31latek
27.02.11, 12:08
Powiem tak, dalem sie zrobic. Z mojej winy. Tylko, ze jeszcze kocham, przed nami dobre zycie, ktore wlasnie wygralismy, ale ona odchodzi. Bylo tak:
Bylem kiedys z dziewczyna, zareczylismy, sie. Jednak nie szanowalem jej, zaczalem ja zdradzac, mimo, iz bardzo ja kochalem. Sprawa wyszla na jaw, narzeczona nie chciala mnie widziec - bardzo sie na mnie zawiodla, mimo iz wiem, ze mnie kochala. Dzis ma dzieciaka, jest podobno szczesliwa. Ciesze sie. Po ostatnich miesiacach szmacenia sie u jej stóp i WIELKIM CIERPIENIU, kojac smutki u kochanki i wybiegajac od niej na skinienie exnarzeczonej powiedzialem: STOP, starczy. I zamieszkalem u kochanki, a wlasciwie wtedy juz dziewczyny/konkubiny. Nie obylo sie bez dramatu emocjonalnego i wycia do tamtej na kolanach nowej, co ta dzielnie znosila. Po 3 latach mieszkania razem wzielismy slub, zwiazek okazal sie byc o wiele doroslejszy, ona kochala mnie na zaboj. To cos we mnie, przestalem sie starac, ona byla, ale jakby przestawalem ja widziec. Powiedzialem kiedys jakas bzdure na temat seksu, ona pod pozorem "urazenia" od tamtej pory przestala go inicjowac. Ja tez foch. No i tak jakos rozlazlo sie na kilka sexow na rok. Zal, wiem. Zastanawialismy sie co z tym zrobic, probowalismy, ale cos nie dzialalo. Wzielismy kredyt, czyli jak to sie mowi kredyt mocniej wiaze od slubu, zartowalismy, po 4 latach malzenstwa, na wymarzone mieszkanie. To bylo w wakacje, na ktorych mimo ze bylo pieknie, zrobilismy "to" raz. Przydazyla jej sie okazja na darmowa (prawie) wycieczke do tropikow na drugo polkule - kto by nie pojechal. To byl okres kiedy z cala rodzina konczyla wykonczenia (ojciec jej, wujek, brat itd) wg swojego projektu (uwielbia simsy, mowie kochanie - baw sie dobrze). Ogrom pracy, mnóstwo stresu, ja w pracy finiszowalem powazny projekt - zostalem przez rodzine "oddelegowany" do jego skonczenia, tak, zeby bylo na pierwsza i kolejne raty. W koncu jest - mieszkanko, gniazdko, (dzieci nie chcemy). Po stresie zwiazanym z tym wszystkim, niewyjasnionych do konca nawarstwiajacych sie klotniach warczelismy na siebie jak psy, nie lubilismy sie mielismy miec czas na rozmowy i mieszkanie w naszym nowym życiu. Zapytala, bo ta okazja dziwnym zrzadzeniem losu pojawila sie znow, czy moze jeszcze raz tam jechac na miesiac. Mowie - jedz kochanie, odpocznij, ja sie zajme tutaj reszta, razem z rodzina (jej, ktora w miedzy czasie a i po slubie stala sie moja rodzina). Dwa dni temu dowiedzialem sie, ze rucha tam jakiegos typa 9 mlodszego odemnie (pierwszy raz bez gumy, bo jej siostra jej tajniacko tam test slala), (ona 4 lata mlodsza ode mnie), ze przemyslala sobie wszystko, ze moglem jej tak nie traktowac, ze od 4 lat nie byla szczesliwa (gowno prawda), ze prowadzila mi moja firme i nic z tego nie ma, ze chce zrobic kurs nurkowania, i tak zarabiac na zycie, zamieszkac z nim w ameryce lacinskiej (on corka - ona dzieci nie lubi, po rozstaniu, steward, lata po swiecie). Gadam z nia, "ja sie poprawie, bede grzeczny,tylko wroc". Ona: "za pozno, 1000razy mowilam, on nie jest mi obojetny". Jest tak, dzis wraca, cala rodzina na przedzawalowym chodzi, ja po scianach, ale wiem, ze ona serio tego chce, bo jest uparta jak osiol. rycze, krzycze ale staram sie jakos myslec racjonalnie, dlatego dotarlem tu. Co o tym myslicie. Ja ja kocham, ona mnie nie wie, sytuacja jest taka jak wyzej (plus ta firma moja w ktorej pracuje jej/nasza rodzina, ktora(firme) ona prowadzi). Mowie: bede o Ciebie walczyl, ona mi: nie rob tego. Pojutrze(dam jej dzien, niech odespi i pogada ze starszymi, bo jedzie do nich. jej rodzice nie chca jej puscic na drugi koniec swiata przeciez - to bardzo zzyta rodzina) z nia rozmawiam. Czym rozwalic te jej myslenie? Zakladam, ze go nie kocha, ze jest zauroczona. Poradzcie cos mocnego.