Dodaj do ulubionych

A ja nie umiałam wybaczyć

25.03.14, 19:45
Piszę w nawiązaniu do innego wątku z tego forum. Ja nie umiałam wybaczyć zdrady mężowi. I to takiej, którą klasyfikuje się chyba jako jednorazowe zapomnienie.
Mąż robił wszystko, żebym wybaczyła, nie wyprowadzała się. Nie umiałam. Co dziwniejsze: chciałam, ale nie udawało się. Nie byłam w stanie znieść jego widoku ani z nim żyć, ani znieść myśli, jak zostałam potraktowana, ani tego, że można w jednej chwili zniszczyć szczęście 3 osób.
Piszę o szczęściu, bo nam się wszystko układało, i mąż (teraz już były), tak samo jak Igipigiel, nie umiał wytłumaczyć, dlaczego.
Nie oceniam jednak Igipigla i cieszę się, że mu się udało. Wierzę, że im wyjdzie.
Od mojego rozwodu minęło mniej więcej półtora roku. Otrząsnęłam się z traumy, doszłam do siebie (cieszę się przy tym, że eks-mąż ma bardzo dobre kontakty z synem): czyli mówiąc wzniośle, zamknęłam tamten rozdział. Natomiast wydaje mi się, że były wciąż chciałby do nas wrócić, i podobno też miał depresję.
Podsumowując: mimo mojego otrząśnięcia się bilans generalnie ujemny dla wszystkich sad
Obserwuj wątek
    • miacasa Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 20:16
      > Mąż robił wszystko, żebym wybaczyła, nie wyprowadzała się. Nie umiałam. Co dziw
      > niejsze: chciałam, ale nie udawało się. Nie byłam w stanie znieść jego w
      > idoku ani z nim żyć, ani znieść myśli, jak zostałam potraktowana, ani tego, że
      > można w jednej chwili zniszczyć szczęście 3 osób.

      Bywa i tak, może w rzeczywistości to szczęście było pozorne i mąż 'pomógł" ci podjąć decyzję. Długo próbowałaś? Pytam, bo ja próbuję od 1,5 roku i nadal czekam aż mi się uda.
      • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 20:38
        Próbowałam przez parę miesięcy, ok. 3, gdy jeszcze razem mieszkaliśmy, potem mniej więcej tyle samo, gdy wyprowadziłam się i mieszkałam (chwilowo) u rodziców, ale to jeszcze miał być jednak taki okres próby.
        Nie potrafiłam, zaczęłam urządzać własne mieszkanie (wcześniej wynajmowane), wiedziałam, że nic z tego nie będzie.

        Może trudno w to uwierzyć, ale to szczęście nie było pozorne. To jednak nie ma najmniejszego znaczenia, bo oczywiście: skoro rozwalił coś w jedną godzinę...

        A do kiedy będziesz próbować? Mnie tych parę miesięcy prób wykańczało.
        • miacasa Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 20:47
          > A do kiedy będziesz próbować?

          Do skutkusmile Łudzę się, że to jak z żałobą, po 2 latach powinno puścić (przy uczciwych staraniach z 2 stron). Zgodnie z zaleceniami "ekspertów" staram się nie postrzegać siebie jako ofiary - to sporo ułatwia no i u mnie szczęścia w rodzinie nie było, był poważny kryzys małżeński, problemy finansowe, problemy z pracą, kredyt, nieplanowana ciąża, zaburzone dziecko i...romans trwający 7 miesięcy.
          • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 21:03
            Bardzo Cię podziwiam z powodu tych starań, właśnie dlatego, że tak nie umiałam i nie umiem.
            Wiesz, myślę, czy nie byłoby mi łatwiej znieść zdrady, gdyby źle się działo. W każdym razie może nie czułabym się aż tak upodlona (jak przez kogoś, kto dzień wcześniej jeszcze z miłością patrzył mi w oczy).
            A czy on się stara? Czy w tych próbach poszłaś do przodu?
            • miacasa Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 21:29
              > A czy on się stara?

              Od tego wyszliśmy, od jego postawy, to warunek konieczny by próbować cokolwiek na nowo zbudować (na nowo, bo wszystko legło w gruzach).

              > Bardzo Cię podziwiam z powodu tych starań, właśnie dlatego, że tak nie umiałam
              > i nie umiem.

              Nie ma za co... mam troje dzieci, nie mam domu rodzinnego ani drugiego mieszkania więc siłą rzeczy musiałam rozważyć działania naprawczesmile Nie myślę już o sobie jako o mężatce, rocznic ślubu nie będziemy już obchodzić, nie zakładam, że będziemy ze sobą do śmierci. Właściwie to zupełnie nie jestem w stanie wybiegać myślami w przyszłość, przeszła mi chęć wspólnego urządzania domu, w nosie mam ogród, dość ostrożnie planuję najbliższą przyszłość (tak 2-3 miesiące) bo niczego nie jestem już pewna. Kiedy "sprawa się rypła" zaczął się proces przewartościowań, mój mąż wiele stracił w moich oczach - głównie moich wyobrażeń o nim, teraz jest człowiekiem z krwi i kości, pod wieloma względami jest lepiej w naszych relacjach ale koszt ogromny, zdrada mnie złamała, nie jestem już tą osobą, którą byłam przed nią. Dla mnie ból był ogromny, właściwie bolało podobnie jak po śmierci mamy. Doceniam jednak wspólne życie i cieszy mnie towarzystwo męża.
              • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 21:50
                miacasa napisała:
                > Doceniam jednak wspólne życie i cieszy mnie towarzystwo męża.

                Jakie by nie były te przyczyny - tj. że np. musiałaś próbować z powodu sytuacji rodzinno-finansowej - jednak napisałaś to zdanie smile
                Tak więc kto wie, może jeszcze wypracujecie coś w związku, może jeszcze trzeba Wam trochę czasu. Dlatego tak podziwiam taką postawę jak Twojasmile
          • wrednarzeka Re: A ja nie umiałam wybaczyć 29.03.14, 15:54
            Widywałam facetów w fazie związku "latanie pd sufitem" którzy mieli na sumieniu skoki w bok (lub przynajmniej bardzo poważne próby - gdyby nie fakt braku współpracy ze strony trzeciej wierności by nie dochowali).

            To by było tyle na temat tego, że zdradzana strona ZAWSZE jest sobie winna. -> chyba, że fakt bycia w związku jest równoznaczny do zgody aby druga strona zdradziła.
    • mia17 Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 21:15
      ja Cię rozumiem.
      też mi się wydawało, że nasze małżeństwo "ma się dobrze".
      i w ciągu jednej chwili - kiedy dowiedziałam się o zdradzie - wszystko runęło, jak domek z kart.
      tyle, że u niego to nie była "jednorazowa przygoda", a relacja trwająca rok, a może i dłużej.
      nie potrafię wybaczyć czegoś tak podłego. i nawet nie staram się.
      dla mnie nie ma życia po czymś takim. nigdy bym nie zaufała, nigdy nie uwierzyłabym na nowo.

      • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 21:37
        No właśnie, podobnie jak u mnie.
        Nie wszyscy to rozumieją (cokolwiek znaczy tu rozumienie). Musiałam np. zmierzyć się z presją moich rodziców. Nie to, że coś usprawiedliwiali, ale uważali, że warto wybaczyć jeden raz, bo trochę alkoholu, bo to, bo tamto, a on błaga, żałuje, zawsze był w porządku, jest dziecko...

        A po jakim czasie po rozwodzie powrócił Ci spokój, przynajmniej względny?
          • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 08:59
            U mnie po roku było już znośnie, teraz całkiem dobrze. Ale to nie żadna rewelacja: tyle że normalnie śpię, jem, cieszą mnie drobiazgi. Poza tym czuję się trochę jak zepsuta zabawka, którą ktoś naprawił, ale już nigdy nie będzie tak samo działać.

