Troche sobie nie radze...

25.04.12, 07:24
Tak, tylko troche smile
Bo juz niby finanse oddzielne i samodzielne, dom sprzedany, przeprowadzona, pogodzona, ze to koniec i sie nie wroci, depresja, mysli samobojcze opanowane, z psychotropow juz wyszlam. Prawo jazdy robie. Nowy zwiazek powoli buduje.
Ale nie do konca tak to pieknie wyglada.

Pozostal jeden problem: nie potrafie niemyslec.

Ciagle nie wiem, co sie wlasciwie stalo, dlaczego sie to stalo, czy moglam cos zrobic? Czy powinnam cos zrobic? To jedna kategoria mysli, co mi nie daja spokoju. Druga jest jeszcze gorsza. Mysli o zemscie, nienawisc. Nie do niego, do niej, mojej bylej najlepszej przyjaciolki. Nie moge sie ich pozbyc. Przeszkadzaja zyc, pracowac, skupic sie na tym, co wazne tu i teraz, i na tym, co wazne dla przyszlosci.

Najgorzej, ze nie bardzo mam sie komu wygadac.
Rodzina daleko, tam gdzie wiekszosc, albo i wszyscy z Was. Parenascie tysiecy km stad... Inna strefa czasowa, nawet ciezko czas zgrac, zeby pogadac. Przyjaciol, takich prawdziwych, niewielu. Moj najlepszy przyjaciel, ktory mnie wspieral w tym wszystkim - nie chce go obciazac za bardzo. Odkad jest to cos wiecej niz przyjazn, za bardzo to przezywa.

Wie ktos moze, czemu kochajacy facet na widok 15 lat mlodszej dziouchy dostaje amoku, zostawia nagle najblizsza sobie dotad osobe i nie widzi tego, ze ja krzywdzi? Czemu nagle sie okazuje, ze cale zycie byl nieszczesliwy, tylko tego nie mowil? Czemu zaczyna widziec w najblizszych jedynie przeszkode do szczescia? Czemu mu sie oczy otwieraja po ponad pol roku, kiedy juz sobie to zycie zaczelam ogarniac, przeprasza, pyta, czy chce powrotu? Nadal mieszkajac z nia?

I czemu ja mam ciagle te mysli o niej? Nie chce juz z nim byc, musze go tylko widywac, bo razem pracujemy, bo chce, zeby syn ojca tak do konca nie stracil... Czemu mysli o niej nadal mnie przesladuja? Czemu chce, zeby sie stad wyniosla, umarla, znikla, zeby ja pogonil czy cokolwiek innego, ale zeby znikla?

Pierwszy raz w zyciu autentycznie kogos nienawidze. Chyba z tym nie moge sobie poradzic. Chyba ja obwiniam o wszystko... Ktos z Was to przechodzil moze?
    • argentusa Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 07:57
      Witaj, nie zazdroszcze.
      Nie rozumiem tez dlaczego to ONA jest obiektem a nie ON. Nigdy prawdopodobnie niepojmę dlaczego kobiety nie widzą roli pana w odejściu do innej kobiety.
      Czemu chce, zeby sie stad wyniosla,
      > umarla, znikla, zeby ja pogonil czy cokolwiek innego, ale zeby znikla?
      bo pewnie chcesz "sprawiedliwości", tylko czy skierowanie wrogich myśli na panią to ta sprawiedliwość? Nie wiem.
      A dlaczego faceci tracą głowe dla 15 lat młodszych -genetyka i ewolucja. Po prostu. Tak mają, jak największa ilosc młodych partnerem, by rozprzestrzeniać geny.
      Nie myśleć? - może nalezy zdac sobie sprawę z tego, ze to Ty sama robisz sobie kuku -wałkując wciąz ten sam temat.
      No i ten nowy związek w czasie, gdy stary jeszcze wciaż w Tobie jest. Boję się, że zranisz człowieka, bo on jest plastrem. A plaster jak wiadomo, się wyrzuca jak rana się zagoi.
      Daj sobie czas i zaakcpetuj, że to musi potrwać. Przejdź przez wszystkie etapy rozstania a potem zacznij budowac coś nowego. Inaczej sama sobie znowu zrobisz kuku.
      powodzenia,
      Ar.
      • malgolkab Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 11:39
        Mam w bliskim otoczeniu kobietę, która już kilkanaście lat żyje w takie nienawiści do swojej następczyni. Łącznie z tym, że facet przez dośc długi czas żył na dwa domy ("dla dobra dzieci"), o czym żona wiedziała - przychodziła np. do domu tej 2 i ją wyzywała od najgorszych, a jego miło i grzecznie prosiła, żeby poszedł z nią do domu. Teraz nie przeszkadza jej spotkanie exa, ale już "tej" by nie przeżyła.
        Nigdy nie umiałam tego zrozumieć, bo ja np. pani, z którą mąż mnie zdradzał, a którą znałam, bo pracowali razem, mówię z uśmiechem dzień dobry. Myślę jednak, ze gdyby mąż zdradzał mnie z moją przyjaciółką odczucie byłoby całkowicie inne, z nienawiścią włącznie...
    • altz Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 07:59
      smarhta napisała:

