Dodaj do ulubionych

I co wy na to?

05.07.11, 20:00
www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,9895408,Mamuniu_ratuj__Policjanci_przed_7_rano__wyciagneli.html ..
Obserwuj wątek
      • kalpa Re: Żeby alimenty tak egzekwowali... 05.07.11, 20:13
        straszne... biedne dziecko...niestety nie sa to odosobnione przypadki szalonych doroslych. Nawet jesli ta mama jest jakas nieteges, to taka akcja jest chora i przerażajaca. Niestety wsród moich znajomych był przypadek odebrania dziecka w taki sposób- nie chce pisac o szczegołach, ale chlopczyk spedził pół roku w domu dziecka a jego mama plakala pod oknami, zeby jej było wolno zobaczyc synka. Historia prawdziwa niestety. W konsekwencji chorego donosu szalonej osoby i syn i matka przezyli piekło i traumę, której chyba nie zapomną... niestety sady bywaja bardzo szalone.
    • sonia_30 Re: I co wy na to? 05.07.11, 21:15
      Koszmar...psycholog kontra psycholog... no i zastanawiająca postać spacerującej i niereagującej pani kurator, wysłanej chyba tylko po to by czymś kadr wypełnić..
    • madame_c Re: I co wy na to? 05.07.11, 21:56
      Matka manipuluje dzieckiem. Jako psycholog dobrze wie, co to dziecięca histeria i jak temu zaradzić; to doskonale wie KAŻDY rodzic oddający dziecko do przedszkola. Potępieńcze wycie chyba dobrze oddaje to, co można usłyszeć w przedszkolnej szatni o poranku. Niejeden rodzic ze złamanym sercem idzie do pracy, nerwowo telefonuje...A pani opiekująca się dziećmi mówi, że doslownie pięć minut po "koszmarze" dziecko wesoło bawi się z kolegami.
      Matka nie zrobiła nic, by dziecku umożliwić normalny kontakt z ojcem, doprowadzając tym samym do tak drastycznej sytuacji, jak ingerencja kuratorów, którzy nie pozwolili matce "uspokoić dziecka" , co zaowocowałoby eskalacją grozy.
      Były mąż dobrze wiedział, co robi szanowna małżonka i umiał wykorzystać dostępne mu narzędzia. Nie miał po prostu wyjścia, niekiedy trzeba pokazać "czerwone światło". To chłopiec, dla niego więź z ojcem jest szczególnie ważna.
      Mam nadzieję, że obojgu uda się jednak dogadać, dla dobra dziecka.
        • scindapsus Re: Weź nie żartuj... 06.07.11, 10:44
          Dlaczego zaraz dupa?
          moja mama opowiadała że przez pierwszy tydzień mojego przedszkola płakała, jak słyszała jak ja płaczę,
          Płakała że jest wyrodną matką
          Tydzień później płakała jak słyszała że przestałam zawodzic bo-uważała że jest wyrodną matką i dziecko już jej nie kocha.Bo nie płacze.
          • ewela1_1 Re: Weź nie żartuj... 06.07.11, 10:47
            To ja będę podwójna dupa, bo od września moi synowie( 3 i 4 l.) idą do przedszkola.
            Może pocieszeniem jest to, że to normalne i kazde "dzieci i rodzice tak mają" i, ze należy ten okres przeczekać.
            -------------
            "Marionetki!...Wszystko marionetki. Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, co każe im sprężyna, taka ślepa jak one..."Bolesław Prus
              • ewela1_1 Re: Spokojnie... 06.07.11, 10:57
                Wezmę mamę, tzn. babciesmile.
                -------------
                "Marionetki!...Wszystko marionetki. Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, co każe im sprężyna, taka ślepa jak one..."Bolesław Prus
        • z_mazur Re: Weź nie żartuj... 06.07.11, 11:08
          No nie wiem czy taka dupa. Moja córka z trzech lat chodzenia do przedszkola przez pierwsze dwa codziennie praktycznie wyczyniała taki cyrk, ale i codziennie przy odbieraniu były problemy, żeby namówić ją do powrotu do domu, tak świetnie się bawiła i roześmiana prosiła o jeszcze chwileczkę.

          Niektóre dzieci tak po prostu mają.

          Dodatkowym smaczkiem jest to, że w przedszkolu jako pracownik gospodarczy dorabiał sobie mój ojciec (czyli lubiany dziadek mojej córki) i codziennie rano tam był, co wcale nie zmniejszało histerii córki.
    • demon_hrabiego Re: I co wy na to? 06.07.11, 00:07
      Matka od dłuższego czasu, pomimo prawomocnego orzeczenia o kontaktach, uniemożliwiała te spotkania ojcu, więc dobrze się stało, że sąd w tej sytuacji - wskutek rażącego nadużycia przez nią władzy rodzicielskiej i ignorowania orzeczenia sądu - ostatecznie orzekł o powierzeniu opieki ojcu.

      Z przytoczonej wypowiedzi pełnomocnika matki jednoznacznie wynika, że na początku czerwca postanowienie o ustaleniu miejsca pobytu dziecka przy ojcu uprawomocniło się, o czym pełnomocnik wiedział:

      "Ostatni wniosek w tej sprawie wpłynął do sądu odwoławczego w połowie maja. Niespełna dwa tygodnie później zapadła decyzja by go nie uwzględniać - mówi Bolesław Senyszyn, pełnomocnik Barbary L ..."

      Skoro zażalenie matki zostało odrzucone, to dlaczego - zgodnie z postanowieniem sądu - nie przekazała ona opieki ojcu ?

      "...Zaraz potem sędzia Pałkiewicz orzekła o przymusowym odebraniu dziecka."

      Nie zaraz potem, tylko konkretnie 21 czerwca bieżącego roku - czyli matka miała na realizację orzeczenia około trzech tygodni zanim zapadło postanowienie o przymusowym odebraniu dziecka matce:

      "Na orzeczeniu widnieje data 21 czerwca, Senyszyn otrzymał ją jednak dopiero 4 lipca. - Mimo, że codziennie byłem w sądzie i o nią pytałem. - mówi prawnik."

      Skoro "codziennie o nie pytał", tzn. że pewnie zdawał sobie sprawę, że w przypadku wydania orzeczenia o przymusowym odebraniu dziecka, kuratorzy nie będą mieli innego wyjścia, jak to postanowienie zrealizować.
      No ale jak to - matce dziecko zabiorą ? W Polsce ? Przecież w Polsce to niemożliwe, a nawet jeśli to wezwie się dziennikarzy i do niczego nie dojdzie (myślał sobie pełnomocnik).

      W wypowiedzi pełnomocnika jest jeszcze zawarta sugestia, że być może sędzia antydatował swoje postanowienie bądź zawieruszyło się ono w sekretariacie sądu, zanim zostało wysłane do matki, lecz nawet optymistycznie zakładając że pełnomocnik nie nagina prawdy i rzeczywiście nie wiedział o postanowieniu w sprawie przymusowego oddania dziecka pod opiekę ojcu, to nie zmienia to faktu, że matka miała kolejny tydzień na realizację prawomocnego orzeczenia sądu w tym kraju.

      Co do "łomotania do drzwi", "ulubionej przytulanki Piotrusia" i "omdleń na schodach sądu" w artykuliku dziennikarki, to szkoda czasu na polemikę z jej interpretacją rzeczywistości.

      pzdr,
      • andres_nin Re: I co wy na to? 06.07.11, 09:24
        myślę, że ten mały człowiek który jest podmiotem tej historii ma gdzieś to czy jakaś decyzja się uprawomocniła czy nie i czy ten czy inny adwokat złożył pismo w terminie do sądu ... i cały nasz system sądowniczy
        on nie miał żadnej możliwości wyboru - ma takich rodziców jakich ma, którzy fundują mu "atrakcje" które pewnie zostawią ślad w jego psychice na całe życie
        przeraża mnie wynikające z treści artykułu postrzeganie przez tych akurat rodziców jako w zasadzie normalne dla traktowania dziecka jak przedmiotu, pretekstu do rozgrywania sobie swoich spraw za wszelką cenę i w imię postawienia na swoim - bardzo wątpliwa to satysfakcja
        a może czasem trzeba odpuścić ..? nawet zgrzytając zębami w poczuciu, że ma się taką czy inną rację
        czy nalot policji i odbieranie siłą dziecka jednemu z rodziców przez drugiego to na pewno jest JEDYNA możliwość .. ? a jeśli nawet to kto jak nie sami rodzice do tego doprowadzili eskalując konflikt - w tej historii jak widać nie nastąpił moment otrzeźwienia
        na marginesie to moje dzieci też chodziły do przedszkola i wcale nie było łatwo na początku .. ale chyba jest różnica pomiedzy płaczem dziecka zostającego w przedszkolu po którego mama czy tata wróci za parę godzin a płaczem dziecka wyrywanego z łóżeczka i zabieranego przez obcych ludzi z własnego "bezpiecznego" domu
        • demon_hrabiego Re: I co wy na to? 06.07.11, 10:04
          Ależ oczywiście że nie masz racji, a moment otrzeźwienia właśnie nastąpił: Wreszcie ojciec przestał odbijać się od drzwi, a dziecko trafiło do normalnego rodzica, który - mam nadzieję - rozumie jego potrzeby i prawa, także do kontaktu z drugim rodzicem.