            Czy mogę o coś spytać: czy Ty też masz zasadę, że były nie przychodzi do Ciebie do domu? A jeśli tak (lub nie), to czym się kierowałaś?
            Mój nie przychodzi, bo najpierw chciałam go jak najmniej oglądać, potem nie chciałam, żeby dziecko robiło sobie nadzieję.
            • mia17 Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 10:40
              nie wiem, czy kierowałaś to pytanie do mnie, ale odpowiem:
              mój eks przychodzi do nas do domu po małą. czasem posiedzą i pobawią się razem, córka chce się pochwalić jakimiś rysunkami, czy zabawkami. potem na kilka godzin wychodzą na miasto i spędzają czas wedle uznania.
              ale on nie mieszka w tym samym mieście, co my - więc siłą rzeczy jest trochę trudniej i inaczej.
              spotykanie go nie jest dla mnie miłe - wolałabym go już nigdy nie widzieć. ale mamy dziecko i to ona jest dla mnie ważna, jej uczucia.
              moje oczywiście też - dlatego jak są razem w domu to nie siedzę z nimi, czasem wychodzę z domu, najczęściej idę do drugiego pokoju.
              • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 11:12
                Mia, tak, pytanie było do Ciebie.
                My mieszkamy w tym samym mieście, więc organizacyjnie jest dużo, dużo łatwiej; o ile dobrze rozumiem Twoją odpowiedź, to w takim wypadku też byś raczej nie chciała spotkań u Ciebie w domu.
                Jeśli chodzi o moja zasadę, że były mąż nie przychodzi do nas - myślę, że głównie na początku miało to dla mnie bardzo duże znaczenie. Była to jakaś granica, którą wyznaczyłam, żeby oddzielić tamto życie od nowego. I żeby jego obecność nie mieszała dziecku.

                A czy macie jakieś konflikty w sprawie wychowywania dziecka? Ktoś ostatnio powiedział mi, że dobre kontakty między rozwiedzionymi rodzicami i dobre kontakty dziecka z nie mieszkającym rodzicem mają duży wpływ na psychiczne "zdrowienie" po rozwodzie. Być może u mnie miało to jakiś wpływ, bo mój były jest bardzo dobrym ojcem i dogadujemy się bez problemu.
                Pytam o to, bo pisałaś, że po roku daleko u Ciebie do "wyzdrowienia" (tak to odebrałam).
                • mia17 Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 13:09
                  a więc po kolei:
                  nie wiem, jak by było, gdybyśmy mieszkali w jednym mieście. pewnie on tylko by przychodził po małą i zabierał ją (do siebie, albo gdzie by tam sobie zaplanowali). ciężko mi gdybać, nie będąc w takiej sytuacji.
                  relacje nasze są poprawne i dogadujemy się jak na razie we wszystkich kwestiach (tfu! tfu! tfu!). ja nie robię problemów jemu, on nie robi problemów mnie - i oby tak dalej.
                  jeśli zaś chodzi o to, że daleko mi do wyzdrowienia to miałam na myśli to, że po prostu ciężko mi się pogodzić z faktem, iż moje życie się rozpadło. że małżeństwo się skończyło, że córka wychowuje się w tzw. rozbitej rodzinie. że coś, co myślałam, że będzie trwało wiecznie i jest cenne - prysło jak bańka mydlana.
                  oczywiście jest dużo lepiej niż rok temu. potrafię się śmiać, pracować, cieszyć małymi rzeczami. przemyślałam wiele spraw, wiele kwestii przetrawiłam i myślę, że jestem mądrzejsza o to. odebrałam swoją lekcję. tak myślę.
                  ale po prostu jest wiele takich chwil, w których czuję się strasznie samotna, jest mi smutno - za siebie i za córkę. nie mogę powiedzieć, że doszłam do siebie po rozwodzie - bo nie doszłam. i zastanawiam się, kiedy i czy w ogóle to nastąpi.
                  • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 14:45
                    mia17 napisała:
                    > jeśli zaś chodzi o to, że daleko mi do wyzdrowienia to miałam na myśli to, że p
                    > o prostu ciężko mi się pogodzić z faktem, iż moje życie się rozpadło. że małżeń
                    > stwo się skończyło, że córka wychowuje się w tzw. rozbitej rodzinie. że coś, co
                    > myślałam, że będzie trwało wiecznie i jest cenne - prysło jak bańka mydlana.
                    > oczywiście jest dużo lepiej niż rok temu. potrafię się śmiać, pracować, cieszyć
                    > małymi rzeczami. przemyślałam wiele spraw, wiele kwestii przetrawiłam i myślę,
                    > że jestem mądrzejsza o to. odebrałam swoją lekcję. tak myślę.

                    Tutaj nie różnię się w moich odczuciach niczym od Ciebie.

                    > ale po prostu jest wiele takich chwil, w których czuję się strasznie samotna, j
                    > est mi smutno - za siebie i za córkę. nie mogę powiedzieć, że doszłam do siebie
                    > po rozwodzie - bo nie doszłam.

                    Ja mogę powiedzieć, że doszłam, to ta różnica, chyba zasadnicza. Nie czuję się też samotna. Wprost przeciwnie, chyba lubię być sama. Przez jakiś czas byłam z kimś, nie mam mu nic do zarzucenia - ale nie przerodziło się w nic poważniejszego.


                  • eicron Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 19:12
                    mia17 napisała:

                    > ale po prostu jest wiele takich chwil, w których czuję się strasznie samotna, j
                    > est mi smutno - za siebie i za córkę. nie mogę powiedzieć, że doszłam do siebie
                    > po rozwodzie - bo nie doszłam. i zastanawiam się, kiedy i czy w ogóle to nastąpi.

                    Nastąpi. Chyba że będziesz się bardzo starała, ale nie sądzę wink
      • promenadowa Re: A ja nie umiałam wybaczyć 25.03.14, 22:45
        u mnie identycznie, dowiedziałam się że zdradził, potwierdził i kilka godzin później Go nie było. W maju minie rok, w czerwcu II rozprawa - jestem typem kobiety, która kocha do bólu, ale jak zawiedziesz... UCIEKAJ!
        Teraz odradzam się na nowo, smakuję każdy dzień i kompletnie nie narzekam na puste łóżko, łóżko które kojarzy mi się z moją naiwnością, kiedy czekałam na Niego... a On już grzał inne stopy.
        Miejcie siłę odradzać się na nowo big_grin
    • tricolour A najlepsze będzie to... 25.03.14, 23:52
      ... że gdy się już otrząśniesz, poskładasz w całość, to znajdziesz sobie faceta. I wtedy nie będzie Ci przeszkadzało, że ów facet nie wiadomo ile kobiet miał i co z nimi wyprawiał albo - nie daj Boże - żonę miał i - jeszcze gorzej - dzieci ma.

      Tak sobie myślę, że to nie ex "zniszczył szczęście 3 osób" tylko Ty.
      • kasper254 Re: A najlepsze będzie to... 26.03.14, 07:25
        1.Cholera, Tri, jak mądrze piszesz. Nie umiałbym inaczej, lepiej, celniej.
        2.No to teraz, miacasa, umiesz żyć "dzisiaj", tą najdoskonalszą formą, jaką wymyślili wolni Grecy: "hic et nunc". Nieważne, jakie były powody, ale dobrze, że umiałaś unieść się ponad to popiskiwanie feministek i innych poszukiwaczy pereł... no, no, - szczęścia. Berlynei pozostanie karmić się złudzeniami. Do czasu. Aż klapnie na tyłku i zrozumie, że wszystko, co było poza, nie jest warte funta kłaków. Jej miłość do dziecka także. I ona sama. Gdy nie ma czasu, zdarzenia mają moc ostateczną. Procesy też. I miłość. Żeby to zrozumieć, trzeba mieć kochać i nie rozwalać na milion drobiazgów jednorazowego wejścia do pochwy bezrozumnego, bezgłowego członka. Ale jak to zrozumieć, gdy ani miłości, ani wyobraźni, a tylko tupet młodzieńczy pozostał...
        • tricolour A co to znaczy MA? 26.03.14, 10:40
          MA czyli zamoczył ogóra czy MA czyli porzucił rodzinę i się wyprowadził?

          Bo to nie porzucił tylko zamoczył. Fakt - zdrada.