      > Ciagle nie wiem, co sie wlasciwie stalo, dlaczego sie to stalo, czy moglam cos
      > zrobic? Czy powinnam cos zrobic? To jedna kategoria mysli, co mi nie daja spoko
      > ju.

      Wydaje mi się, że bardziej Ci chodzi o przeżywanie porażki, niż o tamtego faceta.
      Nikt nie lubi być tym drugim, przegrywać również nie lubi.
      Facet był nieszczęśliwy, odszedł w końcu i znowu chce wrócić i być nieszczęśliwym? wink
      Odgrzewane kotlety nie smakują, tym bardziej, że na świeżo też nie były smaczne.
      Daj sobie luz z nim i z nią, zajmij się czymś innym, a temu nowemu nie niszcz życia, jeśli nie jesteś na serio zdecydowana.
      Masz szansę spróbować żyć z kimś innym, takie wzajemne poznawanie się jest przyjemne. Popatrz na to z tej strony, gdyby mąż nie poszedł w długą, nie miałabyś szansy na nowy rozdział, bo pewno byś sobie na to nie pozwoliła, a tak - sprawa się wyjaśniła, mąż Cię nie chciał, ale za to ktoś inny Cię chce i to jest miłe. Z byłym mężem będziecie się dogadywać w sprawie syna i będzie w porządku.

      Znajdź sobie szybko kogoś do pogadania, popisz na forum czy na czasie, spuść powietrze, a trochę ulży, czego Ci życzę! Może dodatkowo jakiś wysiłkowy sport by pomógł? Zajęcie się ogródkiem? Praca w hospicjum? Systematyczne odwiedziny w domu dziecka? Uszycie sąsiadce sukienki? Pomoc staruszce z klatki obok?
      Możliwości jest mnóstwo na poprawienie sobie nastroju z jednoczesnym dobrym uczynkiem.
    • luciva Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 08:37
      Tak, ja przechodziłam coś podobnego. Dodatkowe emocje były związane z tym, że działo się wszystko króciuteńko po urodzeniu dziecka.
      Dawno się rozstaliście?
      Też miałam fazę na nienawiść do niej. Przeszło.
      Bardzo dużo rozmawiałam, czytałam, analizowałam. Pomogło.
      To nie ona winna, to on. Jego niedojrzałość, brak odpowiedzialności, może jeszcze coś innego...? To wiesz tylko Ty, ja wiem, co zadziałało u mojego męża.
      Nawet jeśli był nieszczęśliwy z Tobą - kiedyś się to zaczęło, mógł rozmawiać, a nie od razu szukać pocieszenia.........Nie czuj się winna, to śmieszne gdy ludzie piszą, że za zdradę odpowiadają dwie osoby.
      To, że on chce wrócić - hmmmm, może właśnie odkrył, że trawa u sąsiada zawsze zieleńsza? wink
      • smarhta Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 03:01
        > Dawno się rozstaliście?
        Przyjechala do mnie 9 miesiecy temu. 6 tygodni pozniej ona wyjechala, on stwierdzil, ze skoro mu kaze wybierac, to z nia mu bedzie latwiej... po kolejnych 2 tygodniach sie wyprowadzil. Miesiac pozniej sprowadzil ja z powrotem. Od ktorego momentu liczyc rozstanie? (;

        Widuje go przy tym prawie codziennie, razem pracujemy, cale szczescie, ze chociaz w oddzielnych dzialach firmy.

