to.ja.kas
18.08.11, 10:11
Podoba mi się ten wątek o winie po środku. Osobiście uważam, że związek nie arytmetyka i nie ma sensu zastanawiać się ile kto w ilu procentach zawinił. Jakie ma znaczenie czy ja 50% i ty 50% czy ja 20% a ty 80%, czy jedna strona w ogóle a druga wszystko? Znaczenie ma tylko to czy umiemy czerpać wiedzę z tego co nas spotyka, z własnych i cudzych doświadczeń, czy widzimy pewne mechanizmy i rozumiemy zależności.
Kiedy związek już się rozpadł, kiedy najbliższe sobie osoby ponownie stają się sobie obce nie ma sensu zastanawiać się czy on/ona ma poczucie winy za krzywdy nam wyrządzone.
Bo co to za różnica teraz?
Istotne natomiast jest pytanie, czy wiemy jakie mechanizmy się zadziały i jak ewentualnie ich unikać jeśli są niepożądane. MY! MY powinniśmy je znac, MY powinniśmy wiedzieć, MY powinniśmy rozumieć, MY jesli chcemy umieć stworzyć kolejny związek zastanówmy sie nie nad winą (bo jakże często tej winy nie ma w ogóle, w sensie winy) a nad tym jak osiagnąć to o co nam chodzi, czego pragniemy. Jak iśc do przodu. A nie pójdziemy dalej zastanawiając się latami, czy on/ona żałują za te błedy i wypaczenia i zaniechania. Ja czytając to forum latami (bo lubie kilka osób tu piszących) ciagle natykam się na ludzi (zwłaszcza kobiety) które mimo rozstania ciagle zyja w związku z którego czasami same się wymiksowały. Paradoks, nie?

Karzą partnera a to sądami, a to odbieraniem dzieci, a to jadem, a to innym upierdliwym zachowanie, by UKARAĆ ZA TE WINY ...za które sensu karać juz nie ma. I tak naprawdę to karają same siebie. Bo one NIGDY nie wyciszą się, nie poczują zadowolenia innego niz satysfakcja z tego, że "znowu mu się dostało", nie zasną bez myśli o tym czy on przemyślał i żałuje i co zrobić by tak było i żyją tak by udowodnić, że to ich na wierzchu. Nawet nie wiecie ile się traci z życia i ilu ludzi wokół zraża się do siebie. Nikt mądry i fajny nie zaryzykuje żadnej relacji z osobą która zyje ciągłą chęcia zemsty i udowodnienia winy facetowi/kobiecie z którym juz nie jest. Każdy normalny człowiek boi się takiego mściwca.
Ja wiem, że wszystko trzeba przejść jak ospę. I poczucie winy, i poczucie straty i poczucie krzywdy. Na wszystko jest czas. Ale jest to tylko jakiś czas. Znacie osoby które skrzywdzone zamykają się na świat i ciagle cierpią, ciagle pielęgnują swoją krzywdę i ciagle czekają, że jemu/jej się odmieni? Nie ma sensu zastanawiac się kto bardziej zawinił i kto świnia większa a kto mniejsza. Czasami po prostu kończy się, nie udaje, nie wychodzi. I można szukać krzywdy latami, a można po prostu wyciągnąć wniosek co nie zagrało. Mozna wołać, że to zbyt ważne i stratę trzeba okupić tym samobiczowaniem i biczowaniem drugiej strony. Tylko co to da? I co zmieni? Ja każdemu życzę by jak najszybciej wrócił do równowagi i zamiast zastanowić się czy on/ona żałuje i czy adekwatnie do winy lepiej niech po prostu zastanowi się czego teraz chce i jak to osiągnąć. Powodzenia.