          Ale co jest gorsze: zdradzić małżonka czy rozwalić małżenstwo i podeptać interesy dziecka?
          • luciva Re: A co to znaczy MA? 26.03.14, 11:36
            Nie upraszczaj - zdradził, nadużył zaufania, bez zaufania nie ma małżeństwa.
            Czyli swoim zamoczeniem, jak brzydko to nazywasz, rozwalił małżeństwo, bo oszukał, skoro raz to zrobił, można bac się że zrobi po raz drugi.
            Nie uszanował żony.
            Nie ma małżeństwa bez szacunku, zaufania, itd.
            to chyba jasne?
            A zdaje się, że interesem dziecka nie jest posiadanie smutnej mamy?
            Zresztą. Ty też wszak podeptałeś interesy dziecka, czyż nie? czemu się rozwiodłeś? bardziej patrzyłeś na swoje dobro? nie dziecka?
      • berlynea Re: A najlepsze będzie to... 26.03.14, 08:50
        tricolour napisał:
        > . I wtedy nie będzie Ci przeszkadzało, że ów facet nie wiadomo ile kobiet miał
        > i co z nimi wyprawiał albo - nie daj Boże - żonę miał i - jeszcze gorzej - dzie
        > ci ma.

        Już się otrząsnęłam.
        Ani mój eks-mąż dla mnie nie był pierwszym partnerem, ani ja dla niego, więc nie przypisuj mi, proszę, mentalności pensjonarki. Poza tym chyba widzisz różnicę między sypianiem z innymi przed związkiem a w trakcie związku?

        > Tak sobie myślę, że to nie ex "zniszczył szczęście 3 osób" tylko Ty.

        Mam pytanie: czy żona Cię kiedyś zdradziła? Wybaczyłeś?
        Jeśli nie, to czy jesteś pewny, że wybaczyłbyś, gdyby to się zdarzyło? Wybaczył, czyli umiał nie myśleć i żyć z nią pod jednym dachem?
        Odpowiedz sobie, mnie nawet nie musisz.
        • kachaa17 Re: A najlepsze będzie to... 26.03.14, 09:42
          Strasznie mi przykro, że tak się u ciebie stało. Przykro mi tez, ze nie umiałaś wybaczyć. Ale nie ma nic na siłę. Ja nigdy nie zostałam zdradzona ( a przynajmniej nic o tym nie wiem) i nie wiem jak to jest. Pewnie byłoby ciężko wybaczyć coś takiego choć z drugiej strony to był jeden raz (nic nie znaczący) a ludzie błądzą. Ja wiem, że gdybym była zdradzona i mąż by tego żałował, nic to by dla niego nie znaczyło to wolałabym o tym nie wiedzieć, oczywiście gdyby nikt poza nimi też tego nie wiedział. Tak bym wolała choć zawsze opowiadałam się za całkowitą szczerością w związku. Znając siebie zagubiłabym się w analizowaniu całej sytuacji.
          A wracając do ciebie, to skoro nie umiałaś wybaczyć to po prostu zatroszczyłaś się o siebie. I to jest chyba najważniejsze. Niewiele osób na to stać.
        • tricolour No i mamy clou problemu... 26.03.14, 10:36
          ... "Wybaczył, czyli umiał nie myśleć" - dla Ciebie problemem nie jest zdrada tylko Twoje myśli o tej zdradzie. To na tym polega problem, że nie przestałaś myśleć. I dlatego to przez Ciebie się małżeństwo rozwaliło.

          Ale bądźmy szczerzy: zdrada była punktem zapalnym. Ja jej nie usprawiedliwiam tylko nadaję właściwy wymiar: facet zdradził, ale chciał to naprawić. Cały czas zresztą chce. Ale teraz to Ty stoisz na przeszkodzie, bo urażone ego wzięło górę nad wszystkim, nawet nad interesem dziecka.

          A najbardziej żałosne jest to, że do związku wchodziliście już używani przez innych, a Ty nagle robisz z siebie dziewicę.
          • gustavo.fring Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 10:39
            tricolour napisał:

            > Ale bądźmy szczerzy: zdrada była punktem zapalnym. Ja jej nie usprawiedliwiam t
            > ylko nadaję właściwy wymiar: facet zdradził, ale chciał to naprawić. Cały czas
            > zresztą chce.

            Naziści w 1945 też chcieli "naprawiać" holocaust.
          • chalsia Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 10:55
            dla Ciebie problemem nie jest zdrada t
            > ylko Twoje myśli o tej zdradzie. To na tym polega problem, że nie przestałaś my
            > śleć. I dlatego to przez Ciebie się małżeństwo rozwaliło.
            Ale teraz to Ty stoisz na przeszkodzie, bo urażone ego wzięło gór
            > ę nad wszystkim, nawet nad interesem dziecka.

            może to urażone ego, a może nie - może po prostu ona nie widzi mozliwości bycia z kimś:
            - do kogo nie ma już zaufania,
            - kto był nielojalny,
            i być może nie chce żyć w stanie napięcia/niepokoju czy aby na pewno jest tak, jak jej się wydaje (bo już raz okazało się, że tak nie było)

            faktem jest, że IMHO nie wykonała calej możliwej pracy (terapia małżeńska) przed podjęciem ostatecznej decyzji o rozstaniu
            • berlynea Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 11:52
              chalsia napisała:
              > może to urażone ego, a może nie - może po prostu ona nie widzi mozliwości bycia
              > z kimś:
              > - do kogo nie ma już zaufania,
              > - kto był nielojalny,
              > i być może nie chce żyć w stanie napięcia/niepokoju czy aby na pewno jest tak,
              > jak jej się wydaje (bo już raz okazało się, że tak nie było)

              To wszystko prawda. Dodatkowo urażonego ego nie da się oddzielić od braku zaufania i wyliczyć w proporcjach, że np. jedna po zdradzie ma szlachetniejsze odczucia, bo w jej żalu jest 20% urażonego ego, a 80% braku zaufania, a u innej proporcje wynoszą 50/50%, więc jest to mniej szlachetne.

              > faktem jest, że IMHO nie wykonała calej możliwej pracy (terapia małżeńska) prze
              > d podjęciem ostatecznej decyzji o rozstaniu

              Przecież nie możesz wiedzieć, że nie wykonałam całej możliwej dla mnie pracy.

              U psychologa byłam dwa razy (po jednym razie u 2 różnych osób) - było to po namowie mojej mamy. Okazało się dla mnie bardzo trudne, a także nic mi nie dało (prócz dodatkowego stresu właśnie). Wiesz, nie każdy nadaje się do psychologa.
              • chalsia Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 12:32
                > Przecież nie możesz wiedzieć, że nie wykonałam całej możliwej dla mnie pracy.
                >
                > U psychologa byłam dwa razy (po jednym razie u 2 różnych osób) - było to po nam
                > owie mojej mamy

                no to właśnie potwierdzasz, że nie wykonałaś całej możliwej pracy, bo byłaś u psychologa TYLKO 2 razy, a w ogóle nie byłaś z MĘŻEM na terapii małżeńskiej.
                2 wizyty to jest nic.

                Okazało się dla mnie bardzo trudne, a także nic mi nie dało (p
                > rócz dodatkowego stresu właśnie).

                bo to z założenia jest trudne i czesto bolesne i stresujące, ale jak człowiekowi zależy to się temu poddaje (pobieranie krwi czy depilacja mechaniczna czy woskiem też są bolesne)
                nic Ci nie dało, bo 2 razy to nic

                >Wiesz, nie każdy nadaje się do psychologa.

                to taka sama bzdura jak Tri tekst o "byciu używaną"
                przeczytaj sobie na tym forum wątek forum.gazeta.pl/forum/w,24087,149308163,149308163.html?v=2&f=24087&w=149308163&a=149308163&wv.x=0
                • berlynea Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 13:47
                  @ noname
                  Masz rację, niektórzy wyżywają się, i prawdopodobnie zmieniają życie w piekło sobie i najbliższym, a potem może wszystko tak czy inaczej rozpada się.
                  Tak, próbowałam wybaczyć. Pierwsze miesiące, nawet gdy już mieszkałam osobno, też były rodzajem próby.

