A moja koleżanka się nie rozwiodła...

18.12.11, 14:58
Rozmawiałam wczoraj z koleżanką, w skrócie opowiedziała mi historię swojego małżeństwa. Pobrali się jak mieli po 22 lata, dwójka dzieci rok po roku - a on hulał, szalał, kochanki, imprezy. Długo razem nie mieszkali, choć często bo przwie codziennie bywał u niej i u dzieci - dbał aby mieli zapewniony byt. Dzieciaki zabierał na wakacje. Nie wojowali ze sobą - ona bardzo go kochała, więc pomimo wszystko nie wyobrażała sobie że od niego odejdzie. Nigdy jej nie kłamał, przyznawał się że ma inne kobiety na boku. Teraz są już 25 lat po ślubie, to on o nią zabiega, dba o nią, o dom, dzieci - robi obiady, zakupy, zabiera do kina, na imprezy. NIe żałuje że od niego wtedy nie odeszła - jest teraz szczęśliwą mężatką.


Mi ta historia dała trochę do myślenia.
    • lesnik5 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:07
      Mi też. Przede wszystkim to, czy jest prawdziwa.
    • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:15
      To wcale nie jest jakaś szczególna historia, jest takich masa. Tyle tylko, że nie każdy (każda) ma w sobie tyle masochizmu by czekać 25 lat aż mąż zmądrzeje (lub potencję straci). Bo co jak nie zmądrzeje? Bo i tak bywa. Szkoda życia.
      Mnie wystarczyło cierpliwości w czekaniu na cud na 17 lat. Uważam, że o 17 lat za dużo.
      • malwi-na356 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:19
        mola1971 napisała:

        > To wcale nie jest jakaś szczególna historia, jest takich masa. Tyle tylko, że n
        > ie każdy (każda) ma w sobie tyle masochizmu by czekać 25 lat aż mąż zmądrzeje (
        > lub potencję straci). Bo co jak nie zmądrzeje? Bo i tak bywa. Szkoda życia.
        > Mnie wystarczyło cierpliwości w czekaniu na cud na 17 lat. Uważam, że o 17 lat
        > za dużo.




        dokładnie ,czekać az sie wyszumi,wybz....,bo poprostu faceci po 40stce juz mniej mogą wiec dopiero ok 50tki jest szansa na wyciszonego mężulka...
        • bea-34 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:28
          No właśnie. On niech sobie poużywa, a kobieta marnuje młodość czekając aż on się wybawi. A potem zajmuje się nim na starość. Nie lepiej również korzystać z uroków życia, póki jest się młodym?
          • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:56
            Może bycie z mężem który czasem miewa romans też ma uroki dla niej? I nie jest to dla niej "marnowanie życia"? Ludzie są różni.
          • krecia_3 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:46
            Za moich czasów posługiwano się jeszcze słowem "godność" smile
        • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:45
          Nie zawszesmile mój znajomy ma 65 lat i od ponad dwóch lat mieszka z kolejną kochanką.
          Od 45 lat jest w związku małżeńskim - i tak całe życie mu zleciało - parę lat z żoną, później jakiś czas u kolejnej kochanki (najdłuższy jego romans jak do tej pory trwał 3 lata) i znowu z żoną, która zawsze przyjmuje go do domu.
          W tej chwili kobieta wegetuje praktycznie bez środków do życia - ale już wygląda jego powrotu.
          Bo statystycznie rzecz ujmując już na dniach powinien wracaćsmile
      • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 16:00
        To zależy od tego jak i na co w rzeczywistości się czeka. Jeśli na odmienionego ukochanego, to cóż to za ukochany, skoro wymaga się od niego, żeby był inny. Jeśli na ukochanego, który ma akurat w tym czasie coś do załatwienia (podróż, rewolucję, kilka panienek), to zupełnie inna historia.
        Penelopa na przykład oddawała się w czasie czekania swojemu hobby. Nie nazwałabym takiego czasu straconym.
        Dwoje ludzi akceptuje swoje potrzeby i zachowuje się w stosunku do siebie i dzieci przyzwoicie. W dupie mam miłość, która będzie od nas obojga wymagała poświęcenia siebie. Wolę tę akceptującą. Taką o jakiej Wharton pisał w Opowieściach z Moulin du Bruit.
        Inaczej bym śpiewała, gdyby mąż uprawiał sex co drugi dzień z inną kobietą?
        A jaką mam pewność, że tego nie robi?
        • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 16:26
          Otóż to.
          • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 18:07
            Niestety problem polega na tym, że w małżeństwo już z założenia jest wpisane ryzyko poświęcenia siebie.
            Ludzie zawierają małżeństwo między innymi po to właśnie aby zapewnić sobie wsparcie w momencie gdy to szeroko pojęte życie zaczyna nas przerastać.
            Bo - jedno zachorowało, uległo wypadkowi, straciło pracę i etc.
            Małżeństwo to umowa dwustronna, sposób, recepta na życie wypracowana przez setki pokoleń. Coś jak ustrój - demokracja i tym podobne, co ustawia, porządkuje życie i wstawia je w pewne ramy.
            I czasami niestety trzeba się poświęcić jeśli mamy wywiązać się z umowy.
            I jeśli ktoś nie chce brać na siebie tego ryzyka poświęcenia się to po prostu niech nie zawiera małżeństwa.
            • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 19:51
              Być może małżeństwo sakramentalne jest wejściem na drogę, którą od setek lat idą męczennicy (bo o opiece nad ukochaną osobą piszesz jak o poświęceniu). Ale dla małżeństw rozumianych jako umowa między dwojgiem, wolnych ludzi, którzy decydują się podjąć wobec siebie zobowiązania prawne i społeczne, to życie zgodnie z przysięgą "i uczynię wszystko, aby to małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe". Nie ma tam ani słowa o wierności, posłuszeństwie i tych wszystkich innych pierdołach, które dyktują ludziom co ma im sprawiać radość i utrwalać ich związek, nawet jeśli OBOJE wolą to swoje małżeństwo "robić" inaczej.
              Opisywana przez Kajdę para, to ludzie, którzy najwyraźniej zachowali dla siebie szacunek ("nie wojowali", nie okłamywali się), wypełniali swoje zobowiązania wobec dzieci. To, że żyli inaczej niż większość nie uprawnia mnie do oceniania ich związku negatywnie. Niejedno małżeństwo gdzie wierność i inne popularne wartości są na porządku dziennym to toksyczne środowisko zabijające nie tylko małżonków, ale także ich rodziny i dzieci.
              Odnoszę też wrażenie, że pod pojęciem "niemarnowania życia" przez kobietę kryje się kolejny związek. Tak jakby życie z wiernym marynarzem dalekomorskim było "lepsze" niż związek z mężczyzną, który nasz szanuje, dba o wspólne dzieci i bez dramatu z naszej strony bzyka coś na boku. Ten, którego notorycznie nie ma, ale jest wierny to kochający mąż. Ten, który dba na co dzień, ale uprawia seks z innymi ludźmi nie kocha. To jakby wyłączność seksualna była gwarancją miłości. A jest?
              • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 20:03
                Nie piszę o "poświęcaniu się" w pejoratywnym tego słowa znaczeniu.
                Poświęcić się to oddać komuś (czemuś) to co mamy najlepszego - siebie.
              • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 20:06
                braktalentu napisała:
                To jakby wyłączność seksualna była gwarancją miłości.
                > A jest?

                Nie jest gwarancją, ale niewierność na pewno jest zaprzeczeniem miłości. Dla mnie. A jak sobie inni układają życie to ich sprawa.
                Wierność jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów udanego związku. Zaraz po szacunku. Bez wierności i szacunku (oczywiście działających w dwie strony) nie ma wg mnie mowy o miłości.
              • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 20:22
                Wyłączność seksualna nie jest gwarancją miłości, ale dla większości ludzi miłość=wierność.
                Przekonanie bierze się stąd, że w takich, a nie innych kręgach kulturowych się wychowaliśmy.
                Tutaj wierność jest wartością.

                • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 20:43
                  Ale bardzo często wypaczoną do cna. Ktoryś wątek na forum choćiażby - jakoś tak brzmi "niechby mnie zdradził"... to by był powód do rozwodu bo to, że nie szanuje i "drze ryja" na żonę że ta czuje się przy nim zawsze jak głupia kretynka - to żaden powód do rozstania...

                  Stanowczo wierność seksualna jest zbyt demonizowana, jest jednym ze składników udanego życia małżenskiego ale na pewno nie najwazniejszym. Narzucona zresztą przez 1-sprawy majątkowe (dawniej dziecko spoza prawowitego łoża to bękart bez prawa do dziedziczenia), 2-normy kościelne-tu nie dziwota, księża mają celibat to nich reszta też nie ma dużo lepiej big_grinDD
                  • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 20:49
                    Mnie zdecydowanie bardziej obrzydza związany z ewentualną zdradą ciąg kłamst, oszustwa, nielojalności. Bo dopuszczam, że zdrada zdarzyć się w długim związku może i nie musi być koncem tego związku. W tym przykładzie autorki wątku, nie było kłamstw. I takie coś się zdarza rzadko.
                    • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 21:04
                      No cóż Garibaldia, bo nie było potrzeby kłamaćsmile
                      Kłamstwo to efekt strachu przed konsekwencjamismile
                      Tu konsekwencji nie było żadnychsmile
                      • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 21:22
                        No sorry, ale ja wolę gdy ktoś szczerze mówi że coś zawalił, że ma jakieś inne preferencje niż gdy mnie manipuluje i ściemnia bo się bał że nakrzyczę lub "ukarzę" lub mówi to co mu się wydaje że chcę usłyszeć, zamiast powiedzieć prawdy bym mogła określić się sama wobec niej. Nie cierpię tchórzostwa i manipulacji w takim wydaniu. Woleć okłamywać niż przyznać, niż powiedzieć że woli się inaczej żyć.
                        Faktem jest, że normy społeczne mamy właśnie takie zakłamanie kultywujące. Byle ładna fasada była a brudy pod dywan, może wszyscy będą również udawać że ich nie ma.
                        • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 21:32
                          Fantastyczna postawasmile
                          Szkoda tylko, że tak mało popularna pomimo wieków nawoływań do szlachetności i uczciwoścismile
                          Ale kto wie - może Garibaldia odmieni świat i ludzismile
                          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:01
                            Kurna, jestem z Garibaldią, a to znaczy, że jesteśmy już dwie smile
                        • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 21:34
                          Garibaldia, odnoszę wrażenie, że Ty nie rozumiesz, że podłość, nawet jeśli ktoś się do niej przyzna, nadal pozostaje podłością.
                          Zdrada jest zdradą. I nie ma znaczenia czy ktoś się do niej przyznał czy nie. No może tylko takie, że z prawdą można coś zrobić a kłamstwo można sobie w d... wsadzić.
                          Znajoma Kajdy dostała prawdę podaną na talerzu, zaakceptowała ją i to jest jej sprawa, jej życie. Ona z tym żyje. Co nie znaczy, że dla wszystkich takie życie jest dobre i pożądane. Dla mnie zdecydowanie nie jest.
                          • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 22:13
                            A czy ja komuś każę żyć wg cudzych norm?? Jak na razie to większość kobiet w tym wątku napada na bohaterkę opowieści za to, że żyje tak jak jej odpowiada i że, o zgrozo jest z tego zadowolona. Co poniektóre nawet wysnuwają tezy, że taka kobieta musi w ogóle nie mieć godności ani poczucia wartości. Tak, jakby penis męża decydował o wartości żony... Litości.
                            Jedna wyrzuci męża z domu bo raz pocałował koleżankę i będzie twierdzić, że go tak kocha iż nie może być już z takim draniem, druga uzna, że kładąc na szli 30 lat dobrego wspólnego życia jakaś przygoda męża to betka. Tak samo bywa w drugą stronę, bo kobiety też chodzą na boki aż furczy. Która z w/w na końcu będzie szczęśliwsza? To się okaże.

