olgucha_3
02.04.13, 09:25
Wczoraj wieczorem zmarł mój ojciec. Ojciec, którego w sumie nigdy nie miałam, który co jakiś czas pojawiał się w moim życiu, a później znikał na wiele lat. Rodzice rozwiedli się gdy miałam 6 lat i przez całe moje życie, często słyszałam od obojga, że jestem ich największym życiowym błędem. Ojciec tuż po rozwodzie, założył nową rodzinę i tylko tę uznawał. Mam z tej nowej rodziny przyrodnią siostrę, z którą przez te wszystkie lata miałam lepszy lub gorszy kontakt. Dziś uświadomiłam sobie, że nie czuję kompletnie nic, nie ma żalu, nie ma bólu, jest pustka. Ojciec nigdy nie płacił na mnie alimentów, jak się pojawiał, to obiecywał złote góry, po czym znikał na 2-3 lata, by znów się pojawić z pękiem kolejnych obietnic. Tak było zawsze, nawet wtedy, gdy wyszłam za mąż, urodziłam mu pierwszego wnuka, nie było go przy mnie, nie cieszył się. Przez kolejne lata, tak jak w dzieciństwie, pojawiał się, tyle, że tym razem obiecywał złote góry wnukowi i znikał. Dzieci drugiej córki były dla niego ważniejsze, były kochanymi wnuczkami, którymi zajmował się, chodził na spacery i był prawdziwym dziadkiem, mój syn istniał tylko przy okazji jakiś osiągnięć, by dziadek mógł się pochwalić wnukiem. Kiedy posypało się moje małżeństwo, mój ojciec skwitował to jednym zdaniem. Tak się córko w życiu dzieje, nie zamykaj drogi do szczęścia swojemu mężowi. Bolało jak cholera. Dziś wiem, że oboje rodzice sami zapracowali na to, że ja nic do nich nie czuję. Być może ten mój żal przyjdzie za jakiś czas. Nie chcę by kiedyś moje dziecko wyło z rozpaczy kiedy ja odejdę, ale tez nie chcę, by schowało akt zgonu do kieszeni i poszło na piwo. Musiałam to wywalić z siebie, bo zaczyna mnie przerażać moja obojętność, a może to nie jest mi obojętne skoro o tym piszę?