                  @ Chalsia
                  Ok, za link dziękuję, przeczytam dokładnie. Tylko jestem pewna, że to nic nie zmieni.
                  Czy po zdradzie musiało mi aż tak zależeć? Czy próbowanie do skutku psychologa - dla par, czy indywidualnie - było moim obowiązkiem, jeśli po 2 razach uznałam, że to nie dla mnie, że nie mogę czy nie chcę?
                  Nie myśl sobie, że nie miewałam czy nie mam wątpliwości (może nawet czegoś na kształt wyrzutów?) Były kilka razy trudne chwile, przy których pytam siebie „Może jednak?”. Jakiś czas temu były leżał w szpitalu. Poszłam z synkiem go odwiedzić. Był bardzo zaskoczony moją obecnością i wydawało mi się, że czeka, aż coś powiem, że to coś znaczy i coś się zmieniło. Wyglądał w ogóle marnie, szkoda mi się go zrobiło. Wtedy właśnie był taki moment.
                  Jednak na takie pytanie odpowiedziałam sobie uczciwie: Nie, nie dam rady - gdyż nie wyobrażam sobie sytuacji, że teraz znowu odkręcam wszystko (i mącę dziecku, jego ojcu, innym w rodzicie też) tylko po to, żeby spróbować i dojść do wniosku, że jednak nie.
              • tricolour Dwa razy u psychologa... 26.03.14, 13:34
                ... napisz proszę: gdybyś dwa razy bezskutecznie poszła do stomatologa z bolącym zębem, to byś potem zrezygnowała? I resztę życia chodziła z bólem?

                A do ginekologa też poszłabyś tylko dwa razy gdyby coś się źle działo? A potem byś się rozwiodła ze swoją dolną połową?

                To dlaczego do psychologa tylko dwa razy?
          • kachaa17 Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 11:15
            "A najbardziej żałosne jest to, że do związku wchodziliście już używani przez innych, a Ty nagle robisz z siebie dziewicę. "

            twoje podejście do tej sprawy jest dla mnie porażające. "Używani przez innych" - sprowadzasz ludzi do przedmiotów.
          • berlynea Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 11:33
            tricolour napisał:
            > ... "Wybaczył, czyli umiał nie myśleć" - dla Ciebie problemem nie jest zdrada t
            > ylko Twoje myśli o tej zdradzie. To na tym polega problem, że nie przestałaś my
            > śleć. I dlatego to przez Ciebie się małżeństwo rozwaliło.


            Wiesz, ciekawy z Ciebie przypadek. Piszesz bardzo piękną polszczyzną i robisz wrażenie inteligentnego człowieka, ale wnioski wyciągasz dość... dziwaczne.
            Gdy coś się wydarzy, chyba naturalne jest, że człowiek o tym myśli. To coś zarówno jest problemem, jak i o tym się myśli. Czy ktokolwiek posiada umiejętność wyłączania myśli i odczuć na życzenie?
            Małżeństwo rozpadło się z powodu zdrady męża, a nie przez żonę, która nie chciała być z nim po tej zdradzie; żałuję, że jednak nie poprosiłam Cię o odpowiedź na moje pytanie.

            > A najbardziej żałosne jest to, że do związku wchodziliście już używani przez in
            > nych, a Ty nagle robisz z siebie dziewicę.

            Robię dziewicę? smile
            Czyli "używani" z automatu oznacza "ci, którzy nie muszą być wierni, a jak się zdarzy, to nie problem, bo są używani"?
            • tricolour Fakty należy odzielić... 26.03.14, 13:25
              ... i jednym faktem jest zdrada męża. Paskudna, bez usprawiedliwienia. Ale fakt zdrady na tym się kończy.

              Bo drugim faktem jest to, że to Ty wniosłaś sprawę o rozwód. To była Twoja decyzja. Owszem, ta decyzja ma swoje podstawy, nawet ważne, ale to WYŁĄCZNIE TWOJA DECYZJA. Więc nawet jeśli powodem rozwodu jest zdrada, to Ty - jako strona dążąca do rozwodu - rozwaliłaś to małżeństwo. I jakbyś nie kombinowała, to dokładnie tak jest: mąż zdradził, Ty wykonałaś wyrok.

              Jeśli zaś tak bardzo Cie interesuje ewentualna zdrada mojej zony, to taka zdrada jest wręcz wliczona w każdy związek. Wliczona w sposób naturalny, bo i ja nie wiem co mnie w życiu spotka więc nie mam prawa - w moim odczuciu - wymagać na przyszłość - rzeczy, których nie wymagam od siebie wyłącznie z racji nieznajomości przyszłości.

              A gdybym stanął przed wyborem: ciężka choroba żony kontra zdrada, to bym jej podsunął z dziesięciu fajnych kolegów, byle tylko zdrowa była.
                    • eicron Re: Gdybym przysiągł wierność sklepowi... 26.03.14, 21:16
                      sitniczek napisała:

                      > eicron napisał:
                      > >
                      > > Tyle że dla mnie małżeństwo to nie umowa między dwoma stronami.
                      >
                      > Nie? A co innego niż umowa na wspólne życie? Deklaracja, zgoda, współdziałanie,
                      > jak zwał tak zwał...

                      Właśnie nie jak zwał tak zwał. Umowa to określenie wzajemnych praw i obowiązków, sankcji w przypadku ich niewykonywania oraz warunków rozwiązania umowy. Umowa obowiązuje tak długo jak przynajmniej jednej ze stron to pasuje - jeśli nie to po umowie. Zawierając umowę musisz się liczyć z tym, że druga strona może znaleźć sobie kogoś, kto mu zaoferuje więcej i wtedy zawrze umowę z kimś innym. Umowa nie przewiduje też wszystkich możliwości, bo ich przewidzieć się nie da w przypadku przyszłego wspólnego życia. Dla mnie być z kimś, bo się kiedyś ustaliło wzajemne prawa i obowiązki, jest po prostu bez sensu.
          • noname2002 Re: No i mamy clou problemu... 26.03.14, 11:49
            A najbardziej żałosne jest to, że do związku wchodziliście już używani przez in
            > nych, a Ty nagle robisz z siebie dziewicę.

            To najbardziej żałosny argument jaki czytałam na tym forum. Jakby w momencie ślubu była dziewicą, to by mogła mieć pretensje, że mąż zdradził?!

            Dziewczyna sama pisze, że bardzo chciała wybaczyć ale jej się nie udało, więc ja osobiście ją szanuję za to, że w tym momencie odeszła, zamiast jak niektóre kobiety latami się na mężu za tą jednorazową zdradę wyżywać.
            • tricolour Gdyby bardzo chciała... 26.03.14, 13:42
              ... to by nad wybaczeniem pracowała. Ale nie pracowała (dwa razy u psychologa, zero terapii małżeńskiej), to jej się nie udało.

              Tak więc bardzo trafnie napisałaś ponieważ "udać się" to może rzut kamieniem do odległego celu. Ale najczęściej się nie udaje z braku wprawy.
                • tricolour Może nie latać po terapiach... 28.03.14, 10:27
                  ... mnie wali w mój kwadratowy łeb czy ona lata, za czym lata i dokąd doleci.

                  Ale gdy pisze, że mąż zrobił wszystko, by zdradę jakoś naprawić, o ona jak to bardzo chciała też, to wytykam jej, że dwie wizyty u psychologa to żadne wielkie bardzochcenie tylko zwyczajna olewka. A gdy się coś olewa, to o sukcesie mowy być nie może.