                            Na tym forum w większości są kobiety które miały kiepskich mężów, którzy dodatkowo je zdradzali i poniżali. Dlatego ta kwestia wyłączności seksualnej jest tak zafiksowana jako najważniejsza. Bo przysłania "kropką nad i" całą resztę o którą warto, lub nie warto, się starac.
                            • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 05:32
                              Dobry mąż?smile
                              W poście Kajdy opisany jest reproduktor, który bycie w związku małżeńskim ograniczył do finansowania żony i dzieci, składania im wizyt i zabierania dzieci na wakacje.
                              Powrót na łono rodziny nastąpił z tylko im znanych powodów - ale na pewno nie z powodu miłości do rodzinysmile
                              Oczywiście, że każdy może żyć jak chce i jeśli plan minimum na życie go zadowala to jego sprawa, ale dorabianie do tego historii o miłości jest po prostu śmieszne.

                              W opisywanej historii jest na dodatek odtrącenie kochającej żony jako kobiety (i to na lata) oraz jawne lekceważenie jej uczuć.
                              Trwanie w takim układzie to brak godności i poczucia własnej wartości - a jeśli Ty uważasz inaczej to już Twoja sprawasmile
                            • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:12
                              garibaldia napisała:

                              > jakby pen
                              > is męża decydował o wartości żony... Litości.
                              Znów muszę się z Tobą zgodzić. Piszesz o rzeczach dla mnie oczywistych.

                              > Na tym forum w większości są kobiety które miały kiepskich mężów, którzy dodatk
                              > owo je zdradzali i poniżali. Dlatego ta kwestia wyłączności seksualnej jest t
                              > ak zafiksowana jako najważniejsza. Bo przysłania "kropką nad i" całą resztę o
                              > którą warto, lub nie warto, się starac.
                              Znów nie sposób Ci zaprzeczyć. Jeśli ktoś przeżył x lat np. w cieniu przemocy, odbierze zdradę jako gwóźdź do trumny. Oprócz tego, jeszcze i to - to naprawdę zbyt wiele.
                          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:05
                            mola1971 napisała:

                            > Garibaldia, odnoszę wrażenie, że Ty nie rozumiesz, że podłość, nawet jeśli ktoś
                            > się do niej przyzna, nadal pozostaje podłością.
                            Wobec prawdy zawsze można się prawdziwie sytuować, zgodnie ze swoimi przekonaniami.

                            > Zdrada jest zdradą. I nie ma znaczenia czy ktoś się do niej przyznał czy nie.
                            Mylisz się nieco. Na prawdzie można budować prawdę, a to może być zaczątek nowego.
                        • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:00
                          garibaldia napisała:

                          > wolę gdy ktoś szczerze mówi że coś zawalił, że ma jakieś inne
                          > preferencje niż gdy mnie manipuluje i ściemnia bo się bał że nakrzyczę lub "uk
                          > arzę" lub mówi to co mu się wydaje że chcę usłyszeć, zamiast powiedzieć prawd
                          > y bym mogła określić się sama wobec niej. Nie cierpię tchórzostwa i manipulac
                          > ji w takim wydaniu. Woleć okłamywać niż przyznać, niż powiedzieć że woli się i
                          > naczej żyć.
                          Mogę Ci tylko przytaknąć.
                  • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 20:59
                    "Nie cudzołóż" jest tysiące lat starsze niż zasada celibatu.

                    Skąd wziął się obowiązek bezżenności w kościele katolickim - wiadomo.

                    Konia z rzędem temu kto wyjaśni jaka jest geneza "nie cudzołóż" - ale pewnie nie tylko o względy praktyczne tu chodziłosmile
                    • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 10:53
                      Poproszę konia z rzędem-smile.
                      Wyłączność seksualna pochodzi z czasów gdy ludzie nie znali antykoncepcji i każdy stosunek poza związkowy mógł się zakończyć nowym przychówkiem. Jedyną gwarancją dla samca, że nie marnotrawi swoich sił biologicznych na zapewnienie przetrwania nie własnym genom była wyłączność seksualna na daną samicę. Jedyną gwarancją dla samicy, że jej geny i ona sama (jako mniej wydajna z powodu obciążenia biologicznego w postaci ciąży i karmienia) nie zostaną na lodzie była wyłączność seksualna na danego samca. Sprawa była faktycznie kwestią życia i śmierci, więc przetrwała w postaci obsesji wierności seksualnej i dramatu zdrady fizycznej.
                      I tak dziś, w dobie środków antykoncepcyjnych nadal najzwyklejsze bzykanie na boku, czyli wymianę płynów ustrojowych i wykonanie kilku śmiesznych ruchów większość traktuje jako ZDRADĘ. I idąc dalej tym (fałszywym) tropem ośmielamy się twierdzić, że bzykający na boku to zdrajca, a skoro zdradza to znaczy, że nie kocha. Tu włącza się guziczek matki- właścicielki i urocze rozciągnięcie braku miłości spowodowanej zdradą również na dzieci (tak jakby można było zdradzić dziecko bzykając coś na boku).
                      Zdrada polegająca na kontakcie seksualnym poza rodziną miała niegdyś na celu chronić zasoby biologiczne konkretnych osobników. Dziś traktowanie seksu pozamałżeńskiego jako zdrady ma taki sam wymiar jak traktowanie jako zdrady zdjęcia obrączki - symboliczne.
                      • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 11:06
                        braktalentu napisała:

                        > I tak dziś, w dobie środków antykoncepcyjnych nadal najzwyklejsze bzykanie na b
                        > oku, czyli wymianę płynów ustrojowych i wykonanie kilku śmiesznych ruchów więks
                        > zość traktuje jako ZDRADĘ. I idąc dalej tym (fałszywym) tropem ośmielamy się t
                        > wierdzić, że bzykający na boku to zdrajca, a skoro zdradza to znaczy, że nie ko
                        > cha. Tu włącza się guziczek matki- właścicielki i urocze rozciągnięcie braku mi
                        > łości spowodowanej zdradą również na dzieci (tak jakby można było zdradzić dzie
                        > cko bzykając coś na boku).
                        Włącza się całkiem inny guziczek - totalny brak zaufania do partnera, i dużo gorszy - stan zdradzanej kobiety z całą głębią psychicznych faktów. Piszę oczywiście o "kobiecie", "samice" pozostawiam do omawianiach na odpowiedniejszych forach. Jestem po 50tce. Trudno byłoby mnie zaliczyć do grupy samic, czy czuję się kobietą to już inna broszka, ale człowiekiem po stokroć tak.

                        > Zdrada polegająca na kontakcie seksualnym poza rodziną miała niegdyś na celu ch
                        > ronić zasoby biologiczne konkretnych osobników. Dziś traktowanie seksu pozamałż
                        > eńskiego jako zdrady ma taki sam wymiar jak traktowanie jako zdrady zdjęcia obr
                        > ączki - symboliczne.
                        Dla jednych ma, a dla innych nie. Nie będę tu drążyć tematu, co zyskuje się, wchodząc w płytkie związki. Za te ostatnie poczytuję mechaniczne pocieranie ciała o ciało. Wspomnę tylko, że dalej rozciąga się pustka i bezkresna samotność. Człowiek to trochę więcej niż prosta fizyczność.
                        • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 12:10
                          A jednak się zgadzamy.
                          Napisałaś, że człowiek to coś więcej niż zwykła fizyczność. I jak tak uważam. Dlatego, jeżeli dwoje ludzi uznaje, że ich bliskość opiera się na innych niż wyłączność seksualna zasadach, to ocenianie ich związku jako płytkiego jest nie w porządku (w ogóle ocenianie cudzych związków jest nie w porządku-smile).
                          Właśnie dlatego, że jesteś kobietą, a nie samicą nie wystarczy Ci "pocieranie o samca". Chcesz partnera. Chcesz, żeby ta zwykła fizyczność zwana seksem była niezwykła o magię, o bliskość dostępną tylko dwojgu kochających się ludzi. Ale tę bliskość można stworzyć między sobą bez względu na owo "pocieranie". Wystarczy związek, w którym będzie się miało pewność. Pewność, że ktoś nas kocha. Że tylko dla nas dwojga zarezerwowany jest TEN SZCZEGÓLNY i właściwy tylko dla nas dwojga rodzaj bliskości duchowej (DUCHOWEJ!!!). Wtedy to "pocieranie" innych babeczek naprawdę przestaje być tak istotne i płytkie wydają się związki gdzie uczucie musi być ciągle potwierdzane wyrzeczeniami jednej, lub drugiej strony.
                          Seks bez miłości jest bez znaczenia. Jest właśnie takim "pocieraniem się". Jeżeli wymagam od męża wierności to znaczy, że moja miłość nie jest magią, a traktatem handlowym. Dla mnie traktatem handlowym jest małżeństwo i w imię tego traktatu mogę się domagać wierności, powołując się na tradycje handlowe. Ale miłość nie ma z tym nic wspólnego. Bo miłość z zasady nie ma nic wspólnego z "wiązaniem" drugiej osoby.
                          • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 12:53
                            A czy Ty to co piszesz sprawdziłaś w praktyce czy tak tylko sobie teoretyzujesz?
                            Czy byłaś w związku z facetem, który sypiała z innymi kobietami i Ty o tym wiedziałaś i Ci to nie przeszkadzało?
                            • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 13:50
                              Nie mam pojęcia czy mój mąż uprawia seks z innymi ludźmi. To zupełnie tak jak Ty. Różnica jest taka, że Ty zakładasz, że Twój nie, a ja nic nie zakładam, bo jest mi to doskonale obojętne tak długo jak między nami wszystko gra.
                              Pytałam Go kiedyś nawet czy miewa stosunki pozamałżeńskie, ale poinformował mnie, że z racji wieku i trybu życia nie bardzo byłby zainteresowany wydatkowaniem energii na ewentualne polowanie. Zwróć proszę uwagę, że nie ma tu słowa o miłości. Nie powiedział "tak bardzo Cię kocham, że nie staje mi na widok innych lal", ani "tak bardzo Cię kocham, że nie mógłbym uprawiać seksu z nikim innym". Powiedział "nie chce mi się".
                              A to oznacza, że w przeciwieństwie do Ciebie - żyjącej z pewnością co do wierności męża, ja żyję ze świadomością, że może Mu się zachcieć. Ty w chwili gromu z nieba, będziesz na szali kładła wszystkie przeżyte lata i szczęście dzieci, a ja nawet nie podejdę do wagi, bo na szali "niech to szlag" prędzej położyłabym te skarpetki co je zostawia wieczorem pod kanapą niż seks pozamałżeński (chyba, że bez gumki - to już ryzykowanie zdrowiem rodziny).
                              Z mojej strony wygląda to podobnie. Nie uprawiam seksu z nikim poza mężem nie dlatego, że "tak bardzo go kocham", ale dlatego, że bez tej bliskości duchowej, która jest między nami byłoby to zwykłe "pocieranie się". I mnie się "pocierać" z jakimiś obcymi zupełnie nie chce. Bo to się ubrać - rozebrać, umalować -rozmazać trzeba i jeszcze ze trzy zdania o pogodzie powiedzieć. Leniwa jestem.
                              Za to z całą pewnością zabolałby każde z nas romans tego drugiego. Nawet gdyby nie doszło w nim do seksu.
                              • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 14:16
                                Tak myślałam, teoretyzujesz.
                                Jak już się dowiesz o tym, że Twój mąż sypia z innymi paniami i nadal taka wyluzowana w tym temacie będziesz, to wtedy pogadamy.
                                Nie zapomnij wtedy tu przyjść i się pochwalić.