        > Też miałam fazę na nienawiść do niej. Przeszło.
        > Bardzo dużo rozmawiałam, czytałam, analizowałam. Pomogło.

        Szukam wlasnie spojrzenia osob, ktore przeszly cos podobnego.
        Mysli przychodza niechciane. Wiem, ze mnie niszcza, nie wiem, jak ich sie pozbyc. Nawet nie wiem, czy powinnam cos robic, czy przejdzie samo...
        Tez jestem z tych "analizujacych" (;

        Problem polega na tym, ze te mysli nie tylko przychodza, psuja mi humor, ale jeszcze do tego dezorganizuja mi zycie. Bo zdarza sie, ze cokolwiek mi ja przypomni, cos w necie przeczytam, kogos podobnego do niej zobacze, wspolny znajomy sie odezwie i zaczynam sie nakrecac. I nie potrafie przestac. Tzn moge sie powstrzymac na chwile, a 5 min pozniej znow sie przylapuje na tym, ze mysle o niej, jaka to ona nie jest i jak bardzo zle jej zycze. Najgorzej jest, jak mnie w pracy najdzie i sie skupic nie moge nad tym, nad czym powinnam...

        > To nie ona winna, to on.

        Jak dla mnie - oboje.
        Nie dam sobie wmowic, ze osoba odwiedzajaca najlepsza przyjaciolke, uwodzaca jej kochajacego do tej pory meza na jej oczach, jest niewinna.

        Wlasnie mi teraz przyszlo do glowy, ze moze to nie z jego odejsciem nie potrafie sobie poradzic, a ze zdrada przyjaciolki? Ciezko mi z tym, ze ufalam i obdarzalam takimi uczuciami ludzi zdolnych do takiej podlosci.

        Stracilam jednoczesnie dwie najblizsze sposrod wszystkich doroslych, najwazniejsze dla mnie osoby. I nie wiem dlaczego, nadal tego nie rozumiem, takie to zupelnie absurdalne, niezrozumiale. Jak teraz komus zaufac? Po czym poznac, ze mozna ufac? Da sie zyc i byc szczesliwym nie ufajac nikomu?
        • mozambique Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 10:26
          najblizsza przyyjaciolka o 15 lat mlodszza ?

          wiec ze to teoretycznie mozliwe ale jakos nie chce mi sie wierzyc
          co mialsyscie wspolnego od wielu lat przy takiej roznicy wieku ?
          w czym byla ci najblizsza?
          co dzielilyscie miedzy sobą ? oprocz faceta jak sie okazalo ?
          • smarhta Re: Troche sobie nie radze... 27.04.12, 00:35
            > wiec ze to teoretycznie mozliwe ale jakos nie chce mi sie wierzyc
            > co mialsyscie wspolnego od wielu lat przy takiej roznicy wieku ?

            Kiedy przestales bic zone? (;

            > w czym byla ci najblizsza?

            Zainteresowania, poczucie humoru, wspolne tematy, wspolni znajomi, praca w wolontariacie, jej mlodsza siostra i moj syn w tym samym wieku, z tymi samymi problemami.
            Czy to teraz wazne?

            > co dzielilyscie miedzy sobą ? oprocz faceta jak sie okazalo ?

            Jestem przewrazliwiona, czy to mialo byc zlosliwe?
            • mozambique Re: Troche sobie nie radze... 27.04.12, 10:11
              Kiedy przestales bic zone? (;"

              a co to ma byc ??????

              Czy to teraz wazne?"
              owszem , wazne , bo jak widac wspolne bylo wszystko tylko nie zasady, moralnosc, etyka, wewnetrzyny dekalog, stosunek do uczciwosci, szczerosci, zwyklej ludzije pzryzwoitosci itp
              Wic moze to żadna przyjaźń była, albo tylko tak Tobie sie wydawało.


