mps61132
06.01.11, 17:55
Nie wiem co robić,jestem jak w matni,jak ktoś kto się w połowie topi.
Jakiś czas temu w naszym małżeństwie zaczęło się źle dziać (ok.4-5 lat temu).
Mąż każdy wieczór wolał spędzać w internecie,głównie na czatach,sprawiało mu to satysfakcję że może sobie pooglądać inne baby,popisać z nimi,a nawet zdażało się że podszywał się pode mnie i zapraszał do trójkąta i może nie byłoby wielkiego halo ale to były sesje tego typu,że kupował wódkę lub piwa i siedział tak nieżadko do świtu,a rano wstawał przed południem i nie wiedział co ze sobą zrobić bo czaty odpadały (rano prawie nikt się nie rozbiera).Na początku mi to nie przeszkadzało,myślałam że to samo przejdzie,ale potem zaczęłam go dyskretnie obserwować,kiedy on się orientował to mnie wyzywał od szpegów,od suk,kurw a nawet jak prosiłam zeby nie rujnował naszego małżeństwa i gapił komputer i szedł spać to wyganiał mnie z pokoju i zamykał drzwi na klucz.
Moje noce to był koszmar,ogromne nerwy,placz w poduszkę i wyobrażenia co on może tam robić.Nie pomagały rozmowy w dzień,że to zniszczy nasze małżeństwo.W końcu wyniosłam się do pokoju dzieci,"jechałam" w nocy na tanletkach nasennych a w dzień na uspakajacących i do tego trzeba było zająć się rocznym dzieckiem.
Sytuacja była coraz gorsza,do czatów doszło oglądanie filmów porno,zdażyło się nawet (przyłapałam go) że trzymał rękę w majtkach,sikał do butelki żeby tylko nie otwierać pokoju zamkniętego na klucz i zebym czasami się nie obudziła i nie słyszała,a nawet raz tak zapił się że sikał pod ścianął w przedpokoju bo mu się pomyliło z drzewem.(Jak teraz to piszę to jeszcze się trzęsę).
Ja miałam firmę,trzeba było rano wstać,zająć się dziećmi,jechać po towar i ogarnąć wszystkie papiery na pół przytomna od nieprzespanych nocy i łez.Nie momagały tłumaczenia i prośby.
Nie wytrzymałam tego (czatowe noce trwały może 2-3lata),wstałam pewnej nocy tak rozczęsiona,zła,upokorzona i kazałam mu gasić ten pieprzony komputer i dam nam spać.Gadał,że zaraz gasi,a ja czaekałam,nie gasił to zgasiłam go ja.wpadł w złość,szał (był znów wypity),popychał mnie,łapał za szyję,wykręcał ręce (nie pierwszy raz),wyzywał od takich i takich,po czym poiszedł na papierosa a ja zadzwoniłam na policję.Jak mu to powiedziałam,że tak to nie będzie wojował i policja jedzie to znalazł sznurek na balkonie i szciał się powiesić po czym wyszedł z domu i zgarnęła go policja.Zabrali go do wytrzeźwienia,wypuścili na drugi dzień w południe.Przyszedł do mnie pytał co dalej będzie z nami,powiedziałam że co ma być to KONIEC.Płakał,przyznał się,że źle robi,że przestał już to wszystko kontrolować,że wie iż za dużo pije i żebym mu pomogła się leczyć,pójdzie na terapię,do lekarza i gdzie jeszcze trzeba,ale żebym była z nim bo sam już nie da rady.między czasie policja powiadomiła MOPS,też zaczeli przychodzić po czym mąż miał stawiać się u nicha 2 razy w tygodniu.Tługo mnie prosił,żebym nie wnosiła sprawy do sądu,że on to uratuje i udowodni że będzie ok.Dałam mu szansę (czy słusznie nie wiem),poszłam z nim do lekarza,po badaniach okazało się że ma początek marskości wątroby,potem do ośrodka AA chodził sam,do psychologa i jeszcze do tego MOPSu.Brał leki.Nie wypił ani kropli niczego procentowego przez miesiąc,potem sporadycznie wypił piwo,wyniki się poprawiły a on chwalił sobie te terapie i rozmowy z psychologiem (facetem),który jak sam twierdził bardzo dobitnie naświetloł mu problem.
Od tamtego czasu minęło prawie 1,5 roku,wódki napił się dwa razy (chrzciny u brata i impreza z pracy),cztery razy w tygodniu wypije po dwa piwa,Sylwester był przy dwóch piwach i lampce szampana,zero wódki.Zmienił się bardzo,widać że mu zależy na rodzinie,w domu potrafi zrobić wszystko,posprząta,ugotuje,zmywarkę wypakuje i rozpakuje,dzieci zabiera na sanki,spacer,w lecie na piłkę,nad wodę,jeździmy na wakacje.Gdy ja jestem chora robi zakupy,obiad,przynosi herbatę,z dziećmi ma dobre stosunki,pomaga w lekcjach itp.Jest czasami,nerwowy,wybuchowy ale nie padają przykre słowa,pozłości się i mu przechodzi.
Ja...no właśnie ja,we mnie jest teraz problem problem.Obawiam się,że dotarło do mnie że jestem współuzależniona czyli coś w rodzaju DDA.
Kiedy tylko w domu jest piwo (tak jak wspominałam że mąż wypije kilka razy w tygodniu) to ja się boję,dygoczę,robię się nerwowa tak jakbym się bała tego że wszystko wróci,cały zły obraz mam przed oczami.Czepiam się wtedy,wygaduję mu te piwa,kontroluję czy oby nie kupił więcej i nie schował,a kiedy wieczorem siedzi długo na necie bo ogląda mecze i strony sportowe to ja zaraz wyobrażam sobie czaty,przed oczami mam dawny obraz,nie pozwala mi to spać,kiedy mu to mówię to trochę się oburza,że nie wolno mu już nic w tym domu,ani napić się spokojnie piwa ani oglądnąć meczu w necie ani iść późno spać bo mnie wszystko drażni.
Wiele razy mu mówiłam,że prubuję mu zaufać,ale nie potrafię,a on się dziwi żemu mu ni wierzę.Nie wie,że ja mogę mieć syndrom współuzależnionej i stąd te leki i ta potrzeba kontroli wbrew sobie.Czuję,że jak mu powiem to nie zrozumie,powie że przecież nie pije i na czatach nie siedzi.Ja czuję się sobą,czuję się spokojnie i szczęsliwie jak on jest w pracy albo cały dzień albo na nockach bo wtedy się nie trzęsę,nie jej tabletek żeby zasnąć.
Nie wierzę w psychologów,byłam dwa razy i nic mi to nie dało,czuję że potrzebna i jest trapia w ośrodu AA dla współuzależnionych ale jest mi cholernie wstyd,mieszkam w małym mieście,przecież potem mnie zobaczą jak idę z mężem,dziećmi,zapadnę się pod ziemię.
Czy napisać na tym forum zastanawiałam się kilka dni,bo tak nie lubię mówić o swoich problemach i wracać do tego.Co ja mam zrobić,"zapomnie" o tym wszystkim i zacząć normalnie żyć,skoro mąż się tak zmienił,iść na terapię i pokonać wstych czy odejść i się nie miotać?