                                P.S.
                                Ja niczego nie zakładam. Ja wiem, że mój mąż nie sypia z innymi. Bo obecnie męża nie mam a z tym, którego miałam się rozstałam. M.in. z tego powodu, że nie podobało mi się to, że bzyka inne kobity.
                            • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 13:51
                              Trafne pytanie. Mnie kiedyś też się wydawało, że zdrada nie stanowi czegoś szczególnego. Kiedy jednak zatopiłam się w morzu ciepłych słów kierowanych do kochanki, gdy na moje próby podjęcia rozmowy padało krótkie: Spierdalaj, bo drzwi tobą wybiję, poczułam się tak bardzo odepchnięta i upokorzona, że nie nie miałam już żadnego wyboru. Może gdyby ex przepraszał, dołożył starań, żeby odbudować (co?), pomógł mi przejść traumę, nie byłabym dzisiaj rozwódką. Ale... To on był/jest ofiarą, bo przecież nic się nie stało. Wymagał wsparcia i opieki, a ja zawiodłam. Poszłam swoją drogą.
                              • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 14:32
                                Jeśli zatopiłaś się w morzu ciepłych słów kierowanych do kochanki, to znaczy, że Twój były mąż nie bzykał na boku, tylko miał regularny romans, a dodatkowo poniżał Cię słownie.
                                Gdyby mój mąż miał romans to nie tylko podeszłabym do wagi, ale i bardzo starannie obejrzała każdy odważnik. A gdyby mnie nie szanował to nawet romansu nie musiałby mieć, bo też dałoby mi to sporo do myślenia.
                                Nie dziwię się, że się rozwiodłaś. Trudno żyć z kimś kto daje tak jawne dowody na brak miłości. Związek bez miłości byłby dla mnie bardzo trudnym doświadczeniem i nie wiem czy zdobyłabym się na takie poświęcenie nawet dla dzieci.
                                Bardzo mi przykro, że musiałaś przez to przejść i mam nadzieję, że poza ostatnimi chwilami masz też jakieś miłe wspomnienia z okresu małżeństwa.
                                • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 14:54
                                  A tam srutu tutu... Małżonek nawrzeszczał na mnie z powodu karygodnego włamania się do jego skrzynki, choć mężatka/panienka przeprosiła mnie " o ile sprawiła mi przykrość". Miłe dziewczę, nie powiemsmile
                                  Druga panienka nie była już tak dystyngowana. Z wielgachną walizą zameldowała się w moim mieszkaniu, gdy do pozwu rozwodowego było jeszcze jak stąd do cholery. Porządnicka taka, rozlokowała się w szafach i łaziencesmile W domyśle - kto mnie znał - wiedział, że nie wrócę do tak zasiedlonej sadyby.
                                  Jeśli chcesz mi czegoś współczuć, to tylko niewiedzy, powodującej, że 27 lat przeżyłam w pospolitej przemocy. Sama sobie z trudem, bo z trudem, ale odpuściłam tę porażającą głupotę.
                                  • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 15:32
                                    Czy to znaczy, że nie rozwiodłaś się z mężem z powodu zdrady / romansu, tylko z powodu Jego chamstwa i buractwa? A owe zdrady były tylko kroplą przelewającą czarę goryczy? Czy to czasem nie tak, że ostentacyjna zdrada / romans pozwała nam wyzwolić się z kręgu piekła (przemocy, braku szacunku, czegokolwiek), bo wreszcie mamy wystarczająco widoczne usprawiedliwienie, bo wreszcie jest coś tak oczywistego, że już nie ma obawy "co ludzie powiedzą"?
                                    To co piszesz o swoim rozwodzie brzmi jakbyś bez względu na ewidentny brak miłości ze strony męża była gotowa tkwić w układzie z przemocowcem, bo ... był wierny i dopiero upadek tej ostatniej nadziei otworzył Ci oczy na pokłady Jego draństwa?
                                    Jeśli tak było w istocie, to nie powinno Cię dziwić, że przy niewiarygodnych pokładach miłości mojego męża ewentualna zdrada (NIE ROMANS!) nie byłaby dla mnie powodem do rozstania. Ja mam to całe zaplecze, które Tobie zostało odebrane.
                                    Myślę też o znajomych nexiach, które wielokrotnie lądowały w sytuacji bycia tą trzecią, również w kwestiach seksualnych. Część panów początkowo nie opuszczała małżeńskiej alkowy. W tych wypadkach, w których zdrada żony skończyła się długoletnim, szczęśliwym i udanym związkiem często słyszę, że gdyby w domu wszystko było ok skończyłoby się na jednym bzykaniu. Myślę, że ten nasz lęk przed zdradą nie jest w istocie lękiem przed "pocieraniem się", ale lękiem przed tym jakie braki emocjonalne partner może odkryć i chcieć zaspokoić poza domem, bo od tego miejsca do rozstania jest już naprawdę blisko.
                                    • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 15:48
                                      braktalentu napisała:

                                      >nie powinno Cię dziwić, że przy niewiarygodnych po
                                      > kładach miłości mojego męża ewentualna zdrada (NIE ROMANS!) nie byłaby dla mnie
                                      > powodem do rozstania. Ja mam to całe zaplecze, które Tobie zostało odebrane.
                                      Mnie niewiele już dziwi. I miej Cię, Panie Boże, w swojej opiece.

                                      > Myślę, że ten nasz lęk przed zdrad
                                      > ą nie jest w istocie lękiem przed "pocieraniem się", ale lękiem przed tym jakie
                                      > braki emocjonalne partner może odkryć i chcieć zaspokoić poza domem, bo od teg
                                      > o miejsca do rozstania jest już naprawdę blisko.
                                      Mówisz o "naszym" lęku przed zdradą. Nigdy go nie doświadczyłam, a więc nie mogę go z Tobą dzielić. Nie byłam i nie jestem z tropiących i podglądających. Jest coś takiego, co zwie się zaufaniem.
                                      • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 17:51
                                        Pisząc "nasz" miałam na myśli społeczny. A Ty pisząc o zaufaniu miałaś chyba na myśli to trzepanie mężowego kompa na którym Cię przyłapał.
                                        Za powierzenie mnie opiece boskiej serdecznie dziękuję.

                                        Kiedy spodziewałam się pierwszego dziecka i robiłam jakieś tam założenia dotyczące jego wychowania słyszałam w kółko, że jak się urodzi to pogadamy, udekorowane politowaniem w spojrzeniu. Nadal je czuję (to nie mania prześladowcza-smile). Teraz to spojrzenia czekające aż się potknę. Aż moja teoria okaże się w praktyce gówno warta (a dzieci mam już dwoje i wszystko gra). To samo czytam w postach, o ludziach, którym udaje się szczęśliwe żyć, choć niezgodnie z ogólnie przyjętymi normami. Jedna z Was była uprzejma napisać, że jak już mąż mnie zdradzi, to mam przyjść się pochwalić. Po co? Czy naprawdę moje szczęście lub nieszczęście to powód do satysfakcji.
                                        Myślę, że koleżanka Kajdy ma opinię forum na temat swojego życia w nosie.
                                        Wiele można by wynieść rozpatrując jej przypadek jako alternatywę, inny wybór, który się sprawdził; niekoniecznie wartościując, niekoniecznie pragnąć uczynić swoje życie lepszym poprzez deprecjonowanie cudzego szczęścia.
                                        Tymczasem większość uczestników wątku zrezygnowała z tej możliwości, zamknęła się przed nowym na cztery spusty, zasłoniła okna i siedzi sobie po ciemku delektując się swoją "lepszością".
                                        Ależ proszę bardzo, jeżeli tylko to kogoś uszczęśliwia, to już dziś jestem gotowa przyznać, że całe moje życie to pasmo udręki i rozpaczy, a wszystko to dlatego, że mąż mi się puszcza. Wszystko co do tej pory napisałam to zwykła racjonalizacja, jakże usprawiedliwiona w mojej fatalnej sytuacji.
                                        I oczywiście trzymają mnie przy nim pieniądze. Dlatego godzę się na to bzykanie sąsiadek, a nawet na czworokąty z udziałem dominy z klubu S/M. I oczywiście jestem sfrustrowana. Bardzo, bardzo.
                                        • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 19:40
                                          Wybacz, ale porównanie narodzin dziecka do zdrady ma się nijak.
                                          Jeśli już chcesz ją do czegoś porównać to raczej do śmierci. Ze zdradą jest jak ze śmiercią - niby wiemy, że powszechna, naturalna, ale dopiero gdy dotyka nas bezpośrednio, gdy umiera ktoś bliski, wiemy jak bardzo boli.
                                          Tak samo jest ze zdradą - tylko ten, kto został zdradzony wie jak bardzo to boli i jak człowieka wbija w ziemię.
                                          Zatem daruj sobie swoje teoretyczne dywagacje bo rozmowa z Tobą na ten temat to jak rozmowa ze ślepym o kolorach.

                                          A Twoja frustracja, tudzież jej brak, interesuje mnie (i mniemam, że nie tylko mnie) tyle co zeszłoroczny śnieg. Ani mi humoru nie poprawia, ani mi go nie psuje.
                                        • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 21.12.11, 08:03
                                          braktalentu napisała:

                                          > A Ty pisząc o zaufaniu miałaś chyba n
                                          > a myśli to trzepanie mężowego kompa na którym Cię przyłapał.
                                          Niech i tak będzie... Systematycznie i wieloletnio oddawałam się procederowi trzepaniasmile))
                          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 13:41
                            Jarkoni we wstępniaku napisał, że trzeba chronić związek, dopóki nie padł ostatni powód, żeby go utrzymywać. Czasami tym ostatnim powodem jest wierność. Jeśli i tego braknie, bywa, że nie pozostaje już nic. Nie wdaję się w różnicowanie zdrady na fizyczną i psychiczną, bo - wybacz - zwyczajnie mi się nie chce. Jestem 5 lat po rozwodzie.
                            • braktalentu Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 14:09
                              I ja się z Jarkonim absolutnie zgadzam. Jeżeli dla kogoś wierność jest powodem walki o związek, to niech walczy, choćby bój to był nasz ostatni. Ale jeżeli ktokolwiek ośmiela się oceniać cudzy związek przez pryzmat własnych przekonań, to sporo traci.
                              Ty napisałaś "dla mnie to ważne", ale chwilę potem rozciągnęłaś to co dla Ciebie ważne na wszystkie kobiety tworząc złudzenie, że jeśli ktoś czuje inaczej niż Ty to nie jest kobietą. A ja jestem kobietą i czuję zupełnie inaczej i mam wrażenie, że jakoś te moje uczucia i mój związek wartościujesz. Tak jakby Twój związek (kiedy jeszcze było ok) był lepszy niż mój, bo działał zgodnie z przyjętym schematem.
                              I to samo dotyczy koleżanki Kajdy. Dziewczyny piszą, że głupiutka gęś, straciła najlepsze lata i dostała za to sponsora i reproduktora. Czują się upoważnione do takiej oceny opisanego związku ze względu na obowiązujący model społeczny. Tak jak nasi przodkowie czuli się upoważnieni do palenia na stosach kobiet samodzielnych, żyjących niezgodnie z ówczesnym modelem społecznym. Pomyśl Puzzle, jeszcze kilkadziesiąt lat temu Twój rozwód oznaczałby dla Ciebie hańbę i byłabyś skazana na dyskryminację. Bo skoro rozwódka to znaczy, że nieszczęśliwa. A czujesz się nieszczęśliwa?
                              • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 14:38
                                Wybacz, ale albo jestem tępota, albo Twoja wypowiedź jest mętna.
                                Pytasz, czy czuję się nieszczęśliwa. Nie, jestem dojrzałą, pewną swej wartości kobietą. Okres nieszczęśliwości zamknęłam na parę lat po rozwodzie. Już nawet odżałowałam, że prawo do bycia człowiekiem dałam sobie tak bardzo późnosmile
    • bea-34 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:17
      Że niby czekać aż współmałżonek się zmieni lub nie i znosić wszystko w imię ślepej miłości? A jeśli się nie zmieni? Tylko na ile można być tolerancyjnym?
      • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:54
        A jeśli dla danej kobiety przelotne zdrady męża ( na zasadzie seksu i filtru, nic więcej) to nie koniec świata?
        Jestem osobom bardzo doświadczoną przez los i tak sobie nieraz myślę, że kobiety które za "koniec świata" uważają jednorazowe lub przelotne ruchnięcie męża miały chyba dotąd raczej lajtowe życie i nigdy naprawdę poważnych i tragicznych wydarzeń w życiu.
        • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 09:24
          gazeta_mi_placi napisała:


          > Jestem osobom bardzo doświadczoną przez los i tak sobie nieraz myślę,
          chyba osobą...