              Jestem przewrazliwiona, czy to mialo byc zlosliwe?"

              jestes . To jest zwykle , normalne pytanie, co bylo wspólnego , skoro - jak sie okazalo= rózni was wszytko

              • smarhta Re: Troche sobie nie radze... 27.04.12, 11:34
                mozambique napisała:

                > Kiedy przestales bic zone? (;"
                >
                > a co to ma byc ??????

                Jedyna sensowna odpowiedz, na pytanie zawierajace ukryte zalozenie, w dodatku bledne. Odpowiedzialam tym samym - pytaniem zawierajacym bledne zalozenia tongue_out

                > Czy to teraz wazne?"
                > owszem , wazne , bo jak widac wspolne bylo wszystko tylko nie zasady, moralnosc
                > , etyka, wewnetrzyny dekalog, stosunek do uczciwosci, szczerosci, zwyklej ludzi
                > je pzryzwoitosci itp
                > Wic moze to żadna przyjaźń była, albo tylko tak Tobie sie wydawało.

                To w przyjazni wspolne jest wszystko?
                W takim razie nie mialam nigdy przyjaciela. I pewnie nie bede miala. Pewnie malo kto ma.
                I dlaczego, dla kogo wazne? W jaki sposob zastanawianie sie nad tym i odpowiadanie Tobie na to pytanie ma mi pomoc?

                > Jestem przewrazliwiona, czy to mialo byc zlosliwe?"
                >
                > jestes . To jest zwykle , normalne pytanie, co bylo wspólnego , skoro - jak sie
                > okazalo= rózni was wszytko

                No i znowu... co sie okazalo? Jak to "wszystko"?

                Latwo osadzasz, z przesadnie duza pewnoscia swoich racji, a jak czegos nie wiesz, to sobie dopowiadasz zamiast dopytac. Zgadujesz przy tym niezbyt trafnie. Nie chce mi sie w takiej atmosferze rozmawiac, nie po to tu zajrzalam. Taki wlasnie stal sie moj maz po tym jak ja poznal. Zaczal "wiedziec lepiej" ode mnie co mysle, co czuje i co chce powiedziec. Bez wzgledu na to, co faktycznie czulam, myslalam i mowilam.

                Stop. Tu jest granica. Albo rozmawiasz ze mna, albo ze swoim wyobrazeniem o mnie i mojej sytuacji. Do rozmowy z wyobrazeniem nie jestem Ci potrzebna. A na pewno nie jest to potrzebne mnie.
    • nowel1 Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 10:11
      Moim zdaniem "budowanie nowego związku" w fazie tak nasilonych myśli, żalów, pretensji wobec niedawno ukończonego - to pomyłka.
      Potrzebujesz czasu. Wiem wiem, w 21 wieku chcielibyśmy wszystko szybko, juz, natychmiast, ale żałoba po osobie zmarłej trwa przeciętnie 2 lata, i po utraconej miłosci - podobnie.
    • esteraj Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 10:26
      smarhta napisała:
      > Ciagle nie wiem, co sie wlasciwie stalo, dlaczego sie to stalo, czy moglam cos
      > zrobic? Czy powinnam cos zrobic?

      Ludzie czasami tak mają, że idealizują kogoś lub coś, co jest poza ich zasięgiem. Działa wtedy wyobraźnia pozbawiona realnej oceny. Coś na zasadzie: dobrze tam, gdzie nas nie ma.
      Potem przychodzi konfrontacja z rzeczywistością. To co miało być takie piękne ma swoje wady, bywa, że gorsze od poprzednich. Zestawienie danych, analiza, kalkulacja i próba powrotu do starego.
      Czy mogłaś coś zrobić?
      Po co takie gdybanie? Stało się i już, teraz można tylko wyciągnąć wnioski i w przyszłości podejmować inne decyzje.

      > Czemu mysli o niej nadal mnie przesladuja? Czemu chce, zeby sie stad wyniosla,
      > umarla, znikla, zeby ja pogonil czy cokolwiek innego, ale zeby znikla?