                  Poza tym mój kwadratowy łeb nie mówił, że ona coś ma naprawiać i się starać. Nie mówił też że ma latać po terapiach. Mówił, że ma skutecznie coś załatwić u psychologa. Nie trzeba być przy tym latawicą - wystarczy odrobina konsekwencji. Tyle, że konsekwencję zeżarło taplanie się w poczuciu krzywdy.
    • sitniczek Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 11:26
      I dobrze. Bo to nie Twoją powinnością jest wybaczyć po zdradzie, tylko jego było nie pakować się w inną babkę. Nie Ty jesteś winną rozpadu małżeństwa, tylko facet, który Cię zdradził. Co? Nie przewidział, że zdrada może spowodować rozwód? Oh, biedny żuczek, taki niedomyślny...
      • berlynea Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 11:41
        @ kacha17 - właśnie, na siłę nie da się
        @sitniczek: jak można zauważyć, niektórzy zrzucają winę nie na zdradzającego, tylko drugą osobę, która nie wybaczyła. Tylko moim zdaniem zawsze trzeba się z tym liczyć, że ktoś nie wybaczy.
        • kasper254 Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 13:21
          1.Odpowiedzialny człowiek ujmuje w strategii decyzji nie tylko złe, ale także dobre czyny. W założeniach jednej z fundamentalnych koncepcji sprawiedliwości niesprawiedliwym jest takie działanie, które nie ujmuje utraty korzyści dla najsłabszego, dla tego, który ma nierównoprawny start w stosunku do innych.
          2.Idąc śladem niektórych meandrów wątku należałoby Niemców -za holokaust -zagazować ostatecznie, Amerykanów - za miliony pomordowanych Murzynów i Indian - wysłać w kosmos itd. A tu proszę; my z jednymi handlujemy, a drugich kochamy, uwielbiamy wręcz.
          3.Na szczęście - pewnie tylko młodzi lub głupi są tak zapalczywi, tak żywo czyniący się pępkiem świata, że w imię tego (pępka - nie dziecka) i nie świata - mogą tak okropnie krzywdzić - najbliższych, jak mówią. Czy można uwierzyć w miłość matki do dziecka, gdy kradnie mu przyszłość? Myślę, że taki rygoryzm moralny, taka fascynacja sobą, kiedyś zdewaluuje się. Co wtedy? Kiedyś pewna kobieta mówiła: "nie pomoże czerwień, róż, kiedy dupa stara już". Wcale się nie dziwę, gdy leciwe aktorki poprawiają sobie waginy. Może gdyby poczytały taki chór aprobacji, jak w tym wątku, taki brak empatii dla skrzywdzonego dziecka, poprawiałyby sobie także uda i pośladki. Hurtem. No nie, nie autorzy aprobacji, ale aktorki. Jeszcze nie leciwe. Przed leciwością.
          • mia17 Re: A ja nie umiałam wybaczyć 26.03.14, 13:30
            zarzucasz kobiecie, które została zdradzona "brak empatii dla skrzywdzonego dziecka"...?
            nie rozśmieszaj mnie.
            głupszego zdanie w życiu nie czytałam!
            czyli co - Twoim zdaniem powinna była zdradę zaakceptować, przełknąć, wybaczyć i żyć z mężem dalej - DLA DOBRA DZIECKA???
        • tricolour Manipulujesz... 26.03.14, 13:31
          ... i tak sobie myślę, że manipulacja to forma obrony przed samą sobą.

          Bo nikt winy ze strony zdradzającej nie zdejmuje. Nikt. Natomiast czym innym jest zdrada, a czym innym wymierzenie "sprawiedliwości" na oślep czyli rozwód. Bo rozwód zaszkodził Tobie, dziecku i mężowi. To po co był? Co on dobrego wniósł?

          Napisz uczciwie: co w tej zdradzie było najbardziej dojmującego? Co przeszkodziło wybaczyć?
          • argentusa Re: Manipulujesz... 26.03.14, 13:48
            no nie jestem autorką, ale:

            ja tam przyjmuję, że rozwód to KONSEKWENCJA działań eksia autorki.
            I już. Być może to małżeństwo nie było takie cacy idealne i zdrada wystarczyła na podjęcie takiej a nie innej decyzji.
            U mnie WYSTARCZYŁA. A decyzja eksia o emocjonalnym niepowracaniu do rodziny wzmocniła takie przekonanie u mnie. Bo żoną to ja mogłabym być jeszcze dłuuuugo. I żyć spokojnie w "pełnej rodzinie". Pełnej pretensji z mojej strony, of kors.
            Ale, ja lubię jasne i czyste układy. I wcale nie uważam, że rozwód to wyłącznie moja wina, bo ten kwitek byłam uprzejma wysłać i opłacić samodzielnie.
            Tri pitolisz jak potłuczony, że aż miło poczytać. Ludzie mają różnie.
            W mojej opinii autorka wątku miała wystarczająco usprawiedliwione prawo wnieść o rozwód. Bowiem, ludzie mają różne systemy wartości i różne sprawy są dla nich najważniejsze.
            I dlatego szanuję Tri za pogląd "wolę małżeństwo", choć WCALE nie uważam, że małżeństwo jest lepsze od związku nieformalnego, jeśli w obu gatunkach kohabitacji jest miłość, szczerość i wsparcie przynależne DOBRYM związkom.
            Ar.
            • berlynea Re: Manipulujesz... 26.03.14, 14:38
              @Tricolour
              > Jeśli zaś tak bardzo Cie interesuje ewentualna zdrada mojej zony, to taka zdrad
              > a jest wręcz wliczona w każdy związek
              Czy zdrada „wliczona w każdy związek” oznacza Twoją odpowiedź, że wybaczyłbyś?
              > Napisz uczciwie: co w tej zdradzie było najbardziej dojmującego? Co przeszkodzi
              > ło wybaczyć?
              Poczucie niesprawiedliwości i krzywdy.

              @ Argentusa: Jak już pisałam, nikt nie musi mi wierzyć, że nasze małżeństwo było bardzo dobre.
              I powtórzę tylko: dlatego właśnie to było takie okropne!
              • tricolour Tak, wybaczyłbym... 26.03.14, 14:44
                ... i żył z bólem. Wybaczyłbym raz, za drugim razem bym odszedł... einmal is keinmal, zweimal ist einmal zu viel.

                "Poczucie niesprawiedliwości i krzywdy" - a co z miłością?
                • berlynea Re: Tak, wybaczyłbym... 26.03.14, 14:51
                  No cóż, dziękuję za odpowiedź. Jeśli byś wybaczył, to gratuluję. Wprawdzie wciąż tego nie wiemy na pewno (bo nie zdarzyło się), ale zakładam Twoją szczerość i znajomość własnej psychiki.
                  Zatem dochodzimy do wniosku, że zabrakło mi miłości. Może. Ale to nie zmienia faktu, że zdradzając, należy się z tym liczyć (że zdradzony nie da rady - z różnych powodów).
                  • tricolour Ja też tego nie wiem na pewno... 26.03.14, 14:57
                    ... bo nie znam przyszłości.

                    Pisząc "wybaczyłbym" powinienem napisać "noszę w sobie zgodę, gotowość na wybaczenie zdrady". Ufam, że tego nie zrobi, nie mam żadnych podstaw, by sądzić, że mnie zdradzi. Nigdy mnie w niczym nie zawiodła. Dlatego noszę w sobie taką zgodę.

                    Przecież którego dnia na pewno umrze. To co znaczy zdrada?
                    • berlynea Re: Ja też tego nie wiem na pewno... 26.03.14, 16:53
                      tricolour napisał:

                      > Pisząc "wybaczyłbym" powinienem napisać "noszę w sobie zgodę, gotowość na wybac
                      > zenie zdrady". Ufam, że tego nie zrobi, nie mam żadnych podstaw, by sądzić, że
                      > mnie zdradzi. Nigdy mnie w niczym nie zawiodła. Dlatego noszę w sobie taką zgod
                      > ę.

                      Dobrze, że to jednak sprecyzowałeś.
                      A wiesz, że wszystkie Twoje słowa od "Ufam..." byłam gotowa wygłosić kiedyś również?