          > które za "koniec świata" uważają jednorazowe lub przelotne ruchnięcie męża mi
          > ały chyba dotąd raczej lajtowe życie i nigdy naprawdę poważnych i tragicznych w
          > ydarzeń w życiu.
          co innego jednorazowe pukanko na boku, co innego wielokrotne zdrady, w tym dłuższe romanse
      • mausi12 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:55
        Posluchaj,ja Ci cos opowiem,ale na temat twojej kolezanki nie bede komentowala.
        Znam kobiete,ktora byla pod jednym dachem z egoista przez 10 lat.Przestal ja szanowac,potrafil pobic,dziecko przestalo sie uczyc w szkole-chociaz bylo b.dobrym uczniem.
        Wybudowali dom,a ona nie musiala pracowac.Jak pojawilo sie nastepne dziecko.......bylo jeszcze gorzej.Na szczescie dziewczyna byla jeszcze mloda i atrakcyjna na tyle,ze wiedziala iz przed nia cale zycie.Zaryzykowala.........i przez 2 lata planowala ucieczke od niego.
        Jak sie dowiedzial,to byly szantaze,krzyki,ale ona.........dalej swoje robila.
        Kosztowalo ja to sporo nerwow,bo problemy nie skonczyly sie w ciagu 6 miesiecy,ale wyniosla sie z dziecmi(malymi).Zmienila otoczenie,miasto.To trwalo jakies 2 lata do momentu jak wszysto sie skonczylo,caly ten stres,nerwy.Byla separacja 1 rok,pozniej oficjalny rozwod na papierku.
        Jak pytam te osobe czy po mimo tych nerwow i stresu zaluje czegokolwiek........to zawsze odpowiada,ze NIE.Mowi,ze to byla najlepsza decyzja jaka podjela w zyciu.Ona zaryzykowala i teraz mowi,ze jest z dziecmi szczesliwa.Ona nie chciala czekac,ze "moze"facet sie zmieni,ona wie,ze sa inni mezczyzni,ktorzy szanuja kobiete PRZEZ CALE ZYCIE.Sa inni mezczyzni,ktorzy potrafia byc wierni i kochani.
        Dokladnie miesiac po otrzymaniu papierka z oficjalnym rozwodem.........spotkala wielka milosc,ale jeszcze nie wiedziala o tym jak bardzo duze szczescie miala.Facet nie tylko zaakceptowal jej dzieci,ale wszystko to co bylo zwiazane z jej zyciem.To facet na wyzszym stanowisku,z duzym autorytetem,spokojny i taki ktory potrafi kochac.
        Gdyby nie odeszla od meza,to dalej siedzialaby w bagnie i czekala na cuda.
    • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:37
      To ja opowiem inną historię - tym razem prawdziwąsmile
      Ojciec mojej koleżanki całymi latami znęcał się nad swoją żoną - pił, bił ją, upokarzał na różne wymyślne sposoby. Po pobiciu na przykład zamykał kobietę na parę godzin w szafie.
      Małe miasteczko i żona z tych pobożnych, zahukanych kobiet - co po pierwsze ślubowały do śmierci, a po drugie boją się panicznie żyć tylko na własny rachunek.
      Sytuacja zmieniła się diametralnie po dwudziestu paru latach takiego "udanego" małżeństwa kiedy to u pana zdiagnozowano chorobę, która powoli acz nieuchronnie skazuje go na całkowitą pomoc i opiekę rodziny.
      I co się okazało? Że jest szczęściarzemsmile że ma najlepszą i najpiękniejszą żonę na świeciesmile i stara się, zabiega, dba o domsmile
      Nie pytałam czy poczuła się wreszcie "szczęśliwą mężatką".
      Ale chyba raczej niesmile

      Kajda jeśli Twoja historia jest prawdziwa, to opisałaś po prostu dwoje wyrachowanych ludzi, którzy nie rozwiedli się, bo im się to po prostu z jakichś względów nie opłacało.
      Szczęścia i miłości w tym nie ma.
      • kajda28 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 16:24
        > Kajda jeśli Twoja historia jest prawdziwa, to opisałaś po prostu dwoje wyrachow
        > anych ludzi, którzy nie rozwiedli się, bo im się to po prostu z jakichś względó
        > w nie opłacało.
        > Szczęścia i miłości w tym nie ma.


        Jest prawdziwa. A po drugie kim jesteś że wydajesz osąd że tam nie ma miłości? - nie znasz tych ludzi , nigdy ich nie widziałeś i jesteś pewny że nie łączy ich miłość!

        Gdyby nie to że opowiadała mi to osobiście, też pewnie nigdy bym nie uwierzyła że tak może być. Nie czekała 25 lat, a ok 8 - 10. Ja bym chyba nie dała rady, próbowałam aby pomyślała czy nie byłoby lepiej jakby wtedy odeszła - ona na tamtą chwilę nie brała takiej możliwości pod uwagę. Ona go kochała i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Sama też nie siedziała zabiedzona w domu, wychodziła się bawić. Tylko że tak jak pisałam, oni pomimo wszystko mogli na siebie liczyć, obydwoje wychowywali dzieci - on jako dochodzący tata, nie darli ze sobą kotów, nie wojowali.
        Wiecie co ja wyniosłam z tej opowieści że nie ważne co mówią inni, ważne co my czujemy.

        • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 18:19
          Kajda, a byłaś Ty kiedyś w życiu zakochana? Kochałaś kogoś? Chyba nie - skoro wierzysz w takie historie.
          Od kiedy to w miłość, w kochanie jest wpisana chęć dzielenia się z innymi tym ukochanym czlowiekiem?
          To co opisujesz zatruwa życie, a nie uskrzydla.
          Facet miał przez 10 lat tę chętną kobietę na wyciągnięcie ręki - i nie korzystałsmile
          Opłacał sobie jedynie kobietę, która urodziła i wychowywała mu dzieci.
          Dla człowieka mającego odrobinę poczucia własnej wartości taki układ jest nieakceptowalny.
          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:17
            wendd napisała:

            > Opłacał sobie jedynie kobietę, która urodziła i wychowywała mu dzieci.
            > Dla człowieka mającego odrobinę poczucia własnej wartości taki układ jest nieak
            > ceptowalny.
            Ludzie są różni i różnych dokonują wyborów. Co dla jednych cacy, to dla drugich be smile
    • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:51
      Znam taką kobietę i takiego mężczyznę (mężczyznę bardziej big_grin ), z tym że w grę wchodziły tylko kochanki bez całonocnych imprez czy hulanek.
      Z tym, że zawsze mieszkali ze sobą i tworzyli normalne małżeństwo z dziećmi (też dwójką).
      Żona wie o kochankach i wie że mąż ma taki a nie inny charakter, ale dostrzega widać inne lepsze cechy, takie jak dbanie o rodzinę i dzieci oraz traktowanie jej na pierwszym miejscu.
      A faceci i tak zdradzali, zdradzają i będą zdradzać jak świat światem, chyba każdy z nas zna osobiście chociaż jedną dziewczynę (kobietę) zaplątaną w romans z żonatym ( lub romansującego żonatego), ja mimo że jestem mało towarzyska i mam stosunkowo mało znajomych znam osobiście jedną dziewczynę, która kiedyś miała romans z pracodawcą (obecnie mężatka, ale z kimś innym), kogoś z rodziny kto raz zaplątał się w romans z żonatym, dobrą znajomą która miała dwa razy romans z żonatymi, w tym jeden długotrwały, siebie oraz dwie 40-latki również w związku z żonatym ( z tym jedna regularnie z nim mieszkała).
      Zdrady występują o wiele częściej niż się niektórym wydaje.
      • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 15:56
        Gazetka, to pozory najwyraźnej mylą - bo nie sprawiasz wrażenia mało towarzyskiej osobysmile
        • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 16:25
          Gdybym była bardzo towarzyska nie spędzałabym tyle czasu w necie.
      • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 09:35
        gazeta_mi_placi napisała:

        >
        > Żona wie o kochankach i wie że mąż ma taki a nie inny charakter, ale dostrzega
        > widać inne lepsze cechy, takie jak dbanie o rodzinę i dzieci oraz traktowanie j
        > ej na pierwszym miejscu.
        i jak podejrzewam- zarobki pana mężawink a w 2 stronę jest taka sama toleracncja? ona tez może bzykac na boku?
        > A faceci i tak zdradzali, zdradzają i będą zdradzać jak świat światem,
        tak jak i kobiety
        • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:00
          >i jak podejrzewam- zarobki pana męża.

          Wątpię. To nie ten typ kobiety, zresztą Pan mąż to nie Pan prezes z czterema samochodami i pięcioma nieruchomościami, w branży w której pracuje nie zarabia się więcej niż kilka tysięcy złotych, ona zresztą sama też pracuje. Poza tym to człowiek bardzo rodzinny, często się opiekuje młodszym dzieckiem za którym przepada.
          Manie kochanki nie oznacza, że jest się złym ojcem i złym mężem.

