nędzne życie...pewnie będzie w końcu zmuszony wrócić do rodziców, co jest dosyć beznadziejną perspektywą dla mocno dorosłego faceta...
Ta świadomość strasznie mnie przygnębia, nie jestem w stanie go traktować jak partnera, z którym po prostu się nie udało, traktuję jak podopiecznego. Dodam, że nie są to moje urojenia - mąż nie godzi się na rozwód ani nie chce się wyprowadzić z mieszkania, bo otwarcie twierdzi, że nie stać go na samodzielne życie i wiem, że to prawda...
Czy ktoś z Was był w podobnej sytuacji?