taka_szara_mysza
15.05.12, 11:27
Jesteśmy wiele lat po ślubie, mamy dwoje dzieci, jesteśmy młodzi, atrakcyjni, mamy fajne prace, wygodne życie. Jest tylko jeden szczegół, z którym sobie nie radzę
Otóz kilka lat temu mój mąż mnie zdradził, w pierwszym odruchu wyrzuciłam go z domu. Nawet grzecznie się spakował, powiedział, że nie umie mi powiedzieć, że mnie nie kocha, ale jest pewnien, że kocha tę drugą. Po trzech miesiącach skruszony wrócił, powiedział, że rozstał się z tą kobietą definitywnie. Po kilkunastu miesiącach okazało się, że prowadził podwójne życie, pięknie mną manipulując.
Dziś nie traktujemy się jako małżeństwa. On nadal nie wie czy mnie kocha, ale ja wiem, że kocham jego. On nie wyobraża sobie życia bez dzieci, ani zycia dzieci bez matki. No więc tak sobie mieszkamy, obok siebie. Ja widzę, że czasem spotyka się z tą kobietą nadal (oczywiście co myślę o tej pindzie nie muszę pisać, bo godzi się na wielkie gówno dobrowolnie), chociaż jak utrzymuje już na stopie koleżeńskiej.
Jednak on nie widzi szans na odbudowanie naszego związku, bardzo o mnie dba, ale nie daje mi tego czego potrzebuje najbardziej. Jest wspaniałym ojcem, dzieci są z nim mocno związane, a ja nie mam ani siły, ani możliwości z nim walczyć. Bo wyprowadzka jednego z nas byłaby megawalką, na której stracą wyłącznie dzieci.
Ale ja nie radzę sobie, miewam ataki nerwicy, paniki, mam zmienne nastroje - od tego, że mogę góry przenosić, po totalny dół i nie wstawanie z łóżka. Nie mogę przestać myśleć, że nie chce żyć obok, ale nie umiem zająć się sobą.
Nakręca mnie jeszcze fakt, że zawsze jest przy mnie, wspiera mnie, ale związkowi nie daje nadziei. ja oczywiście odbieram to inaczej.
O całe zło winię jego kochankę/koleżankę. Chociaż sama przeszła przez jeszcze gorszy syf w swoim małżeństwie zrobiła to innej kobiecie (tym bardziej, że się dobrze znałyśmy). Oczywiście nie winię wyłącznie jej, ale jego kocham i jestem w stanie wybaczyć wiele... tak, tak, też byłam pewna, że nigdy nie dam się tak upokorzyć...
Nie umiem mu odpuścić, robię mu awantury, czepiam słówek, choć w zasadzie sprawa jest jasna.
Byłam u psychologa, niestety nie umiała mi pomoc, kazała dać sobie czas /to dość swieża sprawa/. wariuję, a chce działać.
Do tego w pewnym sensie jestem zależna finansowo od męża, on ode mnie też. Wszak nie kredyty nas trzymają w kupie.
Nie mam siły złożyć pozwu, a on mówi, że jemu rozwód nie potrzebny i lepiej dla dzieci, żeby go nie było (to dyskusja w ramach spadków

).
Nie chce mi się żyć, tak zwyczajnie, jestem w dupie