facetka_w_rajtuzah
14.03.13, 22:06
Z moim byłym mężem rozwiedliśmy się 10 lat temu, po dwóch latach faktycznej separacji.
Rozwód przebiegał bezstresowo, bez fajerwerków.
Byliśmy dogadani - alimenty (500 zł), kontakty z dzieckiem (jak czas byłego męża pozwoli)i wspólna nieruchomość - wykupiliśmy mieszkanie, w którym ja byłam zameldowana, w mieszkaniu mieszkali moi dziadkowie (spisaliśmy oświadczenie, że dziadkowie bedą tam mieszkać do śmierci)- mieszkanie to miało być własnością naszego syna. Nigdy jednak formalnie tego nie uregulowaliśmy - ja wspominałam o tym raz, czy dwa, ale rozeszło się po kościach.
Od 12 lat były mąż płaci alimenty w kwocie 500 zł, (od momentu, kiedy wyprowadził się do innej kobiety) Na początku starczało to na pokrycie 1/2 kosztów utrzymania syna (400 zł kosztowało przedszkole, 600 zł wydawałam na utrzymanie dziecka).
W międzyczasie kilkukrotnie zmieniły się okoliczności i wzrosły wydatki - syn poszedł do szkoły - obecnie jest w liceum. Syn jest bardzo uzdolniony, ma swietne oceny, staje się mężczyzną. A to kosztuje - zajęcia dodatkowe to wydatek 850 zł miesiecznie - są na to dokumenty imienne, poparte certyfikatami i świadectwami ukończenia rozmaitych kursów.
Poza tym - to już nie udokumentowane normalne koszty utrzymania - ale które z każdym rokiem rosną.
Od 3 lat starałam się dogadać - np. poprzez finansowanie połowy kosztów dodatkowych zajęć, myślałam, że się da. Ex stwierdził, że nie może finansować bardziej syna, bo on uczy się dobrze i niepotrzebne mu korepetycje i że ma już SWOJE dziecko... (oboje założyliśmy kolejne rodziny, ja skończyłam z drugim rozwodem, jestem sama i nie zamierzam tego zmieniać).
Dodam, że ex odkąd się wyprowadził ani razu nie spytał mnie o syna, ani razu nie kupił mu nic oprócz książki / gry komputerowej na "okazje"...
Teraz syn widuje się z ojcem raz na 2 miesiące na 2 godz. (zawsze kiedy ex wyrazi taką ochotę, nigdy nie przeszkadzałam w kontaktach). Idą do kina i coś zjeść, nigdy do domu ojca, dziadków ani nikogo z rodziny ex.
Oboje nieżle zarabiamy, i do tego czasu było mnie stać na to, by ponosić większość kosztów utrzymania syna.
Teraz już nie wyrabiam, a ja sama żyję bardzo skromnie - praca i dom, sobie odmawiam wielu rzeczy, więc złożyłam pozew o podwyższenie alimentów - na 1 000 zł, ale miłam nadzieję, że zawrzemy ugodę na 750 - 800 zł - co i tak nie jest połową kosztów utrzymania dziecka - nie liczyłam kosztów wakacji (kolonie, + miesiąc nad morzem u rodziny - nie kosztuje to tyle co wyjazd na wczasy, ale jednak bardzo po kieszeni daje), sprzęty sportowe, komputerowe, hobby (książki), remonty i urządzanie pokoju (syn samodzielnie zajmuje 2 pokoje) i wiele innych wydatków nastolatka.
No i dochodzimy do sedna... W poniedziałek rozprawa o alimenty a dzisiaj po raz pierwszy od 12 lat ex zadzwonił po to, by mnie szantażować, albo zapłaci 700 zł alimentów, albo będzie dochodził podziału majątku - tj będzie domagał się podziału majątku.
Zachowałam spokój, powiedziałam, że przemyślę...
Miałam nadzieję na ugodę ale nie wiem, czy zgadzam się na szantaż...
Mieszkanie jest warte ok 80 000 jak nie mnie - do kapitalnego remontu.
Rozważam następujące opcje:
1. spłacę dobrego tatusia,
2. będę dowodzić, iż podziału majątku możemy dokonać po śmierci dziadka (spisane oświadczenie o tym, iż do śmierci dziadków będą oni mieszkali w tym mieszkaniu)
3. poddam się szantażowi.
Co robić w tej sytuacji?