          Niestety - jak widać na załączonym obrazku - w tym kraju facet musi być profesorem psychologii,
          żeby przekonać sąd rodzinny do tego co oczywiste.
          • andres_nin Re: I co wy na to? 06.07.11, 10:53
            a dziecko trafiło do normalnego rodzica, który - mam nadzieję - rozumie jego potrzeby i prawa

            czy aby na pewno ... ?

            swoje prawa na pewno realizuje skutecznie ale co do reszty to jak dla mnie oczywistości w tym mało
            myśle, ze nikt z nas nie zna tak naprawdę szczegółów tej historii i kto ma w niej i jaką rację, natomiast to co możemy obserwować to efekty i je akurat każdy może sobie oceniać po swojemu .. efekty dla których mimo wszystko trudno mi znaleźć akceptowalne dla mnie uzasadnienie ....i tego właśnie dotyczyła moja wypowiedź
            więc pozostanę przy swoim oczywistym niemaniu racji smile
          • burza4 Re: I co wy na to? 08.07.11, 19:14
            demon_hrabiego napisał:

            > Ależ oczywiście że nie masz racji, a moment otrzeźwienia właśnie nastąpił: Wres
            > zcie ojciec przestał odbijać się od drzwi, a dziecko trafiło do normalnego rodzica

            Normalny rodzic nie wnioskuje o umieszczenie małego dziecka w rodzinie zastępczej, no ale widać mamy inną definicję normalności.

            Na miejscu ojca wolałabym nie widywać dziecka wcale niż narażać go na coś takiego. Bo dla dobrego rodzica ważniejsze jest, żeby dziecku było dobrze. Rodzicowi nie musi.
            Ale ja nie mam mniejsze ego.
        • madame_c Re: I co wy na to? 06.07.11, 10:14
          "ale chyba jest różnica pomiedzy płaczem dziecka zostającego w p
          > rzedszkolu po którego mama czy tata wróci za parę godzin"

          Oczywiście.
          Dlatego uważam, ze stroną najbardziej winna jest matka, bo:
          1. nie zadbała o prawidłowe kontakty syna z ojcem - a mogła zrobić bardzo dużo, np.
          organizować spotkania u siebie w domu, potem towarzyszyć mu w domu ojca itp. W ten sposób oswoiłaby dziecko z ojcem
          2. udawała, że nie da się zrealizować decyzji sądu z przyczyn "obiektywnych", eskalując napięcie swoim beznadziejnym zachowaniem (np. pozwalając dziecku na owo "wczepianie się")
          3. Nie negocjując z ojcem dziecka zrobiła mu potworną krzywdę - z debilnej głupoty. Uważała zapewne, że jej nowy partner, autor jej ciąży, będzie dla Piotra lepszym ojcem niż biologiczny.
          A tu zonk - profesor się zbiesił.
          Ci, którzy krytykują ojca, niech powiedzą, co facet mógł w takiej sytuacji zrobić, by syn w wieku lat nastu do obcego jelenia nie mówił "tatusiu".
          pozdr.
          A.
              • tricolour A może trochę odwagi... 06.07.11, 10:43
                ... w używaniu głowy do myślenia?

                To nie facet decydje o tym, że dziecko mówi do niego "tatusiu". To dziecko tak nazywa faceta, który - wedla uznania dziecka - kwalifikuje się do takiego ciepłego nazywania. Nie ma w tym żadnej kalkulacji kto wsadził mamusi. Ale jest potrzrba miłości, ciepła, oddania...
                • madame_c Re: A może trochę odwagi... 06.07.11, 10:50
                  Z całym szacunkiem, ale bredzisz tak, że już zaczynasz lewitować.
                  Mówimy o tej konkretnej sytuacji, gdzie ojciec wsadził mamusi, ona mu, drogi Tri, dała, a kiedy to doszło do kontaktu spermy i jaja (dawczyni jaja) ojciec nie chciał z podkulonym ogonem się wycofać, tylko osobiście być "tatusiem".


                  • ewela1_1 Re: A może trochę odwagi... 06.07.11, 10:56
                    Z perspektywy Piotrusia nigdy nie nazwałabym "tatusiem" ojca, który wydziera mnie z krzykiem od matki.

                    Tatuś!?- chyba tylko z sarkastycznej strony rozumienia tego pojęcia.
                    -------------
                    "Marionetki!...Wszystko marionetki. Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, co każe im sprężyna, taka ślepa jak one..."Bolesław Prus
                  • tricolour Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 10:58
                    ... że w Twoim wyobrażeniu świata moje słowa to brednie. Jednak napiszę Ci po raz drugi: to nie ojciec decyduje czy jest tatusiem. To dziecko decyduje.

                    Żaden normalny człowiek nie decyduje się na taki krok jak w tym artykule.
                    • z_mazur Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 11:02
                      No i tu się nie zgodzę.

                      Podobnie jak na określenie ojciec, tak na określenie matka trzeba sobie zasłużyć.

                      Kobieta, która celowo i z premedytacją uniemożliwia ojcu kontakt z dzieckiem (zakładając, że ojciec jest normalny i wydolny wychowawczo) nie zasługuje na miano matki.

                      I normalny człowiek - ojciec powinien w dbałości o dziecko odebrać je takiej kobiecie, co właśnie w tym przypadku najprawdopodobniej miało miejsce.
                        • z_mazur Re: A jaki zysk ma dziecko z odebrania? 06.07.11, 11:15
                          A dlaczego ma mieć jednego rodzica?

                          Gdzie jest powiedziane, że ojciec będzie matce utrudniał kontakt z dzieckiem?

                          Widocznie zdaniem sądu (nota bene kobiety w tym przypadku) ojciec jako codzienny opiekun będzie się lepiej sprawował w tej roli od matki. Coś pewnie za tym przemawiało.

                          Ja rozumiem, że właśnie teraz dziecko będzie pod opieką kochającego rodzica, który zapewni mu poprawne relacje z drugim kochającym (może trochę za bardzo i niemądrze) rodzicem.
                            • z_mazur Re: Jeżeli już mówimy o sądzie... 06.07.11, 11:51
                              Nie wiadomo dlaczego sprawa toczy się tak długo. Równie dobrze może tak być z powodu ciągłych odwołań matki, które mogą nie mieć żadnego sensownego uzasadnienia.

                              Jeśli sprawa toczy ponad 3 lata, to na pewno nie jest oczywista. Pewnie z zepchnięciem ze schodów, to tak jak z rozdawaniem rowerów w Moskwie.
                            • altz Re: Jeżeli już mówimy o sądzie... 06.07.11, 12:44
                              > ... to jest też sprawa karna przeciw ojcu. Co prawda nie rozstrzygnięta, ale te
                              > ż nie oddalona z braku merytorycznych podstaw.
                              Słyszałem o innych sprawach, które były wymyślone na poczekaniu (znęcanie się, pedofilia, kradzieże, nękanie).
                              Obawiam się, że tutaj też może tak być.
                              Mama jest psychologiem i ma manipulację w małym paluszku. Po co mówi o jakiś zasłabnięciach na schodach, o rozdzierających krzykach dziecka? Dlaczego sama nie wydała dziecka ojcu i nie przygotowała go do tego? To wszystko to piękne aktorstwo, a dziecko traci.
                              U mnie też tak powinno być, że powinny zostać dzieci ze mną, gwarantuję, że miałyby oboje rodziców i matka by się dopasowała, bo by musiała. Teraz nie musi i co jakiś czas pojawiają się jakieś niespodziewane problemy. Ja jestem dupa wołowa, bo nie będę walczył z kobietą, którą wybrałem na matkę (chociaż powinienem), taki mam wbudowany mechanizm w psychice, nie zafunduję wizyty policji, pewno źle robię, ale takie mam zasady. Prędzej sobie coś zrobię, niż dzieciom i ich matce, chociaż wiem, że źle robię.
                              Zobaczymy za jakiś czas jak tam będzie to wyglądało, wierzę, że się wszystko ułoży. Dziecko miało cały czas stres, teraz stres był jednorazowy i większy, ale sądzę, że odtąd będzie miało tylko lepiej, a nie przez lata gorzej.
                              • fikcyjne-konto Re: Jeżeli już mówimy o sądzie... 06.07.11, 12:54
                                cytat z artykułu: "rodzicami - ojcem profesorem psychologii i matką, również psychologiem"

                                a teraz cytat z ciebie: "> Mama jest psychologiem i ma manipulację w małym paluszku."


