estimata
07.01.11, 19:02
Mąż mnie zdradzał. Zresztą (jak juz pisałam) psuło się od dawien dawna - wiecznie nieobecny, niezaangazowany w dom i dzieci, zainteresowanie mną pojawiało się o tyle, jeśli można było na mnie sie wyżyc (słownie, bez rękoczynów). Gdy po raz pierwszy pękłam i zażądałam zmiany postawy, w ogóle się odsunął, zareagował agresją, niechęcią. Po paru miesiącach powiedziałam, że chcę się rozwiesć - przepraszał, obiecywał... Było pare sesji terapeutycznych, podczas których głównie oskarżał mnie o różne niepopełnione czyny (zresztą terapeuta dość szybko się połapał w czym rzecz, co mu chyba w smak nie było). No a teraz okazało sie, że przez cały ten czas, kiedy obiecywał i obiecywał (a na realizację niemal 100% obietnic czasu nie mógł znaleźć) kierował swoja uwage ku nowej pani. Wtedy gdy podobno pracował (a owoców tej pracy nie było także widać).
Powiedziałam, że wiem. Wyparł się, kłamał. Kłamie nadal. A ja wiem z cała pewnością. Gdyby jeszcze był szczery... Zażądałam rozwodu. Najpierw zareagował wściekłością, potem płaczem (że będzie samotny, bo kocha dzieci). Teraz chyba mysli, że blefowałam, bo tematu nie ma. Ale raptownie zmienił postawę. Nagle jest dużo w domu, nagle zaczął poświęcać czas dzeciom. W stosunku do mnie stara sie byc uprzejmy. A we mnie sie gotuje. Nie żebym o tę panią była specjalnie zazdrosna, bo między nami i przedtem było źle. Ale chodzi mi o lojalność, uczciwość, które są konieczne moim zdaniem jak się razem mieszka i jak się deklaruje że chce sie pracować nad wzajemnymi relacjami. Nie chcę robić codziennych awantur przy dzieciach, wszak rozwód, zmiana mieszkania etc, potrwa, jeszcze musimy pomieszkać w jednym mieszkaniu przez jakiś czas.
Nie wiem co on taką postawą chce osiągnąć. Czy naprawde mysli, że i tym razem odpuszczę? Bo zobaczę, że dzieci już na jego widok nie uciekają? Bo uznam, że to co wiem, tylko mi sie przyśniło? Bo sie przestrasze jego pogróżek, ze z rozwodu zrobi piekło? Ja nie mam nic do ukrycia. Może sobie prac dowolne brudy, nie bardzo wiem, co takiego mógłby mi zarzucić, poza tym, że od miesięcy z sobą nie sypiamy. No ale to wymaga zaangazowania obu stron. Jak powinnam się zachować? Codziennie uświadamiac mu, że wcale nie jest dobrze? Że już nie wierzę w żadne jego zapewnienia ani w obietnice świetlanej przyszłości? Że wcale nie uważam, że takie zimne małżeństwo jest lepsze dla dzieci niz jego brak? Czy poczekać, aż przyjdzie pozew z sądu? Czy codziennie wałkować dyskusje dotyczącą rozkładu naszego pozycia, zdrady, rozwodu i przyszłego podziału majątku? Ponieważ on na razie nie chce o tym podziale gadać, to raczej trudno mi się wynieśc z domu (połowa jego, nie jestem w stanie jego wywalić, mogę co najwyżej zamurować ścianę - to już pewne) , z przyczyn ekonomicznych. Jak powinnam się zachowywać? Spróbować sprzedać moja część domu (można te części oddzielić) i za to coś kupić od razu czy liczyć, że jak dostanie pozew to coś wspólnie sensownie uradzimy? Ze względu na dzieci wolałabym sie dogadać, ale skoro już na tym etapie jest to trudne, to boje się, że potem bedzie juz tylko gorzej. Co robić, bo ta jego uprzejmosć i mina skrzywdzonej niewinności mnie dobija. Żeby nie byc ta wredną, gderającą żoną, podczas gdy on jest uroczy, staram sie także być uprzejma (choc nie miła), ale to mnie wiele kosztuje.