      Mogę powiedzieć dlaczego u mnie tak działało.
      Ona, ta druga, była uświadomieniem moich słabości i wad. Cierpiało moje ego. Byłam zła na nią, że w pewnych dziedzinach była lepsza, a to oznaczało, że ja byłam gorsza. Zwykle nie chcemy się przyznać do naszych słabości, przecież robimy wszystko by być naj... Zwalamy winę na innych, byle uniknąć dyskomfortu związanego z własną krytyczną oceną.
      "Jak to ona była bardziej wyrozumiała? Nie! Przecież ona tylko udaje, sprytna, złośliwa małpa!
      Była milsza i czuła? Nie! Miała w tym swój cel, to tylko gra z jej strony!
      Była ładniejsza? Ależ skąd, przecież ona ma krzywe nogi! Co za idiota, że on tego nie widzi."
      Bronimy się ze wszystkich sił. To tak strasznie boli być gorszym od kogoś, a tym bardziej kto zdobywa coś, co miało należeć do nas.
      Boli nasza urażona ambicja.
      Boli nasze ego.
      Nie chcemy bólu!
      A co jeśli powiemy sobie:
      "Tak, ona była bardziej wyrozumiała - dla niego. Ja nie jestem gorsza, bo też potrafię wczuć się w sytuację drugiej osoby, ale jeśli chodzi o niego, to zawaliłam sprawę.
      Tak, ona była milsza i czulsza - dla niego. Też taka potrafię być, ale dla niego nie byłam, gdzieś mi to umknęło.
      Tak, ona jest ładna. W tamtej chwili bardziej mu się spodobała, bo doszły do tego jej powyższe zalety. Ja również posiadam swój urok. Może jemu już się znudził, ale są tacy, którzy potrafią go dostrzec."

      Chodzi o to, żeby przestać negować osobowość i zalety tej drugiej. Nie trzeba przy tym umniejszać swojej wartości, żeby nie popaść w skrajności w skrajność.

      > Czemu chce, zeby sie stad wyniosla,
      > umarla, znikla, zeby ja pogonil czy cokolwiek innego, ale zeby znikla?

      Chcesz, żeby ona nie przypominała Ci o bólu, cierpieniu, jakie Ciebie spotkały.
      • smarhta Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 03:20
        > Czy mogłaś coś zrobić?
        > Po co takie gdybanie? Stało się i już, teraz można tylko wyciągnąć wnioski i w
        > przyszłości podejmować inne decyzje.

        No wlasnie po to, zeby te wnioski wyciagnac.
        Odkrecac juz niczego nie chce, nie da sie.
        Ale chce zrozumiec. I chyba wolalabym, gdyby sie okazalo, ze to jednak moja "wina", to by oznaczalo, ze w przyszlosci moge jakos tego uniknac. Zawsze sie staralam traktowac swoje potkniecia jako lekcje. A tak? Mam chaos w glowie, poczucie, ze nic ode mnie nie zalezy, ze wszystko jest dzielem przypadku. Ze to sie moze zdarzyc znowu, niespodziewanie, bez mojego udzialu. I ze znowu bezradnie bede patrzyc sad
    • justynany Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 10:51
      bylam w bardzo podobnej sytuacji.. a on szczegolnie mi ta sytuacje utrudnial wyzalajac sie do mnie jaka to ona niedoba dla niego
      gdy sie poklocili dzwonil i gadal jaka to ona jedza a jak sie pogodzili to byl dla mnie szorstki ja tez jej nienawidzilam i zwalalam wine na nia ale teraz po roku czasu oczy mi sie powoli otwieraja ze on nie jest bezmozgowcem, ze on podjal ta decyzje i to on mial obowiazki rodzinne a nie ona. ona nie zostawila dziecka i zony tylko on
      i kto tu jest gorszy on czy ona?
      przestalam ja obwiniac za jego winy
      toz to on klamal i krecil oszukiwal swoja rodzine
      nie ona...
      ale to dlatego ze go nadal kochalam...
      powoli przestaje...
      • kramasa Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 11:02

        Nie byłam w takiej sytuacji, ale w takiej, która też wywoływała silne negatywne emocje, żeby nie powiedzieć - traumatyczne. Wydaje mi się, że każda zła emocja szkodzi przede wszystkim osobie, która ją czuje. Adresat, osoba, która wywołała to uczucie najczęściej nie ma pojęcia o jego istnieniu, a zatem w żaden sposób nie wpływa to na niego/nią. Generalnie - wisi mu to...
        Dodatkowo, rozmyślanie o tym jeszcze rozbudza i odżywia te uczucia. Najlepiej byłoby zająć się czymś innym, oderwać myśli od tego i po jakimś czasie same miną. Ja tak zrobiłam i po jakimś czasie te myśli odeszły. A jeśli były momenty, że nie dawałam sobie rady z nimi - to rozmawiałam o nich z osobami mi najbliższymi, generalnie - nie roztkliwiałam się nad tymi myślami.