                                czyli: matka psycholog "o boże ratujcie altza bo go baba bije!"
                                a ojciec psycholog "ale o sooooo chodzi? nic sie nie dzieje"

                                fajne.
                                tylko tak dalej a na pewno daleko zajdziesz w komunikacji z byłą tongue_out
                                • altz Re: Jeżeli już mówimy o sądzie... 06.07.11, 13:42
                                  > czyli: matka psycholog "o boże ratujcie altza bo go baba bije!"
                                  > a ojciec psycholog "ale o sooooo chodzi? nic sie nie dzieje"
                                  Kto opowiada rzewne kawałki? Ojciec czy matka?
                                  Matka wygrywa na emocjach pełne gamy. wink Oglądałem nagranie z matką i nie daję rady, czuję manipulację na odległość.
                                  Oboje są głupi, to fakt, ale i tak uważam, matka nakręca specjalnie emocje.
                                  • gazeta_mi_placi Re: Jeżeli już mówimy o sądzie... 07.07.11, 10:54
                                    >> Kto opowiada rzewne kawałki? Ojciec czy matka?
                                    > Matka wygrywa na emocjach pełne gamy. wink Oglądałem nagranie z matką i nie daję
                                    > rady, czuję manipulację na odległość.
                                    > Oboje są głupi, to fakt, ale i tak uważam, matka nakręca specjalnie emocje.

                                    Muszę się z Tobą zgodzić.
                                    Poza tym dość spokojnie i rzeczowo opowiada jak na osobę po takich traumatycznych przejściach...
                                    Moim skromnym zdanie niezłe ziółka z obojga, tylko jak zwykle dzieciaka przy tym szkoda...
                                    Matka niby psycholog dziecięcy a nie potrafiła własne dziecko przygotować do spotkań (wcześniejszych) z ojcem aby nie odstawiało każdorazowo histerii i krzyków? Przecież psychologowie właśnie z takimi przypadkami mają doczynienia w swojej pracy i z takimi przypadkami pracują...
                                    Moim zdaniem jedno warte drugiego...
                          • andres_nin Re: A jaki zysk ma dziecko z odebrania? 06.07.11, 11:30
                            ten kochający rodzic, będący w wieloletnim konflikcie z matką i to doprowadzonym do ostateczności w postaci sądowego odbierania dziecka matce będzie zapewniał te poprawne relacje z drugim kochającym rodzicem (choć niezbyt mądrze ale jednak) ... ?

                            trudno mi w to uwierzyć

                            choć nie wykluczam tego bo jak wiadomo cuda się zdarzają od czasu do czasu

                            czego szczerze życzę temu chłopcu
                    • madame_c Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 11:13
                      "Żaden normalny człowiek nie decyduje się na taki krok jak w tym artykule."
                      Bez obrazy, ale mieszasz pojęcia i konwencje; aby wprowadzić jaki taki w tym porządek, spróbuję wypunktować.
                      1. "to nie ojciec decyduje czy jest tatusiem. To dziecko decyduje."
                      oczywiście; tyle że ja pisałam o nazywaniu tatusiem obcego jelenia, a Ty tworzysz prozę poetyczną o cieple i takich tam.
                      2. Wiele głupich matek, zakochanych w aktualnym partnerze, robi wszystko by forma "tatuś/tato" była używana przez dzieci w stosunku do niego i im się to udaje;
                      3. robią też, świadomie czy nie, wszystko by kontakty z ojcem biologicznym ograniczyć, czyniąc miejsce dla nowego mężczyzny.
                      3. I do tego też, konsekwentnie, dążyła bohaterka reportażu (ograniczała do zera)
                      4. Ograniczanie kontaktów z ojcem biologicznym do zera uniemożliwia realizację tego, o czym piszesz, a co ja z wrodzonym sobie cynizmem nazwałam "poetyczna prozą".

                      żadna normalna matka nie doprowadzi nigdy do takiej sytuacji

                      • tricolour A kto to jest "obcy jeleń"... 06.07.11, 11:24
                        ... w tym nad wyraz uporządkowanym zestawieniu?

                        Bo można odnieśc wrażenie, że masz tak wielki emocjonalny problem z drugimi facetami kobiet, że bardziej sama wymagasz uporządkowania jak co adekwatnie nazwać.

                        Łanio z tarczą.
                        • madame_c Re: A kto to jest "obcy jeleń"... 06.07.11, 12:29
                          "Bo można odnieśc wrażenie, że masz tak wielki emocjonalny problem z drugimi fac
                          > etami kobiet,"

                          To sobie, Szanowny Dyskutancie, odnoś. Bo na rzeczową dyskusję Cię zwyczajnie nie stać - dlatego stosujesz tanie, sofistyczne sztuczki, którym to jest ten oto pseudoargument ad personam, sugerujący oponentowi jakiś tam emocjonalny problem.
                          Ja zatem zasugeruję że jesteś Pan muchą owocówką - równie sensownie.
                          z szacunkiem,
                          A.
                          • tricolour Żeby była dyskusja... 06.07.11, 14:54
                            ... to trzeba mieć partnera do dyskusji, a nie kogoś z rozchwianym sposobem myślenia.

                            Jesli dyskutant używa nastepujących sformułowań "doskonale wie KAŻDY rodzic oddający dziecko do przedszkola" z naciskiem na każdy lub "Matka nie zrobiła nic, by dziecku umożliwić normalny kontakt z ojcem" to wyraźnie widać, że dyskutant nie panuje nad myśleniem, które obija się i kaleczy o skrajności.

                            A jesli dołożyc problem obcego jelenia, do którego dziecko mówi "tatusiu" podczas gdy ojciec biologiczny ma się zwijać ze zgryzoty, to - moim zdaniem - dyskutant ma dojrzałośc dzieciaka, które jeszcze się nie nauczyło, że decyzje rodzą konsekwencje. Jedną z takich konsekwencji może być to, że ojciec przestanie być tatusiem.
                            • madame_c Re: Żeby była dyskusja... 06.07.11, 17:44
                              " ... to trzeba mieć partnera do dyskusji, a nie kogoś z rozchwianym sposobem myś
                              > lenia."
                              Zero argumentu - chwyt ad personam
                              >
                              "> Jesli dyskutant używa nastepujących sformułowań "doskonale wie KAŻDY rodzic odd
                              > ający dziecko do przedszkola" z naciskiem na każdy lub "Matka nie zrobił
                              > a nic, by dziecku umożliwić normalny kontakt z ojcem" to wyraźnie widać,
                              > że dyskutant nie panuje nad myśleniem, które obija się i kaleczy o skrajności."

                              Zero argumentu - alogiczny bełkot plus nieczyste zagranie ad personam
                              >
                              "> A jesli dołożyc problem obcego jelenia, do którego dziecko mówi "tatusiu" podcz
                              > as gdy ojciec biologiczny ma się zwijać ze zgryzoty, to - moim zdaniem - dyskut
                              > ant ma dojrzałośc dzieciaka, które jeszcze się nie nauczyło, że decyzje rodzą k
                              > onsekwencje."

                              Ojciec biologiczny ma obowiązek wobec swojego dziecka. Troski, opieki, wychowywania.
                              I jeżeli widzi, że ktoś mu to złośliwie uniemożliwia, to owszem - powinien zwijać się ze zgryzoty.

                              Jedną z takich konsekwencji może być to, że ojciec przestanie być
                              > tatusiem.

