estimata
06.06.11, 10:13
Jutro mam rozprawę. Jestem wykończona. Od 2 miesięcy, odkąd mąż dostał pozew, szykanuje mnie, w każdej minucie, kiedy tylko może. Jest obok zawsze, choć ja tego sobie nie życzę, z przyklejonym uśmiechem, widocznym z daleka, do mnie cedzi słowa pełne nienawiści, groźby, oszczerstwa. Nie wyprowadziłam się, najpierw licząc na jakieś porozumienie, potem ze strachu o dzieci - że po szkole i po pracy np. będę je szukac po mieście bo on np. je odbierze i gdzieć wywiezie - ma prawo!
Liczyłam ,że sąd na pierwszej rozprawie coś w kwestii opieki nad dziećmi postanowi i będe mogła się z nimi wyprowadzić (paranoja - uciekac z własnego domu). Ale osoby znające sie na rzeczy mówią, że mam na zbyt wiele nie liczyc podczas tej pierwszej rozprawy. A nastepna może być za pare miesięcy. Nie wyobrażam sobie kolejnych paru miesięcy pod jednym dachem. Czuję jakbym stała przed ścianą, jestem bezradna wobec jego zagrywek, uwag, manipulacji dziećmi (robi wszystko, byle się kręciły wyłacznie wokół niego - a potem zabiera je byle dalej ode mnie - a wczesniej w ogóle ich nie zauważał). Po prostu ręce mi opadają, a czas płynie, czuję, że powinnam coś zrobić, a boję się zrobic jakiegoś złego ruchu, który by naraził dzieci na jakis jego odwet. One są narzędziem w jego ręku. Boję się, boję. Choc udaję twardą. Pomocy!!!