        Polecam artykuł na temat etapów rozstania:
        www.mydwoje.pl/poradnik/gdy_zostales_porzuconyhttp://www.mydwoje.pl/poradnik/gdy_zostales_porzucony
      • smarhta Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 03:54
        > bylam w bardzo podobnej sytuacji.. a on szczegolnie mi ta sytuacje utrudnial wy
        > zalajac sie do mnie jaka to ona niedoba dla niego

        Skad ja to znam uncertain
        Co prawda juz mi sie nie zwierza na jej temat, bo po pierwszej probie wpadlam w zlosc, powiedzialam, ze sobie tego nie zycze. Reakcja - obraza! To bylo akurat w drodze do psychologa, do ktorego chodzilismy po to, zeby albo malzenstwo naprawic, albo sie rozstac z jak najmniejszymi problemami. Wiec w trakcie sesji terapeuta wytlumaczyl mu dosc dobitnie, ze to po prostu mnie rani.

        > oczy mi sie powoli otwieraja ze on nie jest bezmozgowcem, ze on podj
        > al ta decyzje i to on mial obowiazki rodzinne a nie ona.

        Tylko ze tutaj "ona" byla moja przyjaciolka. A juz po przyjechaniu tu z powrotem i zamieszkaniu z nim, zaczela mu utrudniac kontakty z synem i dochowywanie danych mi przez niego obietnic. Bo "sie boi, ze do ciebie wroce"... I mu ciosala kolki na glowie.

        Swoja droga zastanawiam sie, jaki ona ma wplyw na to, ze maz na syna placi mi 3% swoich zarobkow i uwaza, ze to za duzo?
        Na ponowne negocjowanie z nim nie mam juz sil. Zostawie chyba sedziemu zdecydowanie, jaka suma jest wlasciwa... I tu nastepny problem przede mna. Nie wiem, czy rozwodzic sie w Polsce, czy tutaj? Tu nie znam prawa, nie jest latwo sie przez przepisy przedzierac w obcym jezyku. Za to rozwod w Polsce to koszty. Koniecznosc pojechania tam, wziecia wolnego sad Chyba taniej bedzie mi tu wziac adwokata...

        Co do milosci: nie kocham go. Kochalam bardzo tego czlowieka, jakim byl, albo sadzilam ze byl, zanim to wszystko sie stalo, zanim powiedzial i zrobil to wszystko. Kochalam przede wszystkim wartosci, jakie wyznawal, a ktore okazaly sie palcem na wodzie pisane. Nie wiem, czy mnie oszukiwal, czy ona go zmienila, czy sam siebie oszukiwal. Ale wiem, ze nie juz jest tym, kogo kochalam.

        Za to syn go kocha. Nawet tego wprost nie mowi, po prostu widze, ze ojciec jest dla niego wazny.
    • cathy_bum Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 10:57
      Myślę, że problem w tym, iż czujesz się podwójnie zdradzona. "Ta druga" nie jest bowiem jakaś obcą kobietą, tylko byłą przyjaciółką. Kimś, komu ufałaś i powierzałaś swoje sekrety. Być może także dotyczące związku. Kimś, kto w Twoim przekonaniu wykorzystał wiedzę uzyskaną na temat Twojego partnera, by zająć Twoje miejsce. Jak dla mnie tu nie chodzi o oskarżenia "bo jakaś wredna suka odbiła mojego misia", ino ból po zdradzie... przez bliską kobietę, uznawaną za przyjaciółkę. To rzeczywiście boli, w sumie w oderwaniu od samego rozstania z partnerem. Też przejdzie, tylko nie warto się zadręczać. Pomyśl, że skoro on po pół roku jest już wobec niej nielojalny, to kiepsko na tym interesie wyszła. Uśmiechnij się pod nosem i idź dalej.
      Natomiast budowanie związku zbyt szybko po rozstaniu może się czkawką odbić. Jeśli to "ten właściwy" - poczeka, aż uporządkujesz sobie wszystko w głowie i sercu.
      • riki_i Re: Troche sobie nie radze... 25.04.12, 13:14
        1. W tej historii po raz kolejny odnajduję fascynujący mnie temat pocieszającego i wspierającego "przyjaciela", który tak troskliwie pociesza, że staje się... facetem.

