kami_hope
10.05.12, 16:31
Przedwczoraj zadzwonił były mąż i poprosił o spotkanie. Zależało mu, że było to "już" i że prosi tylko o dwie minuty. Zgodziłam się i umówiliśmy się pod moim domem. Spóźnił się minutkę, podjechał - zdawało mi się, że za szybko jedzie (śpieszył się? czy coś się stało?). Podszedł do mnie łagodnie uśmiechnięty ale poważny. No cześć, co tam? - przywitałam z uśmiechem, starając się przeciąć powagę sytuacji, a przede wszystkim ukryć moje własne napięcie i emocje. Nie rozmawialiśmy ze sobą od rozstania (ok. 2 i pół roku temu). Poprosił, żebym zwolniła go ze wszelkich obietnic jakie mi złożył. Poznał kogoś i chyba się zakochał. Zapytałam czy to ktoś stąd. Powiedział, że poznali się przez internet, pokazał mi jej zdjęcie. Fajna - powiedziałam. Może będziesz miał dzieci... Powiedział, że już ma. Zdziwiłam się. To znaczy, ona ma - dodał z uśmiechem i pokazał mi zdjęcie jej z córką. "Fajnie…" - wiem, żadne mądre odpowiedzi, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy, bo ze wszystkich sił próbowałam zdystansować uczucia, nie uzewnętrznić emocji. Zapytał czy jestem szczęśliwa. Powiedziałam, że staram się. Pogadaliśmy jeszcze chwilkę, bardziej on kierował rozmową, przytulił mnie, pocałował w czoło, podziękował za wszystko i życzył szczęścia.
Od tamtej chwili wypłakuję swoje uczucia.
Życzę mu szczęścia, szczerze. Miłość uszlachetnia, puszcza w niepamięć krzywdy i zmazuje winy. Weszło dobro w jego życie, nowy szczęśliwy początek, nowa rodzina. Teraz może być dobry.
My, pod koniec, już nie potrafiliśmy być dla siebie dobrzy. Było we mnie wtedy tak wiele cierpienia, załamało się moje zdrowie, czekałam na termin operacji, miałam problemy w pracy, nie znosiłam jej i całego środowiska ludzi wokół. Tak bardzo tęskniłam do domu, do mojej byłej pracy, nie potrafiłam sobie poradzić z tymi wszystkimi problemami. Nie daliśmy rady. Potem już czułam się zdradzona, oszukana, dalece skrzywdzona i jego przede wszystkim winiłam za zło jakie wtargnęło w nasze życie, uważałam, że nas nie ochronił i poddał się złym wpływom. Rozstaliśmy się. Bardzo to przeżyłam. Ból rozrywał mi serce i żal - wszechobecny i do wszystkich ludzi. A także i ogromne poczucie winy, że czegoś nie zrobiłam, że coś zrobiłam za dużo itp. Tysiące błądzących myśli topionych w głębokim cierpieniu. W końcu antydepresanty, chorobowe w pracy. I tak jakoś krok za krokiem uspokoiłam się. Wzięłam uczucia pod silną kontrolę umysłu i jeśli później przychodziły jakieś myśli i uczucia, nie pozwoliłam im wniknąć głębiej.
Dzisiaj znowu płaczę za tą utraconą miłością. A wiem, że kochaliśmy się i bardzo silne więzi były między nami. Był największą miłością mojego życia. Moim wszystkim. Ale i tyle cierpienia było... i od początku mieliśmy pod górkę. Ja straciłam dwie ciąże. Te straty miały ogromny wpływ na moją psychikę, poczucie wartości. Na jednej z ostatnich imprez gdzie byliśmy jeszcze razem, dziewczyna jego przyjaciela była w ciąży, z innymi kpiła ze mnie, że nawet dziecka nie potrafię sobie zrobić. Po tej imprezie już był totalny zjazd… i w końcu się wyprowadził.
Tak bardzo za nim tęsknię. Wiem, że to już się nie wróci.
Niech idzie, i tworzy swoje szczęście. Jak najbardziej ma prawo do szczęścia, kochać i być kochanym.
Tak dużo uczuć we mnie jeszcze…