wenus75
02.07.11, 10:37
Witajcie
Ja dopiero startuję w tym temacie i pewnie jak wielu z Was brak mi już sił na samym początku. Mężatką jestem dopiero od 3 lat. 2 lata temu mąż bardzo nalegał abyśmy mieli dziecko. Ja ze względu na wiek (obecnie 36 lat) trochę obawiałam się tej rewolucji w życiu. Zdecydowałam się jednak dla męża (teraz wiem że dla siebie także, bo synek jest całą radością mojego życia). Mieliśmy wszystko: pieniądze, duże mieszkanie, pracę, zdrowie, siebie nawzajem (byliśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem). I tak sobie myślę że mojemu mężowi zbyt łatwo życie to wszystko ofiarowało, bo nie potrafił tego docenić. Pół ciąży przeleżałam w szpitalu, ze względu zagrożenie mojego życia (choruję na nerki) a mój mąż w tym czasie zaczął sobie skakać na boki. Nawet nie zdążył poczekać na narodziny upragnionego dziecka. Po powrocie ze szpitala zaczęło się między nami psuć, on ciągle był w stresie z powodu ukrywania podwójnego życia, wyżywał się na mnie i dziecku., nie uczestniczył w życiu rodziny.Miałam wrażenie jakby dziecko go całkiem nie obchodziło. Zostałam psychicznie sama z tematem noworodka w domu. Długo ten rzeczy stan tłumaczyłam sobie kryzysem jaki spotyka wiele małżeństw z powodu pojawienia się dziecka. Jednak gdy synek miał 7 miesięcy odkryłam że mąż ma kochankę. Gdy oznajmił mi że nas zostawia świat mi się zawalił. Miałam zostać sama jak palec z maleństwem w wielkim mieście. W amoku nałykałam się tabletek nasennych. Na szczęście mnie odratowano. Potem były wielokrotne obietnice że już romans zakończony. Oczywiście bez pokrycia. Postanowiłam że będę ratować to małżeństwo. Skontaktowałam się z kochanką i rozwaliłam ten romans. Aż tu 2 tygodnie temu odkryłam że mój genialny mąż miał dwie kochanki na raz i romans z tą drugą nadal kwitnie. Rozpoczęliśmy przygotowania do rozwodu. Mąż na dzień dzisiejszy deklaruje wzięcie winy na siebie ale czas pokaże czy on będzie tak wspaniałomyślny. Jestem zrozpaczona. Nadal go kocham, bo żyję wspólnie spędzonymi wspaniałymi sześcioma latami. Wiem że to bez sensu i z racjonalnego punktu widzenia, nie powinnam się już łudzić ale nie mam sił na budowanie swojego życia od zera. Boję się przyszłości, rozpaczam nad losem synka i rozrywa mi serce z bólu na myśl, że najbliższa osoba wycięła mi taki numer w życiu. Pewnie takich przypadków jest tu mnóstwo ale jakoś nie jest mi lżej z tego powodu. Poradźcie jak się pozbierać choćby dla mojego dziecka. Nie może przecież widzieć ciągle płaczącej mamy.