swanka1
16.06.11, 16:21
Stanęłam na rozdrożu. Dwa lata temu poznałam mężczyznę, rozmawialiśmy o wspólnych pasjach, trochę flirtowaliśmy, aż pewnego dnia napisał do mnie na prywatną pocztę. Od tej pory codziennie korespondowaliśmy, zaczął mnie namawiać na spotkanie, poznanie, wiedział, że jestem po rozstaniu z innym i szukam kogoś dla siebie. O sobie mówił niewiele, między wierszami dawał do zrozumienia, że jest wolny i samotny, zaczęliśmy się spotykać, dzwonił codziennie, widywaliśmy się co dwa-trzy dni i praktycznie każdy weekend. Wyglądał na ok 40 lat więc był ode mnie z 10lat lub minimalnie więcej starszy, sprawiał wrażenie że się wstydzi trochę wieku więc nie drążyłam tematu w końcu nie to najważniejsze taki drobiazg. Było nam ze sobą dobrze i to obojgu równocześnie co się chyba rzadko zdarza, porozumienie dusz , duży pociąg fizyczny, wspieranie się. Wspominał, że chciałby taką dziewczynę jak ja na żonę i matkę swoich dzieci. Traktował mnie jak królową. Ja byłam ostrożna i nie śpieszylam się z deklaracjami. Wypytywał o mnie o moje związki. Opowiadał o swoich byłych kobietach, wiedziałam więc, że miał przeszłość, czekałam kiedy na tyle się odważy by mi o niej szczerze opowiedzieć coś więcej. Na razie twierdził, że jest niezależny i nie ma zobowiązań jednak przez świństwo wspólnika stracił sporo pieniędzy i ma obecnie kiepskie warunki mieszkaniowe bo przy rodzinie, ale pracuje nad tym by to zmienić. I faktycznie wiedziałam , że ma firmę, że działa, że jest ok, w kontaktach ze mną miał gest. Założyłam, że jeśli ja uczciwie podchodzę do związku, nie mam żadnych ciągnących się zobowiązań to i on jest ze mną szczery w tych ważnych sprawach. Po niecałym roku okazało się, że większość wiedzy o nim z szczątkowych informacji jakie mi dawał , to sobie niestety zbudowalam tylko w wyobraźni... Rzeczywistość okazala się taka, że on ma żonę i nastoletnie dziecko. Zonaty od 20 lat. Mieszka z nimi, choć wcześniej kilka lat mieszkał z inną , z kochanką, ale gdy z kochanką nie wyszło to rodzina otwarła przed nim z powrotem drzwi, jako facet jest atrakcyjny, umie też zarobić na dom, żadne kokosy ale nie miga się, więc rozumiem, że żona go chciała mimo tamtej zdrady i tolerowała też to, że facet większość czasu przez ostatni rok jest u mnie.
Wkurzyłam się strasznie gdy się dowiedziałam o faktach, zatrzymywał mnie błaganiem, chciał ze mną być i żyć. Byłam zakochana i w takim szoku, że mi nie powiedział o żonie i dziecku, że nie wiedziałam co myśleć. Przez kolejny rok próbowaliśmy być ze sobą nadal, czekałam żeby załatwił swoje sprawy formalne. Gdy okazało się, że ciągle rozwód nie załatwiony to odeszłam na dobre. Nie muszę mówić ile mnie to wszystko wstydu, nerwów i łez kosztowało. On złożył pozew rozwodowy po moim odejściu. Na mnie jest.......obrażony.......że mu w rozwodzie nie pomagam bo uważa że powinnam go w tym wspierać i być wtedy z nim a nie porzucać.
Po kilku miesiącach dostał rozwód. Teraz zaczyna szukać kontaktu ze mną, relacja na razie jest zdystansowana. Ja ciągle go kocham i jego brak przy mnie ogromnie boli, jakbym część siebie wyrwała, ale równocześnie straciłam do niego zaufanie.
Nie ufam, patrzę podejrzliwie, w słowach dopatruję się drugiego dna, przyłapuję na drobnych kłamstewkach np gdy twierdzi że był w sobotę u Franka a potem o tym samym wydarzeniu że był u Józka. Czuję się głęboko głęboko zraniona jego oszustwem, zatajeniem prawdy. Nigdy nie tykalam żonatych, rodzina była dla mnie nienaruszalna z zewnątrz a tu w życie wpakował mi się taki koń trojański i wszystko w nim zburzył, odkrył brudy relacji ktorych nawet nie zakładałam że mogą istnieć, to zwyczajnie wstyd być kochanką żonatego i to tak naiwną....
Chcę z nim być, przeraźliwie chciałam z nim być ale nie umiem mu wybaczyć oszustwa. Nie widzę co można zbydowac na takich fundamentach. Powiedzcie co myślicie, ja walczę ze sobą ze sprzecznymi emocjami we mnie i nic mądrego mi do głowy nie przychodzi.