                              Zero argumentu - jakieś poezje

                              pozdrawiam,
                              A.
                      • mamameg Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 11:26
                        "Wiele głupich matek, zakochanych w aktualnym partnerze, robi wszystko by for
                        > ma "tatuś/tato" była używana przez dzieci w stosunku do niego i im się to udaje
                        > ;
                        > 3. robią też, świadomie czy nie, wszystko by kontakty z ojcem biologicznym ogra
                        > niczyć, czyniąc miejsce dla nowego mężczyzny."
                        Pytanie tylko czy ta matka robiła to, żeby zrobić miejsce dla nowego partnera czy bała się, że ojciec dziecka może dziecko skrzywdzić fizycznie(bo ją przecież bił)? I czy dziecko było zmanipulowane przez matkę czy też widziało jak ojciec matkę bije i stąd lęk przed nim?
                        Inna rzecz, że powinna to załatwić w sądzie na przykład widzenia w obecności kuratora a nie samowolnie ograniczać kontakty.
                        • madame_c Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 12:54
                          "bała się, że ojciec dziecka może dziecko skrzywdzić fizycznie(bo ją przecież
                          > bił)? I czy dziecko było zmanipulowane przez matkę czy też widziało jak ojciec
                          > matkę bije i stąd lęk przed nim? "


                          Po pierwsze - p. J. nie ma sprawy o znęcanie się czy bicie. Sprawa dotyczy zepchnięcia ze schodów i ciągnie się od...2008 roku
                          pewna jesteś, ze mąż zrobił to celowo, skoro wątpliwości ma ciągle badający sprawę Sąd?

                          Po drugie - dziecko ma teraz 5 lat; wydarzenie o którym mówimy musiało mieć miejsce nie później niż w 2008 roku, zatem 3 lata temu. optymistycznie licząc dziecko mogło mieć wtedy niecałe dwa lata. jakieś wnioski?

                          "powinna to załatwić w sądzie na przykład widzenia w obecności ku
                          > ratora a nie samowolnie ograniczać kontakty."
                          właśnie o tym piszemy - paradoksem natomiast jest panująca na tym Forum pogarda dla prawa. Matka ma je głęboko w d... podczas gdy psy wiesza się na ojcu, działającym zgodnie z procedurami.
                          A.
                          • andres_nin Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 13:50
                            działa zgodnie z procedurami i to go ma rozgrzeszać z każdej głupoty lub niegodziwości, którą mógłby w międzyczasie i na tę okoliczność komuś wyrządzić .. ?
                            system prawa jest zbiorem przepisów, które regulują w jakiś stopniu funkcjonowanie spoleczeństwa ale nie ma w nim odpowiedzi na wszystkie możliwe sytuacje mogące się zdarzać w życiu. Poza tym każdy ma (mam nadzieję) wrażliwość, wyobraźnię, zdolność przewidywania i empatię na przykład, do których również można się odwołać
                            nie wydaje mi się, ze panuje tu pogarda dla prawa ... raczej wydawało mi się, że pisują tu ludzie doświadczeni przez różne zakręty w swoim życiu i przez to niezbyt skłonni do formułowania kategorycznych opinii ... a że mają różne widzenie to ich prawo
                            • madame_c Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 14:32
                              "działa zgodnie z procedurami i to go ma rozgrzeszać z każdej głupoty lub niegod
                              > ziwości, którą mógłby w międzyczasie i na tę okoliczność komuś wyrządzić .. ?"

                              its itp itd

                              Stwórz zatem państwo, w którym prawa nie ma, a obywatele kierują się wyobraźnią.
                              I tam sobie żyj; przez jakiś tydzień, bo dłużej Ci się nie uda.
                              z szacunkiem,
                              A.
                              • altz Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 14:44
                                Chyba tu chodzi o to stwierdzenie:
                                Jeśli prawo nie stoi po naszej stronie, to tym gorzej dla prawa.

                                Widocznie osoba postępująca zgodnie z prawem musi myśleć o emocjach dziecka, a osoba postępująca przeciwko już nie musi. smile Taka inna postać prawa Kalego.
                              • andres_nin Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 14:51
                                skoro z szacunkiem to z szacunkiem podejdź do tego że mam inne zdanie
                                i nie sugeruj mi posiadania poglądów których nie mam - uprościłaś to co napisałem do absurdu
                                nie uważam, ze prawo jest niepotrzebne, tylko że człowieka rozumnego w tym co robi cechuje to że odwołuje się do wielu róznych wartości a nie tylko kodeksu cywilnego i karnego wklepanego na pamieć na blachę
                                dodatkową okolicznością jest na przykład to, że gdyby dwa zupełnie różne składy sędziowskie rozpatrywały tę samą sprawę mogły by zapaść dwa różne wyroki - czyli interpretacja prawa dokonywana przez sąd nie jest taka jednoznaczna wcale i zależy od wielu czynników w tym i ludzkich również w osobie sędziego
                                mam na koncu klawisza inny głośny przykład próby rozgrzeszania powołujac się na stosowanie procedur i przepisów ... ale nie będę go przytaczał
                                nikt by nie chciał żyć w panstwie w którym nie ma prawa, ale jego stosowanie nie zwalnia nas z zastanawiania się po co sie to robi i jakie skutki może przynieść
                                • madame_c Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 15:01
                                  @ Altz
                                  "Widocznie osoba postępująca zgodnie z prawem musi myśleć o emocjach dziecka, a osoba postępująca przeciwko już nie musi. smile Taka inna postać prawa Kalego."

                                  dokladniesmile


                                  @andres_nin
                                  "gdyby dwa zupełnie różne składy
                                  > sędziowskie rozpatrywały tę samą sprawę mogły by zapaść dwa różne wyroki - czy
                                  > li interpretacja prawa dokonywana przez sąd nie jest taka jednoznaczna wcale i
                                  > zależy od wielu czynników w tym i ludzkich również w osobie sędziego
                                  > mam na koncu klawisza inny głośny przykład próby rozgrzeszania"

                                  w ten sposób podważysz każdy wyrok i każde postanowienie sądu, czego kwintesencją jest granat w dłoni Pawlaka z "Sami swoi" i maksyma:
                                  "Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być nasza"

                                  "jego stosowanie ni
                                  > e zwalnia nas z zastanawiania się po co sie to robi i jakie skutki może przynie
                                  > ść"
                                  Ojciec Piotra z pewnością się nad tym zastanowił i zwyczajnie zdecydował się wziąć pod uwagę skutki jego braku w życiu dziecka - zwłaszcza te długoterminowe.
                                  • andres_nin Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 15:39
                                    Ojciec Piotra z pewnością się nad tym zastanowił i zwyczajnie zdecydował się wziąć pod uwagę skutki jego braku w życiu dziecka - zwłaszcza te długoterminowe.
                                    mam taką nadzieję i obyś miała rację, że jest to ostatnia ofiara na ołtarzu tego konfliktu
                            • z_mazur Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 14:59
                              > Poza tym każdy ma (mam nadzieję) wrażliwość, wyobraźnię, zdolność przewidywania i empatię na przykład, do których również można się odwołać

                              To dlaczego nie odwołujesz się do tego wszystkiego powyżej oceniając postępowanie matki, która nie wykazała się żadną z tych cech, celowo odcinając dziecko od ojca, a w konsekwencji doprowadzając do sytuacji, w której dziecko musiało przeżyć te zajście.
                              • andres_nin Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 15:33
                                uważam, że oboje w konsekwencji własnych działań doprowadzili do tego finału i nie wykazali się właśnie tymi cechami które przytoczyłeś z mojej wcześniejszej wypowiedzi
                                a kto się wiecej zasłuzył w tej sprawie nie podejmuję się wyrokować

                                no dobrze .. ona sie zasłużyła w sposób taki jak piszesz (pewnie tak było) ... a on musiał podjąć decyzję o sądownym odebraniu dziecka ... ? zrobił to co chciał, pytanie tylko czy na pewno zdawał sobie sprawę z wszystkich konsekwencji tego co robi ...