                      Ty mi więc mówisz o braku miłości, ja Tobie - że gdy wszystko spada Ci na głowę, mogą wyzwolić się demony, które niszczą miłość.
                • sitniczek Re: Tak, wybaczyłbym... 26.03.14, 14:55
                  Jego miłość poszła się....
                  Jej miłość znaczy dla niego tyle co nic. A dla niej? Jeśli go nadal kocha, ma w jej imieniu udawać, że deszcz pada? Co jej da, że ona go kocha, skoro on wolał inną. Pamiętaj tric, w pierwszej kolejności trzeba SIEBIE kochać.
                  Żył z bólem. A nie lepiej.. bez? Pan deklarację złożył, woli inną niż tą! żonę i dziecko, sprawa jasna.
          • sitniczek Co dobrego? 26.03.14, 13:55
            A choćby to, ze nie śpi w jednym łóżku z facetem, który ją oszukał, zdradził, umoczył w jakiejś cizi, może jakby syfa jakiegoś złapał to jeszcze pożałować go trzeba i leki kupić? GODNOŚĆ, wiesz co to? Jakoś pan się nad sprawiedliwością nie zastanawiał jak pannę bzykał. A potem zdziwko, że żona go już nie chce?
            Co przeszkodziło wybaczyć? A może strach, że to nie był pierwszy raz, nie ostatni? Może jeszcze pana zrozumieć należy i w razie następnych sprzyjających okoliczności podesłać nową pannę, coby sobie ulżył? A zdradzona żona to pies? Kopniesz ją, to wróci?
            • tricolour A Ty jesteś może cizią? 26.03.14, 13:59
              Gdy jakiś pan w Tobie macza, to jesteś dla siebie cizią? To dlaczego nazywasz tak inne kobiety?
              A zastanawiasz się czy jakiegoś syfa komuś nie sprzedasz gdy z kimś sypiasz? To dlaczego traktujesz tak podle inne kobiety?

              Dlaczego seks kobiet traktujesz z takim syfiastym obrzydzeniem?

              To cały problem tylko z seksem? To dlaczego seks przedmałżeński nie był syfiasty dla cizi?
              • blue_ania37 Re: A Ty jesteś może cizią? 26.03.14, 14:03
                Skąd w Was kobitki tyle nienawiści?
                Te cizie, gadanie o godności....
                Wszyscy niewinni i biali, te nienawiść do eksów aż biję po oczach.
                Można się tak zafiksować na tym?
                Ja bym wybaczyła zdradę, też zostałam zdradzona i wiem, że to boli, i bolało.
                Ale nie było to powodem rozwodu i gdyby moje małżeństwo było fajne bym walczyła o małżeństwo z godnością o nas o nasze dzieci.
                A nie o to by być rozwódką.
                A
                • tricolour Bo tak prawdę mówiąc... 26.03.14, 14:12
                  ... to mnie boli, że moja zona miała wcześniej jakichś facetów. A ją boli - wiem, bo gadaliśmy - że ja miałem inne kobiety. A znów ona się cieszy z tych facetów, a ja się ciesze z tych kobiet.

                  Więc ta nasza "zdrada" w przyszłości to leży na krzyż między bólem, a radością i oboje o tym wiemy.

                  • lukrecja74 Re: Bo tak prawdę mówiąc... 26.03.14, 14:41
                    Związek formalny czy też nie nie ma większego znaczenia dla uczuć łączących dwojga ludzi , świadomość jaką niesie zdrada nie jest dostrzegana jednakowo u partnerów.Tak dokładnie mówiąc -Prawda boli tylko raz a Kłamstwo za każdym razem-. Brak porozumienia obojga jest najważniejszym problemem aby nie powiedzieć przeszkodą na przyszłość jak i teraźniejszość.
                  • argentusa Re: Bo tak prawdę mówiąc... 26.03.14, 16:54
                    No to Twoja żona ma inaczej niż ja. Mnie nie bolą inne panie w przeszłości Obecnego. - już kiedyś o tym pisaliśmy smile.
                    Naprawdę NIE MA to żadnego znaczenia. I już. Obecnego też, bowiem przeszłość to przeszłość a teraźniejszość to teraźniejszość.
                    Tri, mi tu jakoś ciągle wraca Toja potrzeba "zresetowania" życia. Jak poważny związek to od razu tylko ślub - bo wtedy to "tak naprawdę". Jak związek to "najlepiej z dziewicą" - i przeszłość boli. ...itp. Tak przemożna chęć "zupełnie od nowa".
                    Naprawdę są ludzie, którym to lotto koncertowo. Ale rozumiem, że Tobie nie. I to też fajne, że ludzie różni są.
                    Ar.
              • sitniczek Re: A Ty jesteś może cizią? 26.03.14, 14:15
                Ale ja nie mam pretensji do kogoś z kim bzyknął, mogła sama nie wiedzieć że pan jest żonaty.
                Chodzi o pana, który umoczył, a potem przeszedł do porządku dziennego.
                W żaden związek nie wliczam kalkulacji na zdradę. Nie biorę jej pod uwagę, bo albo jestem z kimś, albo nie. Ja nie zdradzam i tego samego oczekuję od drugiej strony. Skoro pan kobietę zmienił, to może i lepsze dziecko znajdzie? Czemu nie? Co za różnica...
                A jeśli chodzi o seks kobiet jestem jak najbardziej za! Syfów nie mam.
                • tricolour Czyli gdy kobieta zdradzi... 26.03.14, 14:21
                  ... to definitywnie facet może wystąpić o rozwód, bo "albo z kimś się jest albo nie". OK.

                  Poczekam na Twoje posty gdy napisze kobieta, która zdradziła. Dotychczas nie pamiętam, byś zajęła takie stanowisko...
                  • sitniczek Tak. 26.03.14, 14:24
                    Dla mnie zdrada=do widzenia. Nie pochwalam, niezależnie czy to kobieta, czy facet zdradził. Świństwo i tyle.
                      • sitniczek Re: A widzisz - mamy różnie... 26.03.14, 14:38
                        Można i tak.. Ja bym nie mogła tego oddzielić. Bo jak żyć z człowiekiem, którego penis/pipka chodzi jak chce... Dziś śpimy tu, jutro tam, pojutrze się zobaczy... Dzisiaj panią boli łeb, więc idziemy do innej. Dziś pan wraca później z pracy, to idziemy po kolegę? Niee..
                        • tricolour Ale to było raz... 26.03.14, 14:48
                          ... rozumiesz. Zdarzyło się raz tak jak wiele rzeczy w życiu zdarza się raz, by się nauczyć.

                          Nie mówimy o regularnym szmaceniu się tylko o tym, że w małżeństwie - jak pisze koleżanka - wszystko się układało, byli szczęśliwi, facet raz zdradził, a ona rozwiodła.

                          Przecież nie pisze, że mąż zdradził sto razy...
                          • sitniczek Co z tego? 26.03.14, 14:58
                            Raz. I wystarczy. Raz podbite oko też nie jest powodem do rozwodu? Skoro mógł raz, dlaczego nie 50? Jaką ona może mieć gwarancję, że to był jeden raz, że się nie powtórzy? Żadnej. Może niektórzy liczą do pierwszej setki, niektórym jeden raz łamie serce.
                              • sitniczek Re: A Ty masz taką zasadę? 26.03.14, 16:40
                                A i owszem. Mój mąż (były już) uderzył mnie 1 raz. Tego dnia przestał być mężem, następnego został wyrzucony z domu. A może miałam mu wybaczyć? I udawać że nie ma problemu, bo następnego dnia przepraszał?
                                  • sitniczek Co Ty bredzisz? 26.03.14, 19:33
                                    Porównujesz dziecko i jego sposoby na mamę z 35 letnim facetem, który bije? Hm.. Pogratulować tylko pomysłu i argumentu.
                                    Staram się wychowywać go tak, żeby na nikogo nigdy nie podniósł ręki. Wliczając mnie wink
                                    Jest dzieckiem póki co, zdarzyło mu się w ramach focha próbować mnie uderzyć, czasem trafi. Nie odpowiadam mu tym samym, oczywiście, staram się tłumaczyć co i jak i dlaczego (póki co wierzy, że jak na mamę rękę podnosi to mu ta uschnie i odpadniewink. Za czyny dorosłego nie będę odpowiadać, ale nie jestem z tych, którzy nie reagują na przemoc.
                                    Nie przewiduję takiej sytuacji, nie wiem, jakbym zareagowała, czy nie odpowiem tym samym. (Podejrzewam, że wolałby nie ryzykować). Musiałabym nie wiem jakie gigantyczne błędy wychowawcze popełnić, żeby moje dziecko na mnie rękę podniosło. Ale, jakby, odpukać, zdarzyło się, że stanę się wrogiem dla niego, tak, w dniu 18 urodzin wyfrunie z domu na kopach. Happy?
                                  • argentusa Re: A gdy syn uderzy Cię raz... 26.03.14, 21:27
                                    TAK, dziecko nastoletnie (powyżej 13 r.z. -bo to już ograniczona zdolność do czynności prawnych) uderzające mamę WYLATUJE z domu. Od ręki. A co najmniej jest zgłaszane na policję. I ja nie żartuję. Wezwałam policję w mniej drastycznym rodzinnym przypadku. I spokój jest. Chociaż niedowierzanie obiektu słownieagresywnego było niepomierne. Jak tak mogę na rodzinę policję wezwać???
                                    Dwulatek nierozumiejący nie wylatuje. Takie to trudne do zrozumienia?
                                    • tricolour Śmiać mi się zwyczajnie chce... 26.03.14, 21:41
                                      ... bo gdy mam jakieś radykalne poglądy, to się bandą ze mną spieracie, że źle. Bo świat nie jest czarno-biały.

