0joanna123
02.09.12, 13:52
Dowiedziałam się 7 dni temu, że mój mąż się zakochał.... Że odchodzi.. Były łzy, błagania, poniżenia by został, ja się dostosuję, zmienię...
Wtedy obwiniałam go za wszystko, płakałam, przestałam jeść, szantażowałam, straszyłam....
Zaczęłam szukać w necie informacji co i jak z rozwodem..
Dwa dni temu znalazłam to forum.. popłakałam, prosiłam o pomoc....
I tylko dzięki WAM, jak dzisiaj wychodził ze spakowanymi walizkami zachowałam się godnie...
Jak chciałam płakać, zamykałam się w łazience, by wyjść z niej z podniesionym czołem. Zjedliśmy ostatni obiad, ustaliliśmy warunki i ..... wyjechał.
Pożegnałam go obecnością na balkonie...
Zerknął, widział...
Gdyby nie to forum... zrobiłabym mu histerię, oskarżałabym, osądzałam, szantażowałabym...
Wina jest obustronna, latami próbowaliśmy oboje poskładać rozwaloną na części układankę...
Wiele razy rozmawialiśmy o rozstaniu... Dawaliśmy sobie szansę... Pojawienie się 6 lat temu dziecka opóźniło decyzję o rozstaniu, pojawienie się kobiety w życiu mojego męża przyspieszyło decyzję o rozstaniu...
Miałam żal, że nie odszedł ode mnie, tylko że odszedł do innej....
Czytając Was godzinami, zaakceptowałam ten stan rzeczy...
Jest mi ciężko, bo wciąż go kocham... jest mi lżej bo jesteście... Dziękuję...
Chciałabym tylko, by już nie było ciężej niż jest dziś, a wiem że pewnie będzie, bo stan "zdrowienia" jest długi, ale wiem też, że nie jest to nieuleczalne... Dziękuję Kwiatku...