nevja
11.05.11, 20:27
Nie ma wspólnych zainteresowań, tematów, wieczorów, nocy, poranków, problemów, radości, sukcesów, porażek, śniadań, obiadów, kolacji, wyjazdów, wyjść.
Wszystko, co zostało raczej dzieli niż łączy.
To nie jest decyzja podjęta pod wpływem emocji, chwili, zaburzenia psychicznego, widzimisię.
Temat przerobiony, przeanalizowany, przemyślany po stokroć, tysiąckroć, milionkroć.
Do entej potęgi.
Wynik zawsze ten sam - zero, null, runęła wieża, nie ma co zbierać.
Ostatnie 4 lata:
On wiecznie nieobecny. Praca, wyjazdy, spotkania, szkolenia, gazeta, telewizja, spanie.
"Jestem zmęczony, z pracy wróciłem, myślisz, że ja tam leżę i odpoczywam!?"
Ona pracująca matka, żona, wieloczynnościowy robot domowy, na 24-godzinnym dyżurze, teraz, i zawsze, i na wieki wieków.
"Ale o co ci chodzi? Nie musisz przecież pracować/sprzątać/prać/gotować/prasować/robić zakupów/umyć kibla/wynieść śmieci/wstawić dowolne!".
Samo się zrobi, albo zarośnie się brudem, a smród nas znieczuli.
Krasnoludki zatrudnię od zaraz.
On zupełnie nie zainteresowany rodziną, dziećmi, żoną, domem.
"Ale po co ty mi to mówisz?", "Za chwilę, zaraz, potem, jutro".
Pytanie testowe: do której klasy chodzi twoje dziecko?
Odpowiedź: yyyyy, do..... "c"?
Rozmowa, jedna, druga, tysięczna.
Wszystkie rzeczowe, spokojne, bez awantur, jasne określanie potrzeb i żądanie ich określenia przez niego.
Skutek - "tak, masz rację, ja się zmienię, będę inny, poprawię się", poprawa na 2 miesiące, miesiąc, tydzień, w końcu: "ja się nie zmienię, mi jest tak dobrze".
Rozmowa tysiąc pierwsza.
Może terapia małżeńska?
"Jestem normalny! Żaden obcy człowiek nie będzie grzebał w moim życiu! Sam sobie poradzę! Jak chcesz to sobie sama idź!"
Alkohol - rzadko, ale dosadnie, przemoc fizyczna - 2 razy w ciągu całego małżeństwa, po więcej niż paru głębszych.
Dziecko duże, majątek nieruchomy i ruchomy podzielony notarialnie, alimenty na dziecko ustalone na piśmie.
Ustalony nawet przebieg rozwodu.
Nie kocham go, Wysoki Sądzie, Nie kocham jej, Wysoki Sądzie.
Tak, bez orzekania o winie.
Rozwód.
I nawet wiem, co dalej.
Ale nie wiem, jak się przemóc i złożyć ten cholerny pozew? Mam go już nawet napisany. Plan wychowawczy również.
Nie potrafię podać racjonalnego albo nieracjonalnego powodu, dla którego ten pozew jest jeszcze plikiem elektronicznym na moim komputerze, a nie pismem na papierze złożonym w sądzie. Co mnie zatrzymuje? Co mnie hamuje? Czego się boję?
Psychicznie - samotna.
Fizycznie - samotna.
Finansowo - niezależna.
Mieszkaniowo - zabezpieczona.
Wsparcie przyjaciół - zapewnione.
Wizja przyszłości własnej i dziecka - w jasnych barwach.
Poproszę solidnego kopa w cztery litery.
Albo pokazanie mi, że ostatni powód do bycia razem jeszcze nie upadł.
Dziękuję i pozdrawiam.