agynez.ltd
03.01.11, 11:37
Pisałam tu już wcześniej, że poczułam dużą ulgę po rozwodzie i że jest mi tak dobrze. I wtedy było. Niestety minęło.
Chyba jestem z tych, które kochają pomimo wszystko. I chyba wciąż nie do końca do mnie dochodzi, że to koniec miłości (zresztą ona już dawno się skończyła). Nie mogę sobie wbić do głowy, to o co on mnie oskarża, że do niczego razem nie doszliśmy, nic nie osiągnęliśmy. I to jest prawda. Przez 7 lat mieszkania z jego matką przeżyłam jego dwie zdrady - o święta naiwności, jakby powiedział Kłapouchy. Nie potrafił wyprowadzić się od swojej matki, a wszelkie rozmowy na ten temat kończyły się kłótnią. Córką też nie za bardzo się zajmował. To ja wybierałam najpierw przedszkole, potem szkołę. Właściwie nic nie mogliśmy zrobić razem - nad niczym się wspólnie zastanowić i podjąć jakąś decyzję.
Mam żal do siebie, że wcześniej nie znalazłam odwagi, aby się stamtąd ewakuować. Tylko czekałam, aż on znajdzie kolejną i mnie zostawi. (Aha, zostawi, gdy właśnie straciłam pracę i powie: poradzisz sobie!)
No właśnie i pomimo powyższego ja wciąż o nim myślę. Żyję urojeniami, że taka piękna miłość była. Ale chyba tylko z mojej strony. I wkurza mnie to już, że wciąż myślę, że tęsknię, że nie potrafię, tak jak on, zakończyć tego związku.
Dlaczego my kobiety tak mamy, dlaczego?