        Wielokrotnie obserwowałem ten mechanizm i po pierwsze nie mam cienia szacunku do gości, którzy udając pocieszycieli ostrzą sobie zęby na daną Panią (to, że są nimi zainteresowani seksualnie jest jasne jak słońce od samego początku), po drugie , jak już ktoś wcześniej powiedział, takie osoby działają jak plaster na ranę, a po wyleczeniu plaster jest zbędny. Stąd też intensywne dążenie tych indywiduów do jak najszybszego przywiązania kajdanami swojej zdobyczy - dobiegacz mojej ex usiłował natychmiast zrobić jej dziecko (wbrew jej woli) oraz wywieźć ją do USA w celu ubezwłasnowolnienia w jakimś "raju" na osiedlu domów z ogródkiem. "Pocieszyciele" to mężczyźni słabi, usiłujący podstępem dobrać się do konfitur.

        Przestrzegam autorkę wątku przed ciągnięciem tego związku, zwłaszcza, że z opisu sytuacji wybitnie wynika, że ów "przyjaciel" to klasyczny plaster na ranę.

        2. Jeśli chodzi o skamlącego męża, należy mu powiedzieć tak
        - chcesz być ze mną? to bierz walizkę i wracaj. teraz i natychmiast. nie? to nie było rozmowy.

        3. Z egzystencjalnych wahań męża zaledwie po pół roku od odejścia wynika, że zamienił stryjek siekierkę na kijek i szczęśliwy to on nie będzie. Skoro w nowym związku są kwasy, to i była najlepsza przyjaciółka minę musi mieć kwaśną. Spójrz na to z tej strony i nie zadręczaj się przeszłością. Dziś już ta parka nie grucha i wcale nie ma tak różowo. Za parę lat możesz być dla b. męża wspomnieniem rajskiego utraconego Edenu. Skup się teraz na sobie i patrz w przyszłość. Optymistycznie!!!

        Pozdrawiam
      • smarhta Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 04:10
        Chyba trafilas w sedno.

        > Kimś, kto w Twoim przekonaniu
        > wykorzystał wiedzę uzyskaną na temat Twojego partnera, by zająć Twoje
        > miejsce.

        Nie zdawalam sobie tak do konca z tego sprawy, ale tak wlasnie jest...

        > Też przejdzie, tylko nie warto się zadręczać.

        Wiem (:
        Szukam tu odpowiedzi, jak tego nie robic.

        > Natomiast budowanie związku zbyt szybko po rozstaniu może się czkawką odbić. Je
        > śli to "ten właściwy" - poczeka, aż uporządkujesz sobie wszystko w głowie i s
        > ercu.

        Teraz go nie bede odsylala z powrotem do domu! tongue_out

        Nie chce sie bawic czyimis uczuciami. Wiedzial, jak jest, mowilam, ze sie boje, zeby takim "plasterkiem" nie zostal. Wiesz, co mi odpowiedzial?
        "Sama mowilas, ze kazdy jest odpowiedzialny tylko za swoje uczucia. Wiec pozwol mi byc odpowiedzialnym za swoje i jesli tylko chcesz, to do Ciebie przyjade". Ja chcialam, a on swiadomie podjal ryzyko. Jak na razie wiecej z tego dobrego niz zlego, chyba dla obojga, jak bedzie potem - zobaczymy (:
    • brz_a_sk Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 06:28
      uwalniaj się od nienawiści
      stało się
      czy z głupoty, niedojrzałości czy z przebiegłości czyjejś - nie ważne

      spróbuj przyglądać się temu co się zdarzy bez poczucia, że musisz rozumieć

      czasem my jesteśmy tak silni i odpowiedzialni, że ludzie obok nas przestają się pilnować smile

      poczekaj

      iskierki nienawiści zamieniaj w zdziwienie - masz prawo nie pojmować jak inni myślą
      jeśli myślą smile
      miewają przerwy - nie wyręczaj - niech im dojrzeje

      Są ludzie, którzy nie odchodzą od partnera, bo maja dość ale po prostu przenoszą się w lepsze miejsce, kiedy się pojawi.