          >a w 2 stronę jest taka sama toleracncja?
          > ona tez może bzykac na boku

          Też może, nie jest psem ogrodnika smile
          • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:21
            gazeta_mi_placi napisała:

            > >i jak podejrzewam- zarobki pana męża.
            >
            > Poza tym to c
            > złowiek bardzo rodzinny, często się opiekuje młodszym dzieckiem za którym przep
            > ada.
            po rozowdzie tez mógłby sie opiekować
            > Manie kochanki nie oznacza, że jest się złym ojcem i złym mężem.
            o posiadanie kochanki, jak rozumiem, chodzi?smile ojcem to można byc dobrym, mężem nie
            > >a w 2 stronę jest taka sama toleracncja?
            > > ona tez może bzykac na boku
            >
            > Też może, nie jest psem ogrodnika smile
            no to, mają taki obustronny związek otwarty, jak im to pasuje ro ich sprawa
      • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:20
        gazeta_mi_placi napisała:

        > A faceci i tak zdradzali, zdradzają i będą zdradzać jak świat światem, chyba ka
        > żdy z nas zna osobiście chociaż jedną dziewczynę (kobietę) zaplątaną w romans z
        > żonatym ( lub romansującego żonatego), ja mimo że jestem mało towarzyska i mam
        > stosunkowo mało znajomych znam osobiście jedną dziewczynę, która kiedyś miała
        > romans z pracodawcą (obecnie mężatka, ale z kimś innym), kogoś z rodziny kto ra
        > z zaplątał się w romans z żonatym, dobrą znajomą która miała dwa razy romans z
        > żonatymi, w tym jeden długotrwały, siebie oraz dwie 40-latki również w związku
        > z żonatym ( z tym jedna regularnie z nim mieszkała).
        > Zdrady występują o wiele częściej niż się niektórym wydaje.
        Znam takich i takie, którzy nie zdradzają. Stanowią dla mnie normę. W szpitalu dla gruźlików nienormalny jest tylko lekarz smile
        • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 16:04
          A skąd wiesz czy nie zdradzają? Mieszkasz na czubku ich ... hmmm....
          Jeden jest mało ostrożny lub np. wie, że jego żona i tak akceptuje zdrady więc będzie rozpowiadał bez większych oporów np. bliższym znajomym czy kolegom.
          Dla innego ważniejsza jest dyskrecja i nikomu nie powie, że ma romans na boku, najwyżej najlepszemu przyjacielowi na przykład, ale i to nie zawsze.
          Skąd możesz wiedzieć co ukrywają przed Tobą Twoi znajomi? Chyba, że wszyscy Twoi znajomi to zarazem Twoi zaufani najlepsi przyjaciele i zwierzają Ci się jak księdzu na spowiedzi ze wszystkiego.
          Moja przyjaciółka poszła raz do klubu (takiego typu dyskoteka) zobaczyła tam swojego sąsiada, dobrego małżonka i czułego ojca smile Do tej pory myślała, że to taka fajna z nich młoda para z dzieckiem, gość bardzo fajny.
          Nie muszę dodawać, że owemu Panu nie towarzyszyła żona? Potem mijał ją na klatce dość szerokim łukiem big_grin
          • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 18:33
            gazeta_mi_placi napisała:

            .> Skąd możesz wiedzieć co ukrywają przed Tobą Twoi znajomi? Chyba, że wszyscy Two
            > i znajomi to zarazem Twoi zaufani najlepsi przyjaciele i zwierzają Ci się jak k
            > siędzu na spowiedzi ze wszystkiego.
            > Moja przyjaciółka poszła raz do klubu (takiego typu dyskoteka) zobaczyła tam sw
            > ojego sąsiada, dobrego małżonka i czułego ojca smile Do tej pory myślała, że to t
            > aka fajna z nich młoda para z dzieckiem, gość bardzo fajny.
            > Nie muszę dodawać, że owemu Panu nie towarzyszyła żona? Potem mijał ją na klatc
            > e dość szerokim łukiem big_grin
            ale co, kopulował tam z kimś na parkiecie czy samo wyjście do klubu bez mężaa/żony to przestępstwo?
            • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 19:23
              Przytulańce, pocałunki, ale to pewnie kuzynka była smile
          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 18:44
            Boże, sprowadzasz rozmowę do takiego poziomu, że mnie się nawet jąknąć nie chcesmile
    • garibaldia Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 17:41
      taki właśnie układ.
      Kobieta spełniła się macierzyńsko, dobrze jej było z dziećmi, albo nie miała wysokiego libido i nie potrzebowała seksu kilka razy w tygodniu, albo dostawała go od męża gdy u niej i dzieci bywał i tyle jej wystarczało. Swoje jazdy, imprezy, nieświeży oddech na kacu, kolejne panienki, bieliznę w spermie i brudne skarpetki - facet miał na swoje konto, starała się koło niego jak nie jedna to druga kochanka a nie zwalał tego syfu żonie do domu. Żona dostawała co najlepsze.
      Sedno "sukcesu" tego układu, to to, że facet jak napisałaś nie ściemniał a przede wszystkim dbał by ona i dzieci mieli zapewniony byt i pomagał jej w normalnych codziennych sprawach.
      Pokaż mi ilu jest facetów, którzy po wyprowadzce od żony i dzieci na co dzień o nie dbają? Na ogół albo nagle stają się biedakami by grosza starej rodzinie nie dać, żona dzieci cząsto stają się niepotrzebnym cięzarem, albo kłamią i nie przyznają się do kochanek bo im wygodnie siedzieć w domu u żony,albo kochanka ich naciska na ograniczenie kontaktów z żoną bo chce się sama stać ślubną.
      Która nie chciałaby mieć męża dbającego, finansującegi i zainteresowanego? A, że często poza domem? Co za problem, przynajmniej nie trzeba myć po nim toalety..
      • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 17:45
        I znam właściwie podobny układ. Też jego kochanki całe małżeństwo, praca poza domem, kilka lat mieszkania osobno. Skonczyło się po ... 29 latach małżenstwa. Bo facet się zakochał w 25 lat młodszej kobiecie i zwariował na jej punkcie a ona chciała mieć rodzinę. Pan poprosił żonę o rozwód i..... tego mu już żona nie wybaczyłasmile Wióry leciały przy rozwodzie...
      • mola1971 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 17:50
        garibaldia napisała:
        > Która nie chciałaby mieć męża dbającego, finansującegi i zainteresowanego? A, ż
        > e często poza domem? Co za problem, przynajmniej nie trzeba myć po nim toalety.

        Przyznam, że ja bym nie chciała. Może dlatego, że nie oczekuję finansowania mnie (bo sama umiem o siebie pod tym względem zadbać), za to oczekuję wierności. I miłości a dla mnie zdrada jest jej zaprzeczeniem.
        Choć przyjmuję do wiadomości, że innym kobietom taki układ może odpowiadać.
        • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:03
          Mola, tak funkcjonuje bardzo wiele małżenstw. Mam co najmniej kilku takich znajomych- on w jednym kraju prestiżowa praca,stanowisko, oraz kochanki, burdele,imprezy - ona z dziecmi w innym kraju/mieście. Mają siebie od czasu do czasu, ona dba o dom i spełnia się rodzinnie, on sobie używa życia. Jak on się zestarzeje to grzecznie zakotwiczy znowu u małżonki. Chyba, że się po drodze zakocha i poleci jak ćma do ognia smile Albo coś się wydarzy i facet przestanie zarabiać, to żona cugli przykróci bo po co jej zdrajca zawalający sprawy również na pozostałych odcinkach?
          A właśnie sobie przypomniałam o kolejnym przypadku, gdzie 20 lat żyli zgodnie razem i oboje nie wtrącali się sobie do przygód. Ale pan mając 45 lat "się zakochał".
          • mola1971 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:10
            Ja wiem, że tak funkcjonuje wiele małżeństw i znam takie, ale sama dla siebie czegoś takiego nie chcę. Nie po to uwolniłam się z jednej toksycznej relacji rozwodząc się, by znów się wpakować w jakiś chory układ, w którym bym się źle czuła. A wiem, że w takim "związku" bym powoli umierała. Jeśli już mam z kimś być to na jasnych, uczciwych zasadach.
            • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:14
              Z tego co napisała autorka- tu były jasne zasady między nimi, on nie kłamał że nie zdradza, ona nie potrzebowała nowego faceta więc układ ją zadawalał. Jak dwojgu odpowiada to nie ma problemu.
              • mola1971 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:17
                Jeśli im to odpowiada to ich sprawa, ich życie.
                Ja odniosłam się do tego co napisałaś. Że taki układ to marzenie wielu kobiet. Otóż moim marzeniem to nie jest.
                • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 19:02
                  Popytaj wielu męzatek które nie mają odwagi się rozwieść, czy by nie wolały takiego układu.
                  • puzzle33 Re: Marzenie wielu kobiet 19.12.11, 12:35
                    Ha, nie podzielę się źródłem wiedzy, ale wzmiankowanych pań jest znaczna liczba. Trzyma je przy panach mężach głównie strach przed samotnością i utratą dostępnych finansów.
                    Coś za cośsmile
                • puzzle33 Re: Marzenie wielu kobiet 19.12.11, 12:31
                  Też nie marzę o czymś anormalnym, choć byłabym skłonna wypracować kompromis.
            • puzzle33 Re: Marzenie wielu kobiet 19.12.11, 12:27
              Nooo...
          • malwi-na356 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:12
            dodam kropkę nad i , facet po 40tce trójka dzieci ,żona z dziećmi w domu nie pracująca na wschodzie polski a on w pewnym kraju zaprasza kobiety z internetu do siebie ,kobiety po rozwodach,wdowy i udaje że jest po rozwodzie ,koledzy mu przetrzymują dokumenty aby owe panie nie dowiedziały sie o jego statusie ....nic dodać nic ując altz....
            • altz Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:23
              > dodać nic ując altz....

              Ale się uśmiałem... big_grin
              Jak się strzela na oślep, to najlepiej strzelać z karabinu maszynowego, może z czasem coś trafisz. big_grin Pomysły już masz, popracuj teraz nad interpunkcją. wink
              • malwi-na356 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:25
                nie czepiaj sie altz,i nie zmieniaj tematu ...smile)))
          • puzzle33 Re: Marzenie wielu kobiet 19.12.11, 12:26
            Daj im, Panie Bożesmile
        • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:11
          Aha, oczekujesz też, np że ojciec będzie dbal o swoje dzieci, interesował się i je współfinansował. A nie był takim gnidą, że ukrywa dochody i olewa dzieci po rozstaniu. Sama wierność nie wystarczy. Bo czy nie lepszy zdradzacz ktory po rozstaniu zachowuje się przyzwoicie względem dzieci i ciebie niż taki który zapomina o starej rodzinie?
          • mola1971 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:21
            Garibaldia, ja jestem na takim etapie w życiu, że nie godzę się na mniejsze zło. Chcę by mi w życiu było dużo lepiej a nie trochę mniej źle niż było z exem.
            Współfinansowania dzieci oczekuję od exa a nie od mojego przyszłego partnera.
            • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:54
              Nie chodzi mi o zgodę na mniejsze zło.
              Ale o to, że z dwóch zdradzaczy lepszy jest ten, który dba o swoje dziec i stosunki z byłą żoną niż ten który po pojawienu się kochanki starą rodzinę traktuje jak wrogów.
              • mola1971 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 19:05
                Ale to jest właśnie wybieranie mniejszego zła. Wg mnie i jedno i drugie to patologia.
                Chodzą po tym świecie mężczyźni, którzy są wierni, dobrzy, dbają o dzieci i o kobietę. Tylko wtedy bywa, że babie się od dobrobytu w dupie przewraca i się rozwodzi. Znam takich przypadków sporo. Z jednej strony to przykre a z drugiej daje nadzieję bo tacy mężczyźni gdzieś też sobie luzem chodzą wink
                • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 19:17
                  Sobie luzem chodzą, ale ich wybory pokazują , że oni albo wolą "złe" kobiety
                  albo mają niskie libido-seks raz na rok też nie każdej odpowiada ;P
                  • mola1971 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 19:25
                    Niekoniecznie. Wybierali, gdy młodzi, zakochani i głupi byli. Teraz dorośli, dojrzeli i nauczeni na własnych błędach wiedzą czego chcą a czego nie.
                    Libido nie ma tu nic do rzeczy. To nie jest tak, że zdradzacz ma większe libido od wiernego mężczyzny. Jedno z drugim niewiele ma wspólnego. Zdradzacz najczęściej zdradza bo mu adrenaliny brakuje a nie dlatego, że ma tak wysokie libido, że żona za nim nie nadąża. Z kolei bywa, że wierny mężczyzna ma wysokie libido, ale miast zdradzać znajduje inne ujście energii i zajmuje się np. sportem.
                    • garibaldia Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 19:33
                      Oj, w te "nauki na błędach" aż tak bym nie wierzyła. Zbyt często te same błędy powiela się cały czas tylko w innej konfiguracji :p
                      A na marginesie- tak rozglądam się wokoło i jakoś nie widzę żadnego wolnego, zadbanego, niezblazowanego, wysportowanego, wiernego i chętnego do związku pana w średenim wieku. Gdzieś przeoczyłam te tłumy świetnych facetów porzuconych przez niedobre żony? wink
                      • mola1971 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 19:41
                        Ależ ja nie pisałam, że to są tłumy. Wręcz przeciwnie, bardzo mało takich perełek jest i jak tylko znajdą się na wolności to mądre kobity szybko takie skarby anektują tongue_out
                        Sama poznałam kilku takich mężczyzn (w tym jednego na tym forum), ale musi też być chemia a tej chemii między nami nie było. Widać to na razie nie było TO smile
          • malgolkab Re: Marzenie wielu kobiet 19.12.11, 09:37
            garibaldia napisała:

