Za zakrętem...

18.05.11, 23:52
wątek ku pokrzepieniu sercwink
Dla tych wszystkich, którzy są na wirażu, od tych wszystkich, którzy już z niego wychodzą lub wyszli. Skoro zaczęłam to powiem, mój rozwód w kwietniu ubiegłego roku, początkowa euforia, później kilka głupich nieprzemyślanych relacji międzyludzkich, jeden oszust, któremu jednak nie do końca udało się mnie oszukać(skorzystał ale nie aż tak jak zapewne liczył), bardzo trudny czas zwątpienia, czy było warto i czemu jest aż tak ciężko. Ostatecznie wsparcie ze strony rodziny, pomoc psychologiczna i przewartościowanie spraw ważnych i mniej ważnych. Praca nad sobą i mozolne rozwiązywanie problemów krok po kroku, a nie susem jak w swej naiwności przypuszczałam. Wychodzę z zakrętu...już widać prostą, ale jeszcze nie do końca można popaść w samozachwyt, zresztą nie ma czym się zachwycać, może wiosną, ale to zupełnie inny temat rozważań.
Już nie szukam brakującej połówki, delektuję się dniem dzisiejszym, zaczynam kochać siebie i o siebie dbać...uczę się tego. Nawet nie tęsknię, jeśli ktoś będzie chciał spędzić ze mną trochę czasu przyjmę to jak dar losu jeśli nie no cóż nie takie rzeczy przeżyłam.
Psycholog zapowiedział mi że czeka mnie ciężka praca a na efekty przyjdzie czekać nawet do półtorej roku. Dziś przeczytałam japońskie przysłowie: Jeśli przydarzyło ci się nieszczęście, zapomnij o nim na trzy lata, a stanie się ono twym dobrodziejstwem...coś w tym jest. Pozdrawiam
Ps. a jak to jest z wami? Ktoś zza zakrętu się przyłączy do akcji reanimacyjnej tych, którzy są na zakręcie?
    • argentusa Re: Za zakrętem... 19.05.11, 13:46
      Ja się przyłączę.
      Wieloletni związek, 3 dzieci, rozwód, bo już nie mogliśmy ze sobą wytrzymać. Minęło ponad 2 lata zanim stwierdziłam ostatecznie, że nie mogę i nie chcę z nim być.
      Był czas zwątpienia (chwilowy-paromiesięczny wink) Zaczęłam o siebie dbać -z każdej strony. Potem było czarowanie rzeczywistosci -układanie na nowo zycia z dzieciakami. Potem było coraz lepiej -skupiłam się na tym,co moze cieszyć a nie tym, co martwi. Po drodze przytrafiły mi się różne znajomości. Wyjechałam na wymarzoną wycieczkę z koleżanką. Nauczyłam się zagospodarowywać swoje wolne dni (gdy dzieci u taty).
      I podobnie jak królowa-sniegu - doszłam do takiego etapu, gdy pomyślałam: ale mi dobrze. I jeśli Ktoś się pojawi w moim życiu, będę to traktować jako dodatkowy bonus od życia.
      Po jakimś czasie faktycznie, pojawił się. A ja nie traktuję tego związku jako ratunku. I nie jestem z Obecnym bo nie mogę bez niego żyć. Jestem - bo tego chcę. A zyć umiałam i "przed nim".
      Może komuś pomoże info: zanim pojęłam,że związek nie moze być głownym i jedynym aspektem mojego życia, wieeeele wody upłynęło. I pracy nad sobą też.
      Powodzenia smile)))
Pełna wersja