      Motto tego forum smile




      • smarhta Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 06:31
        Dziekuje... (:
        • mozambique Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 10:33
          po 6 tygodniach taka wilka miloasc ?

          to zadna milosc, mezowi po prostu zapachniala nowa dupcia pod dachem , o pokolenie mlodsza , urok nowości , tupetu i bezczelnosci w jednym
          myslał organem, polecial za nią
          teraz jzu sie naseksił, nawąchal i nasmakował i okazalo sie ze dupcia nowa juz nie jest tak nowa, w sumie wszytko ma takie jak inen kobiety, testosteron mu juz opadł, problemy te same a moze i wieksze a z gówniarą w wieku jego córki to w sumei poza łozkiem nie ma o czym rozmawiac

          to oczywiste ze chche wrócić
    • zmeczona100 Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 12:43
      Hłehłe smile
      A po co rozumieć, dlaczego poszedł na inną trawkę? To już przeszłość, a Ty ciągle skupiasz się na tej trawce, jakby ona Twoja była.

      Kochanica mojego omc exa była i jest mi kompletnie obojętna. Chociaż najpierw żałowałam babki, że trafiła na takiego palanta. Ale kiedy się dowiedziałam, jakie z niej ziółko, pazerne na kasę babsko, żaba skacząca z łóżka do łóżka itp. to byłam jej nawet wdzięczna, że to na nią trafił mój-nie-mój smile Skoro ze mną było mu tak źle, beznadziejnie i taki nieszczęsliwy był, biedny misiu, to jak mu z nią będzie/ jest? smile Swojego męża zdradzała równo- nawet z instruktorem nauki jazdy, a teraz przykleiła się do mojego-nie-mojego licząc, że wybawi ją i jej dzieci z nędzy i bidy po tym, jak ją mąż kopnął w d.pę i złożył pozew o rozwód. I niech ją wybawia big_grin To się dopiero nazywa prostytucja- on jej kasę, a ona jemu pełną obsługę z praniem gaci łącznie zapewnia big_grin Taniej byłoby mu zatrudnić sprzątaczkę big_grin

      A niech im nam na zdrowie wszystko idzie smile

      Jakie były jej poprzedniczki, to akurat wiem niewiele, ale można wyciągnąć wnioski proste- mojemu omc exowi pasują bluszcze, niekumate i nierozgarnięte dziewoje, bo wtedy czuje, że "ma władzę" smile A ja się nie dałam wytresować ani nie weszłam w rolę jego podwładnej smile

      Jak cudownie jest być wolną, niezależną, nietłamszoną kobietą, która nie musi znosić zrzędzenia, wymyślania i fochów pana! Ołdżizas, jak cudownie jest... smile
      • nowel1 Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 14:34
        Jak na osobę, której nie interesuje "inna trawka" byłego, sporo potrafisz napisać na temat obecnej jego partnerki. Przykro się czyta taką ilość niefajnych określeń na temat - podobno - obojętnej Ci osoby.
        > Kochanica mojego omc exa
        ziółko,
        pazerne na kasę babsko,
        żaba skacząca z łóżka do łóżka
        Swojego męża zdradzała równo
        , a teraz przykleiła się do mojego-nie-mojego
        ją mąż kopnął w d.pę
        > To się dopiero nazywa prostytucja-
        Taniej byłoby mu zatrudnić s
        > przątaczkę big_grin

        A o mężu - oczywiście "biedny misiu".

        Zaiste, obojętność wink
        • zmeczona100 Re: Troche sobie nie radze... 26.04.12, 15:21
          Phiiiitam, pewnie, że obojętność to nie- bo ja tej pani to wdzięczna jestem smile
          Nie interesowałam się nią, ot, mam szczęście takie, że takie informacje same mi w ręce wpadły tongue_out
Inne wątki na temat:
Pełna wersja