                        • fikcyjne-konto Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 11:54
                          demon_hrabiego napisał:

                          > madame_c napisała:
                          >
                          > > żadna normalna matka nie doprowadzi nigdy do takiej sytuacji


                          A to sformułowanie mnie dość ciekawi,
                          bo właśnie znajoma matka "doprowadziła do sytuacji" że nie ma co z dziećmi jeść. Co prawda jest to prostą pochodną faktu, iż została sama z dziećmi i jej pensja nie wystarcza na utrzymanie a ojciec dzieci olał i alimentów nie płaci., no ale w myśl tej tezy, to matka jest temu winna.... bo przecież mogła mieć dzieci z fajnym bogatym i nie skąpym facetem a nie leniwym sadystą. Jest to światła myśl.
                          • mamameg Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 12:35
                            "A to sformułowanie mnie dość ciekawi,
                            > bo właśnie znajoma matka "doprowadziła do sytuacji" że nie ma co z dziećmi jeść
                            > . Co prawda jest to prostą pochodną faktu, iż została sama z dziećmi i jej pen
                            > sja nie wystarcza na utrzymanie a ojciec dzieci olał i alimentów nie płaci., n
                            > o ale w myśl tej tezy, to matka jest temu winna.... bo przecież mogła mieć dzie
                            > ci z fajnym bogatym i nie skąpym facetem a nie leniwym sadystą. Jest to światł
                            > a myśl."
                            Piękne. I jakże powszechne mniemanie. Jak już w żaden sposób do matki nie można się przyczepić, to zawsze można zakrzyknąć "a po co wybrałaś sobie gnojka! Trzeba było nogi trzymać razem!"
                            • altz Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 12:53
                              Zmiana tematu?
                              Sprowadza się to wszystko do starego problemu, czy osoba zajmująca się stale dziećmi, ma obowiązek pomagać dziecku w pomyślnym układaniu kontaktu z pozostałą częścią rodziny, czy może ma prawo zignorować potrzeby dziecka, bo tak!?
                      • mamameg Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 13:31
                        " 1. "to nie ojciec decyduje czy jest tatusiem. To dziecko decyduje."
                        > oczywiście; tyle że ja pisałam o nazywaniu tatusiem obcego jelenia,
                        > a Ty tworzysz prozę poetyczną o cieple i takich tam"
                        A swojego partnera też nazywasz jeleniem? Też się związał z matką z dzieckiem.
                            • madame_c Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 15:47
                              @mamameq
                              Po prostu nie podoba mi się pogardliwe określenie "jeleń" dla osoby wiążącej si
                              > ę z kimś, kto ma dziecko.
                              jeleń w tym kontekście nie dotyczy mężczyzny, wiążącego się z kobieta z dzieckiem, tylko wrednego typa, który pomaga matce ograniczać kontakty z ojcem, dla:
                              1. osobistej satysfakcji
                              2. z powodu osobistych kompleksów
                              3. bo jest głupi
                              Myślałam, że dla wszystkich piszących tu Forumowiczów jest to oczywiste.
                              Ale - na wszelki wypadek - przepraszam porządnych, piszących tu facetów, którzy tego nie robią - sama przyjaźnię się z kimś takim, który to wychowuje dwoje dzieci swojej partnerki, bez grosza alimentów, a mimo to robi wszystko, by kontakty z Biologicznym, choć śladowe, były.
                              tyle w temacie,
                              A.

                              Ci, którzy krytykują ojca, niech powiedzą, co facet mógł w takiej sytuacji zrobić, by syn w wieku lat nastu do obcego jelenia nie mówił "tatusiu".
                        • altz Re: Ja się bardzo cieszę... 06.07.11, 13:47
                          > A swojego partnera też nazywasz jeleniem? Też się związał z matką z dzieckiem.
                          Ja zostałem nazwany jeleniem przez ojca dzieci Partnerki i mam to w głębokim poważaniu. smile
                          Zostałem też posądzony o to, że jestem oszustem matrymonialnym przez kogoś z rodziny Partnerki i też się nie przejmuję, najwyżej poprawia mi to czasami humor. big_grin
                          Nie przejmuję się, bo wiem, że to nie jest prawda.
                    • partyzant74 Re: Ja się bardzo cieszę... 09.07.11, 00:27
                      tricolour napisał:

                      > az drugi: to nie ojciec decyduje czy jest tatusiem. To dziecko decyduje.
                      Ciekawe o czym ma decydować dzicko manipulowane i to przez matke zapewne dyplomowaną przycholog. Rodzice walczą o dziecko bo to ostatni fant który moga sobie wyrwać. Kiedyś ludzie honoru strzelali sobie w łeb gdy zawiedli. Teraz walką o "dobro dzieka" zasłniją swój ból za straconą szansą na świadome i dobre maciezyńswo i ojcostwo.
                  • andres_nin Re: A może trochę odwagi... 06.07.11, 11:07
                    w efekcie udowadniania sobie nawzajem kto i jakie ma prawa do realizacji bycia mamusią lub tatusiem dziecko najpierw nie miało kontaktu z ojcem
                    a teraz nie będzie miało kontaktu z matką
                    która mając sprawnego prawnika i swoja rację wysoko na sztandarze pewnie za jakiś czas dokona najazdu na dom ojca i wyrwie mu dziecko ...

                    tri wcale nie bredzi ... bycie ojcem można realizować poprzez miłość ciepło i oddanie a właściwie należy wyłącznie w ten sposób
                • ewela1_1 Re: A może trochę odwagi... 06.07.11, 10:51
                  TATO- to takie piękne słowo....

                  Mam to szczęście mieć wspaniałego tatę, od zawsze mówię do niego "tatuś", nawet chyba nigdy "tato" i tak będzie już do końca....
                  -------------
                  "Marionetki!...Wszystko marionetki. Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, co każe im sprężyna, taka ślepa jak one..."Bolesław Prus
        • mamameg Re: My na to 06.07.11, 14:44
          I czy naprawdę nikt nie zwrócił uwagi, na to że ojciec dziecka chciał umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej? Jak dla mnie to go dyskwalifikuje jako rodzica, gdyby faktycznie dziecko kochał, to chciałby przejąć opiekę a nie wysyłać je do rodziny zastępczej.
            • andres_nin Re: To niewygodny szczegół... 06.07.11, 15:13
              mam wrażenie jakby część dyskutantów znała te rodzinę i jej historię bezpośrednio bo z taką stanowczością przedstawiają co kto w tej sprawie myślał i zrobił i dlaczego, jakie motywy nim kierowały....
              a to tylko artykuł był jeden, zresztą pewnie mniej lub bardziej tendencyjnie napisany

              problem to ja bym nazwał tak, że ten chłopiec ma przechlapane bo mu się trafili tacy rodzice którzy przekroczyli w zacietrzewieniu granicę, której moim zdaniem nie powinni przekraczać bo zrobili mu krzywdę dużo większą niż mogli i powinni byli... i moze to jest meritum sprawy i memento zarazem
            • altz Re: To niewygodny szczegół... 06.07.11, 16:59
              tricolour napisał:
              > ... nie pasuje do wizji ojca kochającego dziecko ponad miarę i walczącego do up
              > adłego z matką dla dobra dziecka. Stąd pominięcie [rodziny zastępczej]

              Ja się nad tym zastanowiłem i myślę, że to może wynikać z różnic. Kobiety dużo mówią, a robią swoje, oceniają słowną część działania. Mężczyźni oceniają czyny, chociaż mogą różne rzeczy pleść w nerwach. Matka naszych dzieci, dużo mówi o dobrych motywach, natomiast działa fatalnie i pali wszystkie mosty. Mi się zdarza powiedzieć coś skrajnie głupiego (byle nie przy dziecku, tego bardzo pilnuję!), dlatego w emocjach często wolę pomilczeć, natomiast działam dużo lepiej, a na pewno nie wbrew interesom Byłej, możemy się nie lubić, ale ustaleń dotrzymuję, choćby druga strona tego nie robiła. I to może być ta różnica.

              Może się też okazać, że ojciec powiedział sobie, że nawet rodzina zastępcza może być lepsza, niż taka sytuacja. Znam rodziny zastępcze, byłem tam, rodzice mogą swobodnie tam przebywać ile chcą, o ile się nie awanturują i stosują do zasad tam wprowadzonych. Jest to takie terytorium niezaanektowane przez żadną ze stron. Dzieci mówią do opiekunów "ciociu" i "wujku" i opiekunowie tego pilnują, żeby pokazać, że to jest azyl, ale nie jest to miejsce na zawsze.
              Kobiety mówią: "lepiej być samej, niż z mężem", a facet może powiedział "lepiej żeby dziecko było chwilowo w rodzinie zastępczej, niż było cały czas na linii ognia". Może tylko tak pomyślał?

              Nie wiemy czy naprawdę taka propozycja padła. Ale skoro sąd dał prawo do opieki ojcu, to na pewno wziął to pod uwagę, przy takich sprawach sąd się mocno pilnuje i myślę, że to było prześwietlone kilka razy.
          • z_mazur Re: My na to 06.07.11, 15:04
            A co to za zarzut?

            Może myślał, że to ułatwi sprawę. Na zasadzie kompromisowego wyjścia z sytuacji.