                                      Teraz gdy nie chcę za pierwszy "skok z bok" żony z domu na zbity pysk wywalać - też źle. Trzeba - Waszym zdaniem - wywalić, bo godność zdeptana choć akurat moja godność nie od kobiecej cipy zależy. Gdy dziecko rękę podniesie to wywalić, choć to dziecko rodzice przecież wychowali na takie, co rękę podnosi.

                                      I dlatego śmiać mi się chce.
                            • eicron Re: Co z tego? 26.03.14, 19:27
                              sitniczek napisała:

                              > Raz. I wystarczy. Raz podbite oko też nie jest powodem do rozwodu? Skoro mógł r
                              > az, dlaczego nie 50? Jaką ona może mieć gwarancję, że to był jeden raz, że się
                              > nie powtórzy? Żadnej. Może niektórzy liczą do pierwszej setki, niektórym jeden
                              > raz łamie serce.

                              Gwarancję że zdrada się nie powtórzy ma dokładnie taką jak przy zakładaniu związku że jej nie zdradzi ani razu.

                              Zdrada to nie to samo co przemoc, więc przykład z podbitym okiem nietrafiony.
                                • eicron Re: Co z tego? 26.03.14, 21:10
                                  sitniczek napisała:

                                  > Niee, zdrada nie boli... Nic a nic. Sama przyjemność być spuszczonym w kanał.

                                  A to a propos czego? Bo nie widzę związku z moją wypowiedzią, do której się odnosisz.
                                    • eicron Re: Co z tego? 27.03.14, 00:48
                                      sitniczek napisała:

                                      > Że zdrada to nie przemoc...

                                      Tzn. uważasz że zdrada to przemoc dlatego że zdradzając zadaje się ból się drugiej osobę?
                                      • sitniczek Re: Co z tego? 27.03.14, 07:41
                                        Jest to dla mnie oczywista oczywistość. Istnieje na świecie oprócz fizycznej, także psychiczna przemoc. Ja do niej zaliczam zdradę. I myślę, że nie jestem w tym odosobniona.
                                        • chalsia Re: Co z tego? 27.03.14, 08:48
                                          psychiczna przemoc. Ja do niej zaliczam zdradę. I myślę, że nie jestem w t
                                          > ym odosobniona.

                                          myślę, że jednak jestes w tym poglądzie odosobniona
                                          przemocą psychiczną byłoby szantażowanie zdradą
                                          • sitniczek No nie wiem.. 27.03.14, 09:21
                                            Dla mnie to jest przemoc. Podeptanie drugiej osoby, sprowadzenie jej do poziomu podłogi, złamanie psychiki, zadanie bólu, zniszczenie zaufania, kompletny brak szacunku dla żony/męża.. To chyba nie wpływa pozytywnie na dobrostan człowieka.
                                            • chalsia Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:00
                                              > złamanie psychiki

                                              to nie dotyczy każdego

                                              kompletny brak
                                              > szacunku dla żony/męża

                                              to tez nie jest przemoc psychiczna

                                              >Podeptanie drugiej osoby, sprowadzenie jej do poziomu
                                              > podłogi

                                              to jest przenośnia, a nie opis konkretnego działania
                                              ponadto nie każdy zdradzony tak się czuje

                                              > To chyba nie wpływa pozytywnie na dobrostan człowieka

                                              wiele rzeczy nie wpływa pozytywnie na dobrostan człowieka, a mimo to nie są przemocą
                                              • chalsia Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:02
                                                a tu krótka definicja przemocy psychicznej

                                                Przemoc psychiczna to wywieranie wpływu na proces myślowy, zachowanie lub stan fizyczny osoby pomimo braku jej przyzwolenia przy użyciu środków komunikacji interpersonalnej.
                                                Typowymi środkami przemocy psychicznej są groźba, krzyczenie na kogoś, inwektywa, straszenie i molestowanie psychiczne.


                                                jak by nie patrzeć zdrada tu nie podpada
                                                • sitniczek Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:05
                                                  Skąd to wzięłaś?
                                                  "Typowymi środkami..." czyli nie wszystkimi. Tak, zdrada to sama przyjemność, pozytywnie wpływająca na małżeństwo, samoocenę i zdrowie psychiczne zdradzonego. Dlaczego więc nikt nie chce być zdradzonym?
                                                  • chalsia Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:13
                                                    ak, zdrada to sama przyjemność, p
                                                    > ozytywnie wpływająca na małżeństwo, samoocenę i zdrowie psychiczne zdradzonego.
                                                    > Dlaczego więc nikt nie chce być zdradzonym?

                                                    nie ma to jak wykręcać kota ogonem - przecież tego nikt nie twierdzi
                                                  • blue_ania37 Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:14
                                                    sitniczek napisała:

                                                    > Skąd to wzięłaś?
                                                    > "Typowymi środkami..." czyli nie wszystkimi. Tak, zdrada to sama przyjemność, p
                                                    > ozytywnie wpływająca na małżeństwo, samoocenę i zdrowie psychiczne zdradzonego.
                                                    > Dlaczego więc nikt nie chce być zdradzonym?


                                                    Kłótnia o zakupy też dobrze nie wpływa na małżeństwo samoocenę i zdrowie psychiczne a ciężko tu mówić o przemocy psychicznej.
                                                    Niie rób sobie jaj z przemocy psychicznej bo obrażasz dużo ludzi którzy jej doświadczyli.
                                                    Zdrada nie jest przemocą psychiczną!
                                                    A
                                                  • sitniczek Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:19
                                                    Wiesz, akurat jestem ostatnią osobą, która z tego robiłaby sobie jaja. Mam inne zdanie na ten temat i chyba nie warto się o to licytować, czyż nie? Kłótnia o zakupy... pojechałaś...
                                                  • chalsia Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:19
                                                    to sobie poczytaj co psychologowie na ten temat piszą - nie ma tam zdrady
                                                    ale oczywiście Ty możesz mieć inne zdanie, tylko nie wprowadzaj w błąd innych

                                                    portal.abczdrowie.pl/przemoc-psychiczna-w-malzenstwie
                                                  • sitniczek Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:32
                                                    Więc codzienne stwierdzenie męża typu: "idę pobzykać panią Jadzię z parteru", wyjście z domu i powrót z malinami na szyjce nie jest wg. Ciebie formą przemocy? Żonka z obiadem czeka, a nie w niebotycznym stresie? Okej.. Nikomu nie narzucam swojego zdania, wyrażam swoją opinię w tej sprawie i nie bardzo widzę "wprowadzanie w błąd". Akurat co psycholog to też inne zdanie na ten temat, a katalog zachowań przemocowych nie jest zamknięty z tego co wiem..
                                                  • blue_ania37 Re: No nie wiem.. 27.03.14, 10:38
                                                    Możemy rozmawiać o przemocy i zachowania przedstawione przez Ciebie noszą znamiona przemocy psychicznej.
                                                    Ale w opisywanym TUTAJ przypadku nie ma mowy, o tym że zona była zmuszana do oglądania malinek i wysłuchiwania tekstów o pani Jadzi z parteru.
                                                    Nikt z biorących udział w tej dyskusji też takich doświadczeń nie ma, przynajmniej nikt nie napisał.
                                                    To jest zupełnie inna kategoria zdrady.
                                                    Temat jaki jest to zdrada męża jednorazowa i niemoc autorki do próby wybaczenia to wszystko.
                                                  • mayenna Re: No nie wiem.. 27.03.14, 19:35
                                                    sitniczek napisała:

                                                    > Więc codzienne stwierdzenie męża typu: "idę pobzykać panią Jadzię z parteru", w
                                                    > yjście z domu i powrót z malinami na szyjce nie jest wg. Ciebie formą przemocy?
                                                    > Żonka z obiadem czeka, a nie w niebotycznym stresie? Okej.. Nikomu nie narzuca
                                                    > m swojego zdania, wyrażam swoją opinię w tej sprawie i nie bardzo widzę "wprowa
                                                    > dzanie w błąd". Akurat co psycholog to też inne zdanie na ten temat, a katalog
                                                    > zachowań przemocowych nie jest zamknięty z tego co wiem..

                                                    Ja myślałam że takie zachowanie to czyste chamstwo i k..stwo, ale przemoc brzmi dużo bardziej elegancko....

                                                  • eicron Re: No nie wiem.. 28.03.14, 00:44
                                                    sitniczek napisała:

                                                    > Więc codzienne stwierdzenie męża typu: "idę pobzykać panią Jadzię z parteru", w
                                                    > yjście z domu i powrót z malinami na szyjce nie jest wg. Ciebie formą przemocy?

                                                    Jeśli mąż robi to tylko i wyłącznie aby sprawić ból żonie i ją upokorzyć oraz pani Jadzia jest trzyworkowcem to jest to przemoc psychiczna, ale to sytuacja nie opisywana do tej pory w tym wątku.

                                                    > Żonka z obiadem czeka, a nie w niebotycznym stresie? Okej.. Nikomu nie narzuca

                                                    Po takiej deklaracji na temat pani Jadzi? To faktycznie z taką żoną jest coś nie tak.

                                                    A tak przy okazji skoro uważasz, że zdrada jest przemocą psychiczną, nie zapominaj o zakładaniu sprawcy niebieskiej karty.
                                                • eicron Re: No nie wiem.. 28.03.14, 00:37
                                                  chalsia napisała:

                                                  > a tu krótka definicja przemocy psychicznej
                                                  >
                                                  > Przemoc psychiczna to wywieranie wpływu na proces myślowy, zachowanie lub st
                                                  > an fizyczny osoby pomimo braku jej przyzwolenia przy użyciu środków komunika
                                                  > cji interpersonalnej.

                                                  > Typowymi środkami przemocy psychicznej są groźba, krzyczenie na kogoś, inwek
                                                  > tywa, straszenie i molestowanie psychiczne
                                                  .

                                                  >
                                                  > jak by nie patrzeć zdrada tu nie podpada

                                                  Ja osobiście preferuję definicję z Niebieskiej Linii:

                                                  niebieskalinia.info/index.php/przemoc-w-rodzinie/6-co-to-jest-przemoc
                                            • mayenna Re: No nie wiem.. 27.03.14, 19:28
                                              Moim zdaniem zdrada to jednak upadek osobisty człowieka. Nie odbierałabym tego aż tak osobiście, a na pewno jako celowego działania wymierzonego w zone/męża. Często zdradzający nadal kocha małżonka, albo nie umie zdecydowac co czuje i z kim chce byćsmile

                                              • tricolour Zabawne jest to... 27.03.14, 22:00
                                                ... że osoba zdradzona może myśleć, że zdrada jest wymierzona przeciw niej. Że on wziął i upokorzył celowo, podeptał i takie tam. Tymczasem rozwiązanie najprostsze jest najbardziej prawdopodobne: poszli do łózka, bo im się zachciało nagle i silnie.

                                                A najbardziej zabawne jest to gdy jakaś pani z forum opowiada jak to poszła do łóżka z byle kim, a inne panie aż piszczą z radości, że to takie zdrowe odprężenie jest. Nie deptanie godności, upokarzanie tylko taka fajowa rozrywka z fujarką. Tu i tam...
                                                • luciva Re: Zabawne jest to... 28.03.14, 11:22
                                                  Raz to ok, może się zdarzyć, feromony, namiętność, itd.
                                                  ale jak ktoś idzie z kimś do łóżka po raz ósmy i dziesiąty to chyba ma już jakieś refleksja na temat swoich działań, ma ich świadomość, oraz świadomość konsekwencji, jakie mogą przynieść? Czyli ma też chyba świadomość, że to nie jest ok wobec współmałżonka?
                                                  • mayenna Re: Zabawne jest to... 28.03.14, 15:55
                                                    A może ma nadzieję, że się nie wyda?smile
                                                    Albo to łóżko jest taką atrakcją, że ryzykuje bo nie umie odmówić.
                                                    Ludzie np. kradną mimo, że mają świadomość konsekwencji. To jest po prostu upadek człowieka taki sam jak przy każdym innym złym występku.Zdarza ci się kłamać?smile
                                                • noname2002 Re: Zabawne jest to... 31.03.14, 20:45
                                                  A najbardziej zabawne jest to gdy jakaś pani z forum opowiada jak to poszła do
                                                  > łóżka z byle kim, a inne panie aż piszczą z radości, że to takie zdrowe odpręże
                                                  > nie jest. Nie deptanie godności, upokarzanie tylko taka fajowa rozrywka z fujar
                                                  > ką. Tu i tam...

                                                  Podstawową różnicą jest to czy się idzie z kimś do łóżka mając męża/żonę(partnerkę/partnera) czy nie. Jakoś nie pamiętam, żeby którakolwiek forumka zachęcała mężatkę do jednorazowego przespania się z kimś nie będącym jej mężem...
                          • luciva Re: Ale to było raz... 26.03.14, 15:19
                            A czego trzeba się nauczyć?
                            Chyba mąż (zona) zdradzający ma wiedzę, że to boli, że robi cos nie ok, skoro robi to w ukryciu? Jest swiadomy, że niczego dobrego to nie wniesie do małżeństwa, skoro nie oznajmia zonie - kwiatuszku teraz ide się pobzykać z Ewą....

                            Tri, tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono.
                            Wybacz, ale zostaniesz zdradzony - pogadamy. Nikt nie ma prawa oceniać czyjegoś postępowania, jeśli sam tego nie przezył.
                            Tak wiem, teraz się czepniesz - a sędziowie, a Ci a tamci, a biegli, pitu pitu.

                            Kiedy się spotkamy, bo strasznie chciałabym pogadać z Tobą na zywo.
          • luciva Re: Manipulujesz... 26.03.14, 15:13
            Ale jakie wymierzenie sprawiedliwości?
            Tri a nie przyszło Ci do głowy, ze babka tak zwyczajnie nie chce być już z takim mężem, który tak postąpił?
            Nie ma ochoty z nim żyć, mieszkać, spać, rozmawiać?
            Co przeszkadza wybaczyć w takich sytuacjach? złamane zaufanie, a trudno być najbliżej z kims, do kogo nie ma się zaufania, prawda?
            Ma poświęcić swoje zycie, dla dobra dziecka? No jak to jest wg Ciebie? Czemu Ty nie poświęciłeś swojego, tylko się rozwiodłeś? Jeszcze całkiem niedawno udowadniałeś, że to, że się rozwiodłeś, że nie traktujesz córki jak rodzinę bo nie mieszkasz z nią - w niczym jej nie zaszkodziło.
            To w czym tutaj rozwód szkodzi temu dziecku?
            • kasper254 Re: Manipulujesz... 26.03.14, 16:28
              Ta buta: "ja", "ja" i "ja" na każdym kroku. Tutaj nie ma miejsca na słowo: "my", "rodzina", "dziecko". Sytuacja zdrady jest traktowana jak ćwiczenia z logiki, procedura, pragmatyka. Ciekawy jestem, która z Was, Panie, jest religijna, bo przecież religia np. nie katalizuje (chociażby z założenia) tych obