estimata
08.03.11, 08:57
Złożyłam pozew. Decyzja przemyslana wzdłuż i wszerz, dojrzewałam do niej prawie dwa lata. Za nami próby terapii,ostatnich szans, rozmowy i niespełnione obietnice. Wszystko przerabialismy. Nic nie dało efektu. Mąż znalazł sobie panienkę na boku, choć twierdzi, że moje informacje są nieprawdziwe (a są pewne). Udaje skrzywdzoną niewinność. Od kilku dni zachowuje sie idealnie, poprosił mnie o kolejna szansę. Jednak tym razem nie zgodziłam się. Tych prób było juz tak wiele... i zawsze dobrostan trwał najwyżej kilka tygodni. Większość ważnych ustaleń pozostawała niezrealizowana. No i ta kochanka. Jestem skrajnie zmęczona tymi kolejnymi szansami, kolejnymi "poważnymi" rozmowami, awanturami... Od kilku lat żyjemy obok siebie, zachowując się w miare przyzwoicie przy dzieciach, z soba nie rozmawiając zupełnie. Uważając, aby nie wywołać kolejnej awantury. Nie mogąc zyć tak jak by się chciało (i nie mam tu na mysli niczego zdroznego, ale np. zwykłe zaproszenie znajomych etc), bo jednak trzeba sie liczyć z obecnością tej drugiej osoby. A więc odmówiłam kolejnej szansy, on zachowuje się jak ideał, cichutki i smutny, idealny tatuś (którym przez lata nie był, bo wiecznie nieobecny - nagle potrafi wracać do domu tak by się zobaczyć z dziećmi zanim pójda spać). I choc byłam i jestem przekonana co do słuszności decyzji o rozwodzie, to znowu mam mieszane uczucia. Powinnam była odpuścić? No, nie mogę, nie mogę... Nie mam juz na to siły. I nie potrafię się przemóc. I nie potrafię uwolnić się od tej jednej mysli - o uwolnieniu sie z tego układu.