            Poza tym skoro dziecko ma zbyt silną symbiotyczną więź z matką i jest negatywnie nastawione do ojca, to taki okres przejściowy w rodzinie zastępczej i fachowa opieka mogłyby unormować sytuację. Poprawić więź z ojcem i odpępowić dziecko od matki.
            • mamameg Re: My na to 06.07.11, 15:16
              Z. Mazur, serio oddałbyś swoje CZTEROLETNIE dziecko do rodziny zastępczej?
              W podobnym wieku musiałam spędzić miesiąc w szpitalu, a wtedy rodzice nie mogli przebywać z dzieckiem na oddziale, tylko je od czasu do czasu odwiedzać. Te rozdzielenie z rodziną przez następnych 10 lat mi się śniło jako największy koszmar.
              • z_mazur Re: My na to 06.07.11, 16:20
                Ktoś tu już napisał, ale powtórzę, rodziną zastępczą może być jakiś inny członek rodziny. Ktoś z rodzeństwa rodziców, któreś z dziadków inna bliska dziecku osoba. Pobyt dziecka w neutralnym środowisku pozwoliłby unormować sytuację.
          • madame_c Re: My na to 06.07.11, 15:15
            Znowu jakieś klisze.
            Ok.
            Najpierw przeczytaj, kto może dla dziecka być rodzina zastępczą i czy zawsze chodzi tu o obce osoby.
            Potem przeczytaj sobie, czy jest to sytuacja nieodwracalna i czy rodzice są pozbawieni praw rodzicielskich, czy tylko mają je ograniczone.
            A potem się zastanów, dlaczego ojciec o to wnioskował.
            W świetle całości sprawy sytuacja, kiedy prawa opieki ma np. babcia, ciocia itp. dziecka na pewno skłoniłaby matkę do mediacji. I tak właśnie zapewne było, skoro sąd powierzył opiekę ojcu. Nie zrobiłby tego, gdyby chodziło o:
            1. zemstę na matce (jak zdajesz się sugerować)
            2. złośliwe, sadystyczne dręczenie dziecka (jak zdajesz się sugerować)
            3. podłość ojca (jak zdajesz się sugerować)
            z szacunkiem,
            A.
            • zolta_iwulka Re: My na to 06.07.11, 15:50
              Oczywiście, madame, w drugim filmie widać i słychać, jak ojciec potrafi/stara się/dąży do nawiązania kontaktu z dzieckiem zamiast wrzeszczeć" B. czy zamierzasz wypałnić nakaz sądu?".
              Jest tak zainteresowany tym dzieckiem, że mam wrażenie, że chciałby aby B. przerzuciła dziecko przez płot, byle tylko "wypelniła nakaz".
              Każdy człowiek z przecietną inteligencją emocjonalną wyczuje, ze dziecko płacze przerażone, a nie z powodu - jak to sugerujesz - focha.
              Ale - nie zapominajmy - to wina matki. Ojciec się tak starał...

              • z_mazur Re: My na to 06.07.11, 16:29
                No właśnie dziecko płacze przerażone. Ciekawe dlaczego? Ojciec zwraca się do niego spokojnym tonem, a dziecko reaguje histerią.

                Odpowiedzi prawdopodobnych jest kilka na najbardziej z nich takie:
                - Ojciec to psychopata i dziecko sobie z tego zdaje sprawę, w przeciwieństwie do całego aparatu sprawiedliwości z kuratorami, opiniami psychologów itp.

                - dziecko ma symbiotyczną i zbyt silną więź z matką, co ogólnie nie jest dla niego dobre, co stwierdził sąd i pewnie podparł się w tym opiniami fachowców.

                - matka to psychopatka, która ma w dupie dziecko, ale odgrywa się na jego ojcu nastawiając je negatywnie do niego.

                Przeciętnie inteligentny człowiek, bez emocjonalnych jęków nad krzywdą dziecka, po zastanowieniu się łatwo wśród tych trzech odpowiedzi wybierze właściwą.
                  • z_mazur Re: A może prostsze rozwiązanie? Bez psychopatów? 06.07.11, 17:07
                    Jaki dym? Że ojciec przychodzi razem z kuratorką po dziecko, to jest dym? I normalna zrównoważona matka nie potrafi nastawić do takiej wizyty dziecko na tyle, żeby może i z płaczem ale jednak udało się razem z ojcem i kuratorką do miejsca spotkania?

                    Ja też nie sądzę, żeby w tym przypadku chodziło o psychopatów, dlatego uważam, że skoro matka nie potrafi dziecka w ten sposób nastawić, to jest niewydolna wychowawczo i w związku z powyższym decyzja o przekazaniu opieki ojcu jest jak najbardziej uzasadniona.

                    Może kilka takich głośnych przypadków zacznie w końcu zmieniać nastawienie niektórych matek, które w naszym systemie prawnym czuły się do tej pory bezkarne.

                    Uniemożliwianie (niezależnie od tego czy celowe, czy wynikające z nieudolności) kontaktu z drugim rodzicem (który może i chce ten kontakt utrzymywać) jest krzywdzeniem dziecka, a osoba która krzywdzi dziecko nie powinna sprawować nad nim opieki. Proste prawda?
                    • tricolour Właśnie nie jest proste... 06.07.11, 17:14
                      ... bo gdyby było, to by było do rozwiązania bez pomocy czterech kuratorów i policji.

                      Oczywiście jeśli założysz - a założyłeś - że matka jest zła, a ojciec dobry, to dojdziesz do określonego wniosku. Jesli zas założysz - co ma większy sens, bo jest bardziej prawdopodobne - że rodzce walczą ze sobą bez wględu na koszty, za pomocą dziecka, to dochodzimy do wniosku, że sprawy nie da się rozwiązać bez ustąpienia przez którąś ze stron. I to jest istota problemu: brak umiejętności taktycznego oddania pola w imię strategicznego celu.

                      Zresztą te dziecinne obawy, że jelenia nazwą tatusiem, doskonale to oddają.
                      • z_mazur Re: Właśnie nie jest proste... 06.07.11, 18:01
                        Po raz kolejny starasz się tu forsować swoją "idee fix" o oddawaniu pola.

                        Wycofanie się w takich sytuacjach, to nie strategiczny odwrót tylko poddanie się. To wcale nie pozwala na przegrupowanie sił, tylko powoduje nieodwracalne straty. Dziecko za jakiś czas może kompletnie nie mieć ochoty na kontakt z rodzicem, a zmiany w jego psychice i nasatwieniu do świata i ludzi mogą być już nieodwracalne.

                        To tak jakbyś na wojnie z przeciwnikiem, który na zdobytych terenach stosuje taktykę spalonej ziemi w sytuacji gdy możesz stawiać mu skuteczny odpór, proponował wycofywanie się i zostawianie mu pola.

                        Tak się nie robi, tylko się walczy o każdą piędź ziemi.

                        Takie sprawy jak ta, są potrzebne, żeby zmieniać nastawienie sądów i rodziców.

                        Dzieci w takich sytuacjach powinny być odbierane rodzicom i powierzane albo rodzicowi bardziej odpowiedzialnemu, albo rodzinom zastępczym do momentu, aż rodzice będą w stanie uzgodnić jakieś porozumienie.

                        Dopóki możliwość takiego obrotu sprawy nie dotrze do świadomości społecznej, doputy nic się nie zmieni.
                        • tricolour "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 18:05
                          ... tam oddano pola, by mieć więcej przestrzeni. Trzeba tylko chcieć to zrozumieć, że to co na zalinkowanym filmie ograniczyło wachlarz zachowań do sądowej napierdalanki. Nic już poza tym nie ma.

                          "Po raz kolejny starasz się tu forsować swoją "idee fix" o oddawaniu pola" - bo mam takie dobre doświadczenie, że danie kobiecie oddechu spowodowało, że przestała się dusić. A gdy nabrała oddechu okazało się, że może mówić ludzkim głosem, czego nie było gdy zdychała. Ciebie to dziwi?
                          • z_mazur Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 19:00
                            Nie dziwi mnie. Za to dziwi mnie to, że na jednostkowym przypadku budujesz teorię, która ma się sprawdzić w każdej innej sytuacji.

                            A np. w Twoim przypadku różnica polegała na tym, że do czynienia mieliśmy ze starszym dzieckiem, z którym miałeś już zbudowaną relację. W przypadku małego dziecka wystarczy parę miesięcy, żeby drugiego rodzica całkowicie wyrugować z jego świadomości budując dodatkowo zupełnie fałszywy jego obraz.
                            • maniasza Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 21:31
                              z_mazur napisał:

                              > W przypadku małego dzi
                              > ecka wystarczy parę miesięcy, żeby drugiego rodzica całkowicie wyrugować z jego
                              > świadomości budując dodatkowo zupełnie fałszywy jego obraz.
                              >

                              To samo może się dziać w pełnej rodzinie, kiedy ojca non stop nie ma, bo pracuje, albo też "pracuje", słowem, jest nieobecny w codziennym zyciu rodziny, jest ojcem - ale tylko na papierze.
                              I jesli dziecko, które rosnie w takiej rodzinie jest bardziej związane z matką, to przecież nie jest to wina matki. Nie jest winą matki, że sie opiekuje dzieckiem de facto sama, mimo że ma męża i ojca dziecka formalnie na papierze. Bo ktoś musi się dzieckiem opiekować, wychowywać, uczyć, dbac o nie. To tak jak z psem. Pies uważa za swojego Pana tylko te osobę, z ktora przebywa na co dzień, taką, ktora się nim opiekuje, karmi, chodzi na spacer, czesze, szkoli, głaszcze itp. To jest dokladnie ta sama sytuacja.

                              Jeżeli nieobecność ojca trwa przez dłuższy czas - dochodzi wówczas do rozstania, rozwodu itp, i naturalnym jest, że dziecko wtedy zostaje z matką. Bo z matka ma więź, a z ojcem - na ojca własne zyczenie - nie ma. Więc po rozwodzie, w takiej sytuacji, trudno oczekiwać, że dziecko ma zostać nie z matką, a w zasadzie z obcym mu człowiekiem, który tylko formalnie jest ojcem.
                              Bo tak często bywa w rodzinach, że ojciec - to człowiek, który przychodzi do domu zjeść i przekimać, i na tym jego "rola" rodzica w zasadzie sie kończy, bo on - pracuje przecież, tj zarabia pieniądze. Skoro sam sobie rolę bankowatu narzuca będąc w pełnej rodzinie, to czego oczekuje po rozwodzie? Nagle przypomina sobie, ze ma dziecko, ktorego będąc w rodzinie itak nie widzial i nim sie nie zajmował?
                              Jakoś kobiety potrafią połączyć i opiekę nad dzieckiem i zarabianie, a faceci najczęściej wymigują się tym "zarabianiem" będąć po 20 godzin poza domem i uważają, że tym samym swój dług ojcowski spełniają.
                              Przykre, ale to samo zycie.

                              W tym artykule powiedziano, że dziecko jest rozchwiane emocjonalnie, sprawa toczy się od 2008, a dziecko ma 5 czy sześć lat. Łatwo policzyć, w jakim horrorze to dziecko przebywało przez wszystkie lata. W zasadzie od urodzenia. Czy matka może wyrugować ojca ( zacząć wyrugowywać wink) ze swiadomości dziecka od urodzenia od roku, dwóch, trzech? Z kim jest w naturalny sposób zwoiązane dziecko kiedy jest niemowlakiem albo małe? Z ojcem, ktorego więcej nie ma , niz jest?
                              A dalej, to tylko naturalna reakcja matki (chęć obrony dziecka) na psychopatyczne zachowanie ojca. Reakcja na jakąś patologiczną zazdrość ze strony ojca o jak najbardziej naturalną relację (symbiozę) matka-dziecko. No i te teksty : czy ma zamiar wykonać postanowienien sądu - chciał dopieprzyć, to dopieprzyl. Ale czy o to chodzi? I czy to ma być dobry przykład " dla przyszlych pokoleń" i źródło zmiany mentalności rozstających się rodziców? Wątpię.
                              • altz Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 21:51
                                Często jest taka umowa między małżonkami, że on zarabia i dłużej jest poza domem. To jest naturalne, bo w końcu ona karmi dziecko piersią. Potem się okazuje, że on ma same obowiązki, a spija śmietankę, zabiera wszystko, bo żadnej umowy nie było i on jest winien.

                                > Czy matka może wyrugować ojca ( zacząć wyrugowywać wink) ze swiadomości dziecka od urodzeni
                                > a od roku, dwóch, trzech? Z kim jest w naturalny sposób zwoiązane dziecko kiedy
                                > jest niemowlakiem albo małe?
                                Dawniej panowie szli na całe lata na wojnę, wracali i potrafili się jakoś dogadać z dziećmi. Jakoś kobiety to robiły, że dzieci bywały dumne z ojców. Teraz się nie da?

                                Tutaj, ojciec dziecka się uparł, że będzie cały czas w życiu dziecka, ale nie było woli współpracy z drugiej strony i taką nerwicę zafundowali chłopakowi. Gdyby była chęć od początku, to dziecko by się zachowywało normalnie, pewno matka by miała i tak swoją "zabawkę" pod ręką.

                                Co to za matka, co dziecku zafundowała takie przeżycia? Straszna kobieta.
                                Kuratorka też beznadziejna. Cała trójka jest siebie warta.
                                        • altz Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 22:23
                                          Napisałem przecież, że wszyscy siebie warci.
                                          A matka straszna, bo zafundowała dziecku taką traumę. Mogła go przygotować, spotykałby się z ojcem raz na jakiś czas i nic by się nie działo. Wolała budować w dziecku fobie. Miała największe możliwości, bo dziecko z nią było. Patologia, tak czy siak i to cała trójka.
                                          • mola1971 Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 22:29
                                            Zgadzam się, że matka też nie jest bez winy, ale pamiętaj o tym, że była bita przez męża (ex ma dwie sprawy karne w sądzie) i prawdopodobnie po prostu bała się dziecko z nim zostawić.
                                            Pewnie, że żadnym rozwiązaniem nie jest izolowanie dziecka od ojca. Mogła starać się o to by spotkania z dzieckiem odbywały się w obecności kuratora. Moja przyjaciółka tak zrobiła w analogicznej sytuacji. Efekt tego taki, że jej ex w ogóle olał dzieci choć walczył jak lew by jej dzieci odebrać. Mimo wyroku za znęcanie się nad nią. Walczył by jej dokopać bo tak naprawdę wcale dzieci go nie interesowały. Myślę, że tu może być podobnie.

                                            Mnie w takiej sytuacji zawsze żal jest tylko i wyłącznie dziecka bo to ono na gierkach dorosłych traci.
                                            • zmeczona100 Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 22:31
                                              mola1971 napisała:

                                              Mogła stara
                                              > ć się o to by spotkania z dzieckiem odbywały się w obecności kuratora.

                                              Hej, no... Ale przez ostatnie 2 lata kontakty odbywały się właśnie w obecności kuratora. Jeden z filmów to własnie rejestracja spotkania z ojcem w "obecności" pani kurator, która spacerowała pod domem, nie reagując na to, co sie wewnątrz niego działo.
                                              • mola1971 Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 22:34
                                                No to tym bardziej nic z tego nie rozumiem. Sąd oddaje dziecko ojcu, który wcześniej mógł je widywać tylko w obecności kuratora (z jakiegoś zapewne powodu bo bez powodu kuratora nikt nie dostaje) i w ogóle nie ustala zasad kontaktów matki z dzieckiem?
                                                Sprawa śmierdzi na odległość...
                                            • obrazo-burca Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 07.07.11, 23:46
                                              Molka,
                                              ło matko sad

                                              > Zgadzam się, że matka też nie jest bez winy, ale pamiętaj o tym, że była bita p
                                              > rzez męża (ex ma dwie sprawy karne w sądzie)

                                              Primo, dopóki jest oskarżony jest niewinny.
                                              Secundo, chcesz zapoznam Cię z takimi ojcami, którzy byli oskarżeni o molestowanie, zatem idąc tym tokiem rozumowania molestowali (przez sąd zostali uniewinnieni).
                                              Tetro wszystkim wierzącym w prokuraturę, a w szczególności Tri poleacam kilka poniższych artykułów pokazujących jak ta instytucja działa:
                                              1. Rozmowa z B. Piwnik
                                              2. Odpowiedź prokuratorów, de facto potwierdzająca zarzuty B. Piwnik
                                              3. A tu rzeczywisty przykład
                                          • glasscraft Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 22:39
                                            A skad wiesz, ze w dziecku fobie budowala? Siedziales u niej w domu i obserwowales?

                                            Traume dziecku zafundowala policja i kuratorzy zabieracaje je z domu rano w taki, a nie inny sposob. Rodzice, prawdopodobnie obydwoje (bo ta sprawa w sadzie, ktora ojcie ma jakos nie da sie chyba pod dywan zamiesc) przyczynili sie do rozpadu rodziny i nie potrafili sie dogadac tak, zeby dziecko w tym wszystkim nie cierpialo. Wiec, ze zastanawia mnie dlaczego wedlug Ciebie ojciec nie straszny, skoro dziecko przywiazane do matki wywozi nie wiadomo gdzie i nie daje znaku zycia oraz zero mozliwosci kontaktow z matka? O tej traumie juz nie myslisz?
                                            Troche to wyglada na "jak Kuba Bogu...", nie sadzisz?

                                            -
                                            • altz Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 22:56
                                              > Traume dziecku zafundowala policja i kuratorzy zabieracaje je z domu rano w tak
                                              > i, a nie inny sposob.
                                              Traumę zafundowali dziecku wszyscy. Policja i kuratorzy byli zupełnie nieprofesjonalni.
                                              Matka też. Jak się chce, to dziecko można przygotować na spotkanie rodziny, to nie jest tak, że dziecko samo z siebie nagle się boi.
                                              Obserwuję dzieci, normalnie nie boją się pająków i myszy, ale uczą się tego z obserwacji zachowań dorosłych. Matka była niewydolna wychowawczo, skoro dopuściła to histerycznych zachowań dziecka i być prawdopodobnie nerwicy. Sama pewno też nie jest w normalnym stanie, nie wierzę, żeby sobie nie zdawała sprawy ze wszystkiego, skoro jest psychologiem.
                                              Ojciec wywozi dziecko i zachowuje się identycznie, jak matka. Oko za oko, ząb za ząb. Głupie to wszystko, dziecko na pewno to odchoruje. Może się w końcu opamiętają po nagłośnieniu sprawy. Mała szansa, ale jakaś szansa jest.
                                              • glasscraft Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 23:08
                                                Czy naprawde by Cie tak zabolalo, gdybys w swojej wypowiedzi rozlozyl wine za ten syf po rowno? "Traumę zafundowali dziecku wszyscy. Policja i kuratorzy byli zupełnie nieprofesjonalni. Matka też." Wpomnij ojca w tej samej linijce, skoro wszyscy, to wszyscy... nieprawdaz?

                                                "Obserwuję dzieci, normalnie nie boją się pająków i myszy, ale uczą się tego z obserwacji zachowań dorosłych." Czyli skoro matka pokazuje strach w czasie obecnosci meza (zakladam, ze nie z tego powodu, ze jej kwiatki codziennie przynosil ma sprawe w sadzie), to naturalne ze dziecko tez sie ojca bedzie balo obserwujac reakcje matki...

                                                Nienormalnosc matki oceniles po przeczytaniu artykulu prasowego jako specjalista psychiatra? Czy tez specjalista od "zlych kobiet"?
                                                • altz Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 23:42
                                                  > Wpomnij ojca w tej samej linijce, skorowszyscy, to wszyscy... nieprawdaz?
                                                  Toż napisałem, że wszyscy. Oprócz dziecka.

                                                  > Nienormalnosc matki oceniles po przeczytaniu artykulu prasowego jako specjalist
                                                  > a psychiatra?
                                                  Posłuchałem nagrania i mi wystarczy. Nikt normalny nie funduje takich przeżyć własnemu dziecku.

                                                  Być może zobaczymy za jakiś czas, jak naprawdę było.
                                                • altz Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 08.07.11, 08:47
                                                  Takiemu dziecku wystarczy kilka razy powiedzieć, że tatuś je zabierze od mamy i nigdy mamy nie zobaczy. Jakieś pranie mózgu było, według mnie. A facet, gdyby był mądry i miał jakieś doświadczenia z dziećmi, a nie był tylko profesorem psychiatrii, to nawet z matką manipulującą dzieckiem dałby sobie radę.
                                                  Dla mnie teksty rodzaju "chodź, nie bój się" są zupełnie nie na miejscu i świadczą źle o umiejętnościach ojca. Ja bym powiedział "zaraz wrócisz do mamy" i jakoś zachęcił czymś dziecko, choćby kupnem lizaka w kiosku, albo po prostu zaczął od zabawy w domy czy na podwórku. Pierwsze spotkanie mogło by trwać i minutę i też by było dobrze, a na pewno lepsze, niż to obecne. Pól godziny zabawy, wspólne krótkie wyjście i powrót i by wystarczyło na początek.
                                • zmeczona100 Re: "Bitwę pod Grunwaldem" oglądałem... 06.07.11, 22:37
                                  Przepraszam Altz, ale piep...ysz jak potłuczony.

                                  > Dawniej panowie szli na całe lata na wojnę, wracali i potrafili się jakoś dogad
                                  > ać z dziećmi. Jakoś kobiety to robiły, że dzieci bywały dumne z ojców. Teraz si
                                  > ę nie da?

                                  Dawniej wojna tak odsiała panów, że nie ważne było z kim, ważne było, aby jakiekolwiek portki w domu były, bo inaczej kobieta sama nie dałaby sobie rady. Kobiety nie miały wyboru. Teraz mają, bo mają wykształcenie, pracę i są w stanie same utrzymać siebie i dzieci.

                                  Teraz tez się da- pogadaj z żonami górników, które skaczą wokół swych mężów, byleby tylko ich nie zostawił.

                                  > Tutaj, ojciec dziecka się uparł, że będzie cały czas w życiu dziecka, ale nie b
                                  > yło woli współpracy z drugiej strony i taką nerwicę zafundowali chłopakowi.

                                  A Ty czytac nie umiesz? Kontakty były realizowane, w obecności kuratora.
                                  Ale panu było oczywiście za mało i nie w smak. No to zrobił, jak uznał najlepiej. A że myślał o sobie, a nie o dziecku, to już inna para kaloszy.
                      • z_mazur Re: A może prostsze rozwiązanie? Bez psychopatów? 06.07.11, 17:51
                        To chyba oglądaliśmy różne filmy (chociaż nie sądzę), albo jesteś tak uprzedzona, że utrudnia Ci to nawet zwyczajny odbiór rzeczywistości (co obstawiam).

                        Od pierwszych sekund filmu słychać uspokajający głos ojca "chodź synuś". W drugiej części filmu w paru miejscach słychać postawione dość stanowczym tonem pytanie do matki "czy ma zamiar realizować postanowienie sądu". Ojcec cały czas jest opanowany, nie podnosi głosu, nie gestykuluje. I Ty to nazywasz wrzaskami?
                          • z_mazur Re: Od "chodź synuś"... 06.07.11, 18:04
                            Nie czuję, bo to zwykłe granie na emocjach, a nie merytoryczna dyskusja.

                            Decyzję sąd podjął na pewno nie w oparciu o histeryczne krzyki dziecka, tylko w oparciu o badania psychologów, zarówno dziecka jak i obojga rodziców.

                            Jakoś nie słychać, żeby matka próbowała uspokoić dziecko i przemówić do niego, żeby chciało pójść z ojcem. Jest tylko cyniczne wykorzystanie sytuacji "dziecko nie chce z tobą iść i ci go nie dam". Tak się zachowuje odpowiedzialny i kochający rodzic?
                              • z_mazur Re: Dokładnie tak... 06.07.11, 18:56
                                A jak nie chce wziąć zastrzyku, to nie chce?

                                Powiem Ci, chociaż może Cię to zaskoczy, dziecko nie zawsze wie, co jest dla niego najlepsze i rozsądny rodzic powinien umieć je do tego przekonać, a czasem nawet zmusić, dla jego dobra.
                                • altz Re: Dokładnie tak... 06.07.11, 19:21
                                  > Powiem Ci, chociaż może Cię to zaskoczy, dziecko nie zawsze wie, co jest dla ni
                                  > ego najlepsze i rozsądny rodzic powinien umieć je do tego przekonać, a czasem n
                                  > awet zmusić, dla jego dobra.
                                  Ja się zastanawiam jak zareaguje moje dziecko, jak się dowie w przyszłości, jaką decyzję podjęło. Według mnie zdecydowanie najgorszą, co widzę u siebie praktycznie. Nie zamierzam w przyszłości matki usprawiedliwiać.
                                • madame_c Re: Dokładnie tak... 06.07.11, 19:59
                                  @z_mazur
                                  Raz jeszcze - szacun; za rozsądek i opanowanie właśnie.
                                  Ja, jak czytam, że należy szanować wolę pięciolatka, to zastanawiam się jak tacy rodzice zamierzają wyegzekwować choćby obowiązek codziennego mycia stóp.

                                  Autorki (bo przeważnie to autorki) wpisów że ojciec nie ma prawa stosować takich metod zachęcam do prostego ćwiczenia mentalnego - niech wyobrażą sobie swoje dziecko, które do nowej partnerki małżonka mówi "mamusiu", podczas gdy ona stoi u płota i próbuje bezskutecznie zrealizować postanowienie Sądu co do kontaktów.