gab.i
26.04.11, 23:46
w dzień przed świętami wielkanocnymi do południa przyjeżdża ojciec po dziecko do byłej żony - dzień i godzina wyznaczona przez sąd. Rodzina mieszkająca z dzieckiem informuje, że dziecka nie ma, bo pojechało z mamą na zakupy. Po godzinie ojciec dzwoni do matki dziecka i mówi, że już jest i że będzie czekał przed domem w samochodzie, aż wrócą . Matka twierdzi, że zgodnie z wyrokiem ojciec może zabrać dziecko dopiero wieczorem. Przyjeżdża była żona z dzieckiem, chwilę później podjeżdża radiowóz policyjny wezwany przez nią. Policjanci legitymują czekającego ojca w samochodzie, ten tłumaczy, że czeka na dziecko, bo miał prawo dwie godziny temu wziąć dziecko do siebie. Policjanci poprosili, aby mama sprawdziła w wyroku jaki jest faktycznie zapis. Okazuje się, że ojciec dziecka miał prawo wziąć dziecko już rano. Policjanci wrócili do ojca i powiedzieli, że pani bardzo pana przeprasza.. Całe zdarzenie obserwują sąsiedzi, dziecko..
jak mi kolega opowiedział to zdarzenie, to nie mogłam uwierzyć, że to mogło zdarzyć się naprawdę.. a jednak..
mama dotychczas była bardzo literą prawa - jeśli w wyroku był zapis np od 10 do 18, to jak tato spóźnił się pół godz (daleka droga w jedną stronę), to wizyta była o ten czas skracana i trwała dokładnie do 18.00... jeśli dziecko zachorowało, to weekend z tatą przepadał, bo nie ma takiego zapisu w wyroku, aby ten weekend był oddany kiedy indziej, nie mógł też odwiedzić chorego dziecka w miejscu jego zamieszkania, jeśli dziecko zachorowało w weekend przypadający jemu.
Tylko dziecka szkoda, bo całą drogę pytało taty, "a po co była policja?"