mala.wiesia
05.05.11, 00:26
muszę gdzieś to z siebie wyrzucić...
mąż ostatnio zapytał jakiego chcę rozwodu? nie wiem co mam odpowiedzieć...
generalnie taki "pomysł" mi się nie podoba...
ostatnio zaczął od stwierdzenia: "mamy trójkę dzieci - prawdopodobnie moje" w tym momencie wybuchnęłam, tak mnie to rozjuszyło, że zaczęłam przeklinać, chociaż tego zazwyczaj nie robię... jesteśmy razem 8 lat, ja wierna jak pies, a on mi tu wyjeżdza z pytaniem "czy ty kogoś masz?" no szlag człowieka na miejscu trafić może, krew mnie zalewa... więc mu odwrzeszczałam "tak, mam TRÓJKĘ dzieci!!" potem wyrzucałam z siebie że niby kiedy miałam kogoś poznać, mam dzieci i się nimi zajmuję...
no prawda jest taka, że nie mam znajomych i cały świat kręci się wkoło dzieci, czas mam dla siebie kiedy spią a ja przecież w tym czasie nigdzie nie wychodzę (pewnie myśli, że spraszam lowelasów jak on ma nockę, ale tego nie można przewidzieć kiedy to będzie)
w zasadzie zadałam pytanie takie jak on mi "czy masz kogoś?", ale nie wiem... za cicho, nie dosłyszał? żadnej odpowiedzi...
w zasadzie to on mnie szantażuje, a chodzi głównie o kasę - boi się że mu ją przejem czy coś...szantaż polega na tym że on "nie musi pracować, bo jak mu się nie będzie chciało to rzuci pracę i ciekawe za co będziemy żyć"... w dodatku zarzucił mi, że "ukradłam" mu nieco kasy... nie będę podawać kwot. on pracuje ja mam wychowawczy...
nasz problem to brak porozumienia, jego picie... dla niego czteropak na wieczór to ostatnio za mało, ciągle mu mówię, że przesadza(już zdurniałam i nie wiem... może to jest norma, a nie alkoholizm...) no i brak seksu - ja sobie bez tego daję radę, on ma większe potrzeby, jednak jak ja mam mieć przyjemność z tego jak on ma pijacki oddech a ja tego nie znoszę (mówiłam mu o tym)
kolejny szantaż... on pojedzie gdzieś do pracy... ma już namiary... zastanawia się....
rzucił propzycję... on odejdzie, zostawi mieszkanie (z zaznaczeniem że nie mi, ale dzieciom)... on sobie poradzi... on może zacząć od zera... w to nie wątpię, ale nie pomyślał, czy my sobie poradzimy...
brak mi sił, wiem, nie jestem ideałem żony, ale jak mam się czuć w takiej sytuacji? ...
inna sytuacja... przychodzi do domu, podgrzewam mu obiad, pytam czy mu nałożyć a on "dziękuję" ja "dziękuję - to znaczy co?" a on że nie... na co ja "to może powiedź że nie mam dla ciebie gotować" on - nic tylko wielkie oczy i rybka... a taki wygadany po piwie
ostatnio myśleliśmy o nadchodzacych wakacjach i wyjeździe na urlop... wg męża Polska nie, bo drogo, bo zimnie morze, lepiej na południe... więc szukam ofert patrzę na ceny i on stwierdza, że za drogo... mam wrażenie (a może już to wiem) że on z tych co chcą zjeść ciastko i mieć ciastko... myśli, że mu za półdarmo ktoś coś da... rzuca, że jedziemy w ciemno zagranicę... a ja nie, bo małe dzieci, tak to mogą sobie małolaty jechać... kończy się na tym, tego wieczora, że raczej nigdzie nie pojedziemy, przeze mnie... bo nie zmontowałam ekipy (czyli jakieś inne rodziny - ale ja nie znam nikogo) bo na ostatnią chwilę (za 2 m-ce )i oczywiście gdzie są pieniądzie z konta... były a zniknęły, i nie chodziłam do mopsu na żebry... na drugi dzień rzuca czy interesuje mnie kwatera za tyle i tyle... na co odparłam, że po wczorajszym to raczej nie - czy jakoś tak
zadał pytanie jaka jest moja cena wolności, co chcę w zamian za rozwód...
bąknęłam, że od niego nic nie chcę, ale wyśmiał mnie... (nóż w serce) ... dla niego wszystko jest do kupienia
sory, muszę się z kimś podzielić problemem, padło, że tutaj
życie bez męża może być lżejsze pod wzdględem psychicznym, materialnie nie wiem "nic mi się nie należy" wg męża, bez dzieci żyć nie potrafię i tego sobie nie wyobrażam, o tym też by wiele można pisać
wieczorów razem nie spędzamy... on sobie piwkuje, ja tego nie pochwalam, więc w tym mu nie towarzyszę, w zasadzie unikam go wtedy, bo wiem, że zacznie się czepiać...
wierzę, że dam sobie radę, muszę... ale i tak jestem załamana...
rozumiecie coś z tego?
czy takie pytania przy rozwodzie to norma? dla mnie to arogancja,tupet itp
ps. oczywiście on przygotuje papiery... mam wrażenie, że mu się spieszy...