1aniakowal
02.02.11, 17:08
Chyba dojrzałam do decyzji. Bardzo powoli mi to idzie. Ciągle wymyślam wymówki, powody. Prawda jest taka, że się boję. Boję się. Boję się jak sobie dam radę sama, bez wykształcenia, dobrej pracy i małymi dziećmi (opcja, że dzieci zostaną z tatą nie wchodzi w grę).
Wczoraj nastąpił przełom, przełom we mnie. Nastąpiło to w dosyć dramatycznych okolicznościach, ale najważniejsze, że otworzyłam oczy. Przestałam walczyć o lepsze małżeństwo, starać się i zabiegać o męża. Przestałam wierzyć, że kiedyś będzie dobrze. Że on się zmieni. Że zacznie mu zależeć. Że pokocha. Że nie będzie krzywdził. Przestałam wierzyć, że nie zasługuję na lepsze jutro, na spokój i zwykły szacunek.
Jest mi strasznie smutno i boję się.
Muszę zacząć działać. Żeby moje dzieci miały spokojne dzieciństwo. Żeby nie bały się powrotu do domu. Żeby ich jedynym zmartwieniem było założyć fioletową czy szarą spódniczkę, a nie czy tata jest dziś w złym czy w dobrym humorze. Niby nie jest tak aż źle, ale dlaczego jest tak źle?
Zapisałam się na wizytę do pani psycholog. Idę w piątek. Muszę to sobie wszystko przemyśleć, poukładać. Bo może ja zwyczajnie za dużo wymagam?