            > Bo czy nie lepszy zdradzacz ktory p
            > o rozstaniu zachowuje się przyzwoicie względem dzieci i ciebie niż taki który z
            > apomina o starej rodzinie?
            jako były mąż i ojciec taki zdradzacz może być ok, ale to nie powód, ale jako obecny - odpada
      • altz Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 17:51
        Garibaldia, obrzydliwe jest to, co piszesz. Jakiś dziwny ciąg do turpizmu.
        • malwi-na356 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:07
          altz napisał:

          > Garibaldia, obrzydliwe jest to, co piszesz. Jakiś dziwny ciąg do turpizmu.



          dlaczego ,bo prawde pisze>?????o tym sie nie mówi to pozostaje w świecie mężczyzn i żadna kobieta o tym nie powinna sie dowiedzieć to męska solidarnność tak???
          • altz Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:17
            malwi-na356 napisała:

            > dlaczego ,bo prawde pisze>?????o tym sie nie mówi to pozostaje w świecie mę
            > żczyzn i żadna kobieta o tym nie powinna sie dowiedzieć to męska solidarnność t
            > ak???

            Dlatego, że kojarzy mężczyznę tylko z obrzydlistwami. Wypada jej współczuć, jeśli tylko tak się facet kojarzy.
            Panowie też potrafią znaleźć obrzydliwości w zachowaniach kobiet, a jakoś do tej pory nie zauważyłem, żeby któryś zaczynał ten temat, widocznie dla panów co innego się liczy bardziej? Ja też nie będę, chociaż mógłbym wiele napisać, ale nie staję w tym konkursie.
            • malwi-na356 Re: Marzenie wielu kobiet 18.12.11, 18:19
              bo zbyt chwytliwy temat i wiele tajemnic męskiego świata można by sie przypadkiem dowiedzieć ....smile)
      • malgolkab Re: Marzenie wielu kobiet 19.12.11, 09:32
        garibaldia napisała:

        > taki właśnie układ.
        > Kobieta spełniła się macierzyńsko, dobrze jej było z dziećmi, albo nie miała wy
        > sokiego libido i nie potrzebowała seksu kilka razy w tygodniu, albo dostawała g
        > o od męża gdy u niej i dzieci bywał i tyle jej wystarczało.
        ciężko mi uwierzyc, że są tacy ludzie, ale wierzę na słowosmile


        > Pokaż mi ilu jest facetów, którzy po wyprowadzce od żony i dzieci na co dzień o
        > nie dbają?
        to rozumiem, że nalezy być zadowoloną jesli pan TYLKO bzyka na boku?
        > Która nie chciałaby mieć męża dbającego, finansującegi i zainteresowanego? A, ż
        > e często poza domem? Co za problem, przynajmniej nie trzeba myć po nim toalety.
        ja bym nie chciała. po pierwsze - finansować potrafię się sama, po drugie - jestem przeciwniczką związków na odległość. I nie rób z facetów jakichś bezmózgów co to kibla nie umieją po sobie umyć czy majtek wyprać - większośc, których znam robi to z takim samym powodzeniem i częstotliwością jak ich kobiety.
        Prawda taka, że większość kobiet tkwi w takich układach ze względów finansowych - takie jest moje zdanie.
      • puzzle33 Re: Marzenie wielu kobiet 19.12.11, 12:24
        garibaldia napisała:

        > Która nie chciałaby mieć męża dbającego, finansującegi i zainteresowanego? A, ż
        > e często poza domem? Co za problem, przynajmniej nie trzeba myć po nim toalety.
        Ja bym nie chciała i zechciałam.
    • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 18:32
      Wypowiedzi niektórych Pań mocno dają do myślenia.
      Wynika z tego, że o ile tylko ten pan mąż będzie finansował życie rodziny na odpwiednim poziomie, to może sobie robić i żyć jak chce.

      Masakra.
      • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 18:59
        przecież i tak pan sobie będzie żył jak chce smile)))) myślisz, że z kochliwego imprezowicza żona zrobi wiernego misia domowego bo ona tak chce? a jakim cudem miałaby to zrobić?
        • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 19:11
          Problem widzę w Waszym podejściu do tematu - czyli dopóki mąż zaspokaja oczekiwania finansowe swojej żony to wszystkie jego zachowania i działania są akceptowalne.

          Gdzie Wasza godność dziewczyny?
          Pojawia się tylko w pozwach rozwodowych, gdy mąż zapragnie swoje zasoby finansowe inwestować gdzie indziej?
          • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 19:20
            wendd napisała:

            > Problem widzę w Waszym podejściu do tematu - czyli dopóki mąż zaspokaja oczekiw
            > ania finansowe swojej żony to wszystkie jego zachowania i działania są akceptow
            > alne.

            To już twoja nadinterpretacja smile


            > Gdzie Wasza godność dziewczyny?
            > Pojawia się tylko w pozwach rozwodowych, gdy mąż zapragnie swoje zasoby finanso
            > we inwestować gdzie indziej?

            To znaczy gdzie? Byle nie w stare dzieci bo to żony waciki? :p
            • wendd Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 19:30
              Nadinterpretacja? Piszesz przecież jasno.

              Jak za przeproszeniem samice.
              Zaciążyć, urodzić, mieć samca, który te instynkty sfinansuje.
              To wersja standard.
              Wersja komfort - zaciążyć, urodzić i mieć samca, który tak finansuje, że wszystkie psiapsiółki żółć zalewa z zazdrości.
              • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 19:35
                No sama widzisz że ten świat jest ci wyraźnie bliski, bo nawet o różnych wersjach wiesz tongue_outPP
              • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:59
                Jest jeszcze inny wariant: samiec i samice spłodzili młode, po czym jest im tak dobrze ze sobą, że są po prostu szczęśliwi. Nie chce ze względu na moją dinozouratość rozwijać, na czym ta szczęśliwość polega.
                Jeśli ktoś myśli, że spokojny umysł - dla mnie ekwiwalent szczęścia - jest walorem do nabycia, popełnia poważny błąd. Są rzeczy nie do kupienia, choć często wystawia się je na sprzedaż, i one w ostatecznym rozrachunku decydują o jakości przemijającego życia.
                • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 20:47
                  Właśnie właśnie smile
          • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 19:27
            wendd napisała:

            > Problem widzę w Waszym podejściu do tematu


            I jeszcze jedno. Nie napisałam o "moim podejściu do tematu" ale o obserwacji zastanej rzeczywistości i relacji z tejże. Moja zgoda czy niezgoda na życie ze zdradzaczem ma się nijak do tego, że gro kobiet ze zdradzaczami żyje i ma się dobrze, bo wolą to, niż samotność i szukanie powtórki z rozrywki z następnym.
            • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 13:01
              Zapytałabym jeszcze nieśmiało o samotność we dwoje. Wiele osób na forum zna ją doskonale.
          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:51
            wendd napisała:

            > Problem widzę w Waszym podejściu do tematu - czyli dopóki mąż zaspokaja oczekiw
            > ania finansowe swojej żony to wszystkie jego zachowania i działania są akceptow
            > alne.
            >A gdzie to wyczytałaś? Chyba pominęłaś wypoweidzi Moli.

            > Gdzie Wasza godność dziewczyny?
            > Pojawia się tylko w pozwach rozwodowych, gdy mąż zapragnie swoje zasoby finanso
            > we inwestować gdzie indziej?
            Moja godność jest głęboko ukryta, nie używam jej na co dzień. Niemniej sprawiła, że po 27 latach złożyłam pozew rozwodowy. Mąż na pewno w swoje związki nie inwestował gotówki. Tę zresztą ciągle mam w nie największym poważaniu, choć gdybym nadal dzieliła los z byłym współmałżonkiem powodziłoby mi się lepiej. Moja godność przerasta wielkość forumowych postów, dlatego przemilczę szczegóły. Jestem człowiekiem.
      • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 09:38
        wendd napisała:

        > Wypowiedzi niektórych Pań mocno dają do myślenia.
        > Wynika z tego, że o ile tylko ten pan mąż będzie finansował życie rodziny na od
        > pwiednim poziomie, to może sobie robić i żyć jak chce.
        też to zauważyłamuncertain
        • argentusa Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:12
          A są takie, co to po pierwszej historii na boku z ulgą składają papierki do sądu.
          I takie, które nie widzą co się dzieje. I takie, które widzą, ale udaja, że nie widzą. Takie, które widzą i nie udają, ze nie widzą - podejmują decyzją by TRWAĆ w takim ukłądzie.
          Różni ludziska są i mają różne motywy bycia w związku.
          I każdy ma prawo wybrać jak chce.
          Bo niektórym bezpieczeństwo finansowe zaspokaja wszelkie potrzeby. Są takie panie, które same o finanse potrafią zadbać i prezenty w postaci finansowania życia nie robią na nich wrażenia. A i panowie też tacy bywają.
          Ar.
          • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:17
            argentusa napisała:


            > Bo niektórym bezpieczeństwo finansowe zaspokaja wszelkie potrzeby. Są takie pan
            > ie, które same o finanse potrafią zadbać i prezenty w postaci finansowania życi
            > a nie robią na nich wrażenia. A i panowie też tacy bywają.
            to powinny wprost zaznaczyć, że sponsora szukająsmile
            • argentusa Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:54
              Ale dalczego powinny? Kto określa to, co się powinno a co nie zaznaczać i kiedy to zaznaczać?
              Nie wiem czy powinny
        • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 13:02
          Facet - bankomat?smile
          • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 16:24
            Jasne, zwłaszcza cała masa pijaczków, z rentami 500zł, których żony tyrają czasem na dwa etaty aby utrzymać siebie i dzieci.
            Zejdź na ziemię, w Polsce statystycznie więcej jest owych pijaczków niż Panów kierowników z 10000zł pensji.
            Zastanawiam się na jakim świecie Wy ludzie żyjecie, że dostrzegacie wyłącznie osoby (małżeństwa) na poziomie średniej i wyższej klasy, a przecież w Polsce więcej jest osób i rodzin biedniejszych, często żona pracuje na kasie, mąż pijak ma rentę i czasem dorywczo dorobi na budowie (albo i nie), zejdźcie na ziemię.
            Musieliście się wychowywać oraz obecnie żyjecie w mocno cieplarnianych warunkach klasy co najmniej średniej-średniej lub średniej-wyższej.
            • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 18:47
              gazeta_mi_placi napisała:

              > Zejdź na ziemię, w Polsce statystycznie więcej jest owych pijaczków niż Panów k
              > ierowników z 10000zł pensji.
              Jako że chodzę po tej ziemi, w pięć lat po rozwodzie jestem sama.
            • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 20:44
              No chyba żartujesz! Oczywiście że wszystkie jesteśmy piękne/ mądre/ bogate*, w związku z tym mamy/miałyśmy/będziemy miały* piekielnie przystojnych świetnie zarabiających i rozchwytywanych przez inne kobiety kierowników międzynarodowych korporacji/dyrektorów banków/prezydentów miast/prezesów firm notowanych na giełdzie/ * jako mężów .
              A to, że po rozwodzie dostajemy na dziecko 300zł alimentów i okaże się, że dziwnym trafem stać nas na więcej niż za czasu bytności męża w domu? To tam...taki....wypadek przy pracy :p

              *niepotrzebne skreślić
            • argentusa Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 09:52
              > Musieliście się wychowywać oraz obecnie żyjecie w mocno cieplarnianych warunkac
              > h klasy co najmniej średniej-średniej lub średniej-wyższej.
              Nigdy nie twierdziłam, że tak nie jest. I prawdę powiedziawszy, usłszałam parę razy, ze w du..e mi się poprzewracało, żeby takiego faceta puszczać, bo drobiazg mu się przydarzył.
              Hihihi, tylko niewiele z tych komentujacych to kobiety samodzielnie myślące i zarabiajace na siebie. Mnie do tego facet nie jest potrzebny. On mi potrzebny, żeby go kochać. (no i inna sprawa, że ja wymagajaca jestem, a niekoniecznie musząca zyć w związku)
              Ar.
            • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 14:00
              gazeta_mi_placi napisała:


              > Musieliście się wychowywać oraz obecnie żyjecie w mocno cieplarnianych warunkac
              > h klasy co najmniej średniej-średniej lub średniej-wyższej.
              i właśnie w tych cieplarnianych warunkach nauczono mnie, żeby zarabiac na tyle, by móc się utrzymać bez pomocy męża/partnera/sponsora i starać się mieć odłożoną przynajmniej 5-6 krotnośc swojej przeciętnej pensji, by w razie utraty pracy np. nie wbijac zębów w ścianę.
              wiedziałam, że muszę zdać na dzienne, bezpłatne studia i skończyć je w terminie. Mogłam oczywiście się nie dostać, iść na zaoczne i pracować na opłacenie ich. Mogłam również być wieczna studentką, ale na to wieczne studiowanie musiałabym zarobić, a nie pasożytować na rodzicach czy facecie. Mimo tego, ze moich rodziców stać by było utrzymywać mnie do 40 stki - tylko ani mi ani im do głowy by to nie przyszłosmile od szkoły średniej w wakacje pracowałam w typowo sezonowych pracach dla uczniów/studentów, nie dlatego, ze ktoś mi kazał, po prostu uważałam, że to normalne. Po prostu bycie pasożytem nie jest w moim stylusmile
    • zmeczona100 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 18.12.11, 21:29
      "Czy można być szczęśliwym człowiekiem, żyjąc z kimś, kogo się nie kocha, nie lubi, nie szanuje, nie akceptuje? Raczej nie. A tak wygląda często nasze życie ze sobą samym… Książka „Pozytywny egoista” jest punktorem oświetlającym to, co znane, ale pomijane na scenie naszego życia. Pomaga odkryć to, co jest w każdym z nas. Przypomina, że nasze życie może być pięknym, niesamowitym ogrodem. Bywa jednak, że ogrodnik, który miał o niego dbać, wciąż troszczy się o ogrody innych ludzi, pozwalając, by jego własny, zarastał chwastami i bezowocnymi drzewami, które nie pozwalają dotrzeć tu promieniom słońca. To dlatego inni omijają go szerokim łukiem. Każda chwila jest dobra, by wejść do swojego ogrodu, obejrzeć, zastanowić się, co można zrobić, aby był tym jedynym, w którym chce się przebywać, z którego nie chce się wychodzić i do którego zawsze chce się wracać. Ogrodem, w którym jest się naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Magicznym miejscem, w którym każdy chce się znaleźć. Ewelina Golba podaje każdemu z nas pomocną dłoń, dzieląc się doświadczeniem drogi, którą sama przebyła: od bycia nieszczęśliwym altruistą, do kształtowania w sobie każdego dnia coraz piękniejszego obrazu pozytywnego egoisty – człowieka, który czując się szczęśliwym sam ze sobą, dzieli się tym szczęściem z innymi. Bo teraz już ma coś, co może im dać. I ma tego pod dostatkiem. Cieszę się, że mogłem przeczytać tę książkę i utwierdzić się w przekonaniu, że idę dobrą drogą. Dopiero będąc szczęśliwymi sami ze sobą, jesteśmy w stanie naprawdę myśleć o dobru innych i bezinteresownie dawać im to, co w nas najlepsze."


      pozytywny-egoista.zlotemysli.pl/?utm_source=AKTYWNI+Czytelnicy+ZM&utm_medium=email&utm_campaign=13.10.2011+-+Pozytywny+Egoista+-+Dariusz+Puzyrkiewicz&utm_content=halina.miga%40interia.pl
    • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 09:16
      taaaaaa, jasne, teraz się nią zajmuje, bo zbliża się do 50 - potencja już nie ta i panie też mniej chętne; zdrowie też szwankuje i fajnie mieć kogoś kto w razie co pomoże... nie umiem zrozumieć takich ludzi, ja bym po prostu czuła obrzydzenie (nie mówiąc o strachu przed chorobami, z których większa część może nie dawać objawów przez kilkanaście lat)
      • kasper254 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 10:44
        1. Niketóre wypowiedzi i zawarte w nich słownictwo, ale także składnia i stylistyka, sa żywcem ze słownictwa nowo-mowy konsumerycznej. Wyprano z niego coś znaczące słowa, takie m.in. jak: "miłość", "oddanie", "współczucie", wprowadzono takie ujęcia, jak traktowanie kogoś przedmiotowo i utylitarnie itd. W świecie, w którym królują takie pojęcia i takie ich realne desygnaty, żadnych uczuc nie powinno być, nawet uczucia obrzydzenia. to świat sterylny, świat marketu.
        2.Znałem dobrze kobietę, której mężem był kryminalista, pierwszej wody łachudra, pijak itd. Odszedł od niej, a po latach wrócil, gdy po odjazdach alkoholowych stracil wzrok. Opiekowała się nim aż do swojej śmierci. Wspominam ją najpiekniej, jak mogę, a ten jej prosty gest służenia, pomocy, ma dla mnie większy wymiar niż wszystkie akcje humanitarne "Caritasu" razem wzięte i wszystkie na tym forum "ahy" nad dumą, "miłością" itp. niektórych niewiast.
        • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 10:50
          Kasper, Ty wiele razy przytaczałeś przykłady na to jak pięknie kobiety poświęcały się w imię miłości do popapranych mężczyzn. Może podaj choć jeden przykład na to jak to mężczyzna poświęcił się w imię miłości do złej kobiety? Jak trwał do śmierci przy niej, mimo że go krzywdziła.
          • kasper254 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:36
            1.Znałem i znam takich mężczyzn, Mola i więcej dla mnie znaczyli i znaczą, niż wszyscy, którzy tak pięknie prawią o "miłości".
            2. Z tego, co piszesz i w jaki sposób, wynika, że jesteś świetną, mądra i dobra dziewczyną. Musisz więc widzieć ten pojawiający się na form obrzydliwy ton destatuowania, deprecjacji tych, którzy piszą o uczuciu, o poświęceniu, o trudnym wyborze "my" nad "ja". Jest to - jak myslę -wymiar i bezmiar celuloidowej kultury, wypranej z emocji, w ramach której człowiek i rodzina są potrzebni do tego momentu, gdy mogą byc potrzebni, gdy są silni.
            • noname2002 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:07
              "ten pojawiający się na form obrzydliwy ton des
              > tatuowania, deprecjacji tych, którzy piszą o uczuciu, o poświęceniu, o trudnym
              > wyborze "my" nad "ja". Jest to - jak myslę -wymiar i bezmiar celuloidowej kult
              > ury, wypranej z emocji, w ramach której człowiek i rodzina są potrzebni do tego
              > momentu, gdy mogą byc potrzebni, gdy są silni"
              Pozostawanie ze zdradzającym, pijącym czy bijącym mężem, bo dobrze zarabia, to faktyczni jest wielkie poświęcenie w imię miłości.
              • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 16:14
                Niewiele wiecie o kobietach, traktujecie je jak prostytutki które ze "złymi" mężami są tylko dla kasy. Otóż nie.
                W mojej osobistej rodzinie był przypadek gdzie kobieta nie odeszła od bijącego i pijącego męża mimo, że to ona zarabiała (on miał tylko niską rentę, którą w części przepijał) i miała wsparcie (także finansowe) w swojej matce.
                Jest coś takiego jak osobowość ofiary i kobiet zostają z bijącymi/pijącymi mężami bynajmniej nie dlatego, że przynoszą 7000zł miesięcznie do domu.
                Na innym forum kobieta pisze o ojcu (też z niską rentą i to czasową), patologia na całego ,picie, czasem wynoszenie sprzętu, żona tego mężczyzny (pracująca) i jej matka nie mają zamiaru odchodzić od pijaka.
                I co? Są z nimi dla kasy? Błagam nie traktujcie kobiet nie odchodzących od toksycznych mężów jak prostytutek, szmat dla których ważna jest tylko kasa.
                • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 18:49
                  Masz absolutną rację wskazując na osobowość zależną, często współuzależnioną od alko bądź przemocy.
                • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 20:19
                  Oooo..właśnie właśnie. Miałam to pisać rano ale czasu nie miałam smile))

                  Niektóre kobiety chcą mieć przy sobie pijaka/bezrobotnego/chorego/przemocowca/itd
                  bo tego ich osobowość potrzebuje. Spełniają się i karmią tym, zaspakajają swoje potrzeby i osobowość ofiary, tym że on jest gorszy/zły/patologiczny. I chętnie przeczekają picie i bicie, by kiedyś go pielęgnować gdy mu organizm wysiądzie.
                  Ktoś nazwie to "miłością" , a fakty są na ogół takie że z dobrym facetem ta kobieta by być nie umiała bo patologiczny facet zaspakaja jej całkiem mało zdrowe potrzeby. Co na temat takiej "miłości" sądzą ich dzieci?.... to dopiero dramat.

                • noname2002 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 21:09
                  Gazeta ale ja nie piszę o współuzależnionych tylko o tych wyrachowanych, co udają ślepe i głuche na zdrady na przykład, bo im się rozwód nie opłaca.
          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 13:13
            Że też mój ex się nie odezwie, który zdradzał mnie z młódkami, gdy ja radziłam sobie z nawracającą depresją, jak tylko potrafiłam najlepiej. Miał dla mnie jedną niezawodną pociechę: Płaczesz, będziesz mniej siusiać. I drugą mądrość: W obozach koncentracyjnych nikt nie chorował na depresję.
            Zatem zrezygnowałam z surviwalusmile
            • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 16:08
              Myślisz, że jakby Cię nie zdradzał to byłby lepszym człowiekiem i się Tobą lepiej opiekował w chorobie? Wątpię.

              ----
              https://www.suwaczek.pl/cache/3941bda2bf.png
              • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 18:52
                Ale... Zdradzał czy nie, był takim samym czułym, wrażliwym i opiekuńczym mężem. Nie wiem, dlaczego postawiłaś takie pytanie.
                • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 19:26
                  Olewanie żony w chorobie i głupie dowcipkowanie nie świadczy ani o czułości ani o wrażliwości.
                  • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 20:24
                    I co gdy "test chorobowy" zdaje taki co lubi kobiety, a nie zdaje ten wierny i "porządny"?
                    Którego wybrac? bo trzecia opcja to zakon smile)


                    • noname2002 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 21:13
                      Serio znasz tylko dobrych seksoholików i złych, wiernych jednej partnerce mężczyzn?
                      • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 21:16
                        A gdzież znowu jest to "tylko" w mojej wypowiedzi? To akurat jest o konkretnie ich dwóch i ona jednatongue_out
    • kajda28 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 10:43
      Znaczy że wg Was (a przynajmniej większości), powinna się rozwieść, a teraz kłamie że jest szczęśliwa, poza tym ma nierówno pod sufitem - bo postąpiła i kierowała się swoim życiu innymi normami jak Wy. Jakby się rozwiodła byłaby szczęśliwa, spełniona i wszyscy byliby zadowoleni. A tak to leciała tylko na pieniądze, swoją wygodę co znaczy że jest strasznie wyrachowaną osobą. Na szczęście ona o tym nie wie, co pozwala jej się cieszyć życiem i w spokoju przeżywać każdy dzień razem z mężem i z dziećmi.

      Tylko jak się ma to (to o czym większość pisała) do ostatnich słów opisu tego forum?
      • mola1971 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 10:47
        Kajda, jeśli już chcesz zrobić jakieś podsumowanie to nie wrzucaj wszystkich do jednego wora, proszę.
        Mnie kompletnie nie interesuje co Twoja znajoma powinna, to jej życie i jej sprawa. Jeśli jest szczęśliwa w takim układzie to niech sobie żyje długo i szczęśliwie.
        Ja bym tak żyć nie chciała, ale mam prawo nie chcieć tak samo jak ona ma prawo chcieć.
        • argentusa Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:15
          j.w.

      • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:18
        wg mnie to niech każdy zyje jak chce, jak tej pani tak dobrze, to mi nic do tegosmile choć dla mnie osobiście to nie wyobrażalne.
        radziłabym jednal się przebadać na kilka rzeczy, obowiązkowo na WZW B i C (czasem daje objawy dopiero po 20 latach:/)
        • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:21
          Są prezerwatywy, poza ty wbrew pozorom nie tak znowu łatwo coś złapać.
          • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:25
            gazeta_mi_placi napisała:

            > Są prezerwatywy, poza ty wbrew pozorom nie tak znowu łatwo coś złapać.
            o ile ktoś ich faktycznie zawsze używa. poza tym taki małżonek robił minetę npsmile
            • gazeta_mi_placi Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 15:54
              Większość kobiet mimo wszystko jest zdrowa (pod względem chorób przenoszonych drogą płciową), zatem jest większa szansa na to, że (nawet bez prezerwatywy) nie złapie nic niż że złapie.
              Oczywiście zawsze może się zdarzyć, że akurat trafi na tę Panią która jest w mniejszości (czyli chora) i w dodatku przy tej Pani nie będzie stosował prezerwatywy.
              Jednakże jest to mniejsze niż większe prawdopodobieństwo.
              • zmeczona100 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 21:49
                > Większość kobiet mimo wszystko jest zdrowa (pod względem chorób przenoszonych d
                > rogą płciową), zatem jest większa szansa na to, że (nawet bez prezerwatywy) nie
                > złapie nic niż że złapie.

                Przynajmniej część chorób wenerycznych mozna wyleczyć; problem lezy w czym innym- czy mozna tak łatwo zaakceptować fakt, że w łóżku jest wtedy troje, a nie dwoje- łącznie z wymieszaniem tych trzech wydzielin.


                > Jednakże jest to mniejsze niż większe prawdopodobieństwo.

                W życiu liczy się 100%- nie można być trochę zarażonym, a statystycznie tak wychodzi właśnie. Albo ktoś jest zabezpieczony w 100%, albo w ogóle.
          • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:27
            gazeta_mi_placi napisała:

            > Są prezerwatywy, poza ty wbrew pozorom nie tak znowu łatwo coś złapać.
            poza tym zauważ, że to było ponad 20 lat temu, gdzie o WZW praktycznie się właściwie nie mówiło, a prezerwatyw nie używało tak często jak teraz
            • ewela1_1 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:49

              WZW zaraża się najczesciej w szpitalach, placowkach medycznych, przy zastrzykach, przy robieniu tatuażu, u stomatologa, nawet fryzjera, gdy zostają uzyte niesterylne narzędzia itp. Zakażona krew chorego musi się dostać do krwiobiegu "biorcy". Szczegolnie przy jakis wypadkach, ranach jest to najbardziej prawdopodobne. Przez ślinę(ta mineta, ktora wspomniałaś) nawet HIV się nie zarazisz. Powtarzam NAJCZĘSCIEJ.
              -------------
              "Żaden człowiek siły swojej nie zna, dopóki jej w potrzebie z siebie nie dobędzie" E. Orzeszkowa
              • ewela1_1 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:54
                Tzn. przy tym HIV , miałam na myśli to przysłowiową szklankę, gdy ktos chory wczesniej pił. Przez ślinę trudno sie zarazić, chciaz wszystko jest mozliwe, szczegolnie przy jakis ranach otwartych w ustach, chodziło mi o to by nie popadać w paranoję.
                -------------
                "Żaden człowiek siły swojej nie zna, dopóki jej w potrzebie z siebie nie dobędzie" E. Orzeszkowa
                • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:56
                  wg mnie zrobienie badań, gdy miało się partnera, który prowadził bogate życie seksualne, popadaniem w paranoję nie jest, ale co kto wolismile
                  • ewela1_1 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:05

                    Nie miałam na myśli, ze robienie badań jest paranoją, pisałam tylko, ze przez samą ślinę WZW się nie zarazimy. Oprócz WZW są jeszcze inne choróbska np. weneryczne.

                    -------------
                    "Żaden człowiek siły swojej nie zna, dopóki jej w potrzebie z siebie nie dobędzie" E. Orzeszkowa
                    • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:14
                      ewela1_1 napisała:

                      >
                      > Nie miałam na myśli, ze robienie badań jest paranoją, pisałam tylko, ze przez s
                      > amą ślinę WZW się nie zarazimy. Oprócz WZW są jeszcze inne choróbska np. wenery
                      > czne.
                      przez ślinę może nie, ale przez kontakt z wydzielinami płciowymi już tak. poza tym czy taka żona ma pewność, że mąż zawsze używał prezerwatyw? oczywiście, że są różne inne choróbska...
                      > -------------
                      > "Żaden człowiek siły swojej nie zna, dopóki jej w potrzebie z siebie nie dobędz
                      > ie" E. Orzeszkowa
                      • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 13:34
                        Kuźwa, odważna ze mnie kobita! Nie ma co; tak od niej, do mnie.. chyba mam coś z frontowca smile))
                  • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 13:21
                    Mnie ex przekonał, że nie jestem zarażona żadnym paskudztwem, wskazując, że ma zdrowe nowe dzieci. Faktycznie, córeczkę ma całkiem normalną. Synka też, mam przynajmniej taką nadzieję.
              • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 11:57
                ewela1_1 napisała:

                >
                > . Przez ślinę(ta mineta, ktora wspomniałaś) nawet HIV się nie zarazisz.
                nie chodzi o ślinę tylko wydzieliny płciowe... a w buzi czy na dziąśle tez mozna mieć rankę
                > -------------
                > "Żaden człowiek siły swojej nie zna, dopóki jej w potrzebie z siebie nie dobędz
                > ie" E. Orzeszkowa
                • ewela1_1 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:19
                  Wtedy jest ryzyko zakażenia, ale przy np. WZW, partnerka tez musiałaby mieć rany otwarte. Oboje musieliby krwawić. Mam znajomych, gdzie mąż był zarażony HCV, nie wiedzieli o tym, ona czasami używała jego maszynek do golenia, uprawiali seks bez zapezpieczenia , w okres itp. Jest zdrowa. Pisałam tylko jak najczęściej jest sie zarazić tym wirusem, ale ryzyko zawsze jest.
                  -------------
                  "Żaden człowiek siły swojej nie zna, dopóki jej w potrzebie z siebie nie dobędzie" E. Orzeszkowa
                  • malgolkab Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:24
                    pewnie, że nie trzeba się zarazić, ja mam w rodzinie przypadek WZW B i C, obie osoby żyły kilkanaście lat nie wiedząc o chorobie, bo przeszła od razu w formę przewlekłą. Nikt z rodziny się przez te kilkanaście lat nie zaraził.
                    moim zdaniem ostrożności jednak nie za wiele.
                    Z tego co się orientuje można się zarazić drogą płciową, nie musi być kontakt z krwią, więc sex oralny chyba tez niesie ryzyko.
                  • ewela1_1 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 12:26

                    Kiedyś pisałam prace na temat HCV, wiec się trochę wymądrzamwink, ale badać się należy regularnie i to każdy, bo tym wirusem akurat najprędzej się możną zarazić u stomatologa lub przy zabiegach, operacjach, nawet u kosmetyczki. Jeszcze szczepionki nie ma, jak to jest w przypadku HBV.
                    -------------
                    "Żaden człowiek siły swojej nie zna, dopóki jej w potrzebie z siebie nie dobędzie" E. Orzeszkowa
    • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 14:05
      Moje koleżanki też się nie rozwiodły. Dzieci wyfrunęły z gniazd, a one same żyją teraz w piekle złośliwości, niechęci i nienawiści.
      • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 14:15
        puzzle33 napisała:

        > Moje koleżanki też się nie rozwiodły.
        Przepraszam: pomimo się nie rozwiodły.
      • garibaldia Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 19.12.11, 20:31
        Małżeństwo widziane przez pryzmat przymusu tak się zazwyczaj kończy. Megafrustracją.
    • heksa_2 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 09:21
      To się nigdy nie kończy, od czasu, kiedy wynaleziono viagrę.
    • ada828 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 20.12.11, 21:34
      U moich rodziców tak było. Są teraz ok. siedemdziesiątki jak dwa gołąbeczki. Tylko że mężczyzna musi znaleźć też czas i miłość dla małżonki. Rodzaj "otwartego związku": zawsze Ciebie kocham, to na boku (kumple, kochanka), to takie moje życie odrębne. Ja zawsze będę Ciebie będę uwielbiał i będę z Tobą, a gdy zaniemorzesz, w tedy porzucę kumpli i kochanki.
      • to.ja.kas Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 21.12.11, 13:10
        A ja zgadzam sie z Bez.talentu (jak ja uwielbiam jej pisanie) i z gazetą (serio tongue_out ) . Nie ma patentu na związek i że musi byc w nich wiernosc czy cokolwiek innego. Dobry związek to taki który odpowiada dwójce ludzi. Reszcie temu wara. Nawet jesli 80 osób na 100 powie, ze wiernosc najważniejsza to 20 moze sobie zyc bez wiernosci i byc szczesliwa. Ich zwiazek jesli zaspokaja potrzeby dwójki ludzi i te osoby ze soba sa reszcie nic do tego. Bo ich zwiazek moze dla nich byc bardziej satysfakcjonujący niz zwiazki tych 80 osób.
        • to.ja.kas Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 21.12.11, 13:13
          Dlatego nauczmy sie pisac "mi to nie odpowiada", "ja uważam inaczej", "taka forma związku nie jest tym co chciałabym stworzyć" zamiast pisac, ze czyjś związek jest do doopy, zwłaszcza jak głowni uczestnicy są z tego co stworzyli zadowoleni.
          • puzzle33 Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 21.12.11, 13:41
            Głos wołającego na pustynismile
          • argentusa Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 21.12.11, 13:47
            hihihih, co święta racja, to racja święta.
            Ale uwaga, jak tak będziesz pisała "ja", to możesz być uznana za jednostkę egoistyczną wink))
            (jakby to miało dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie. hihihi)
            Ar.
            • to.ja.kas Re: A moja koleżanka się nie rozwiodła... 21.12.11, 14:14
              jak zauważyłaś...nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. wink)))
Inne wątki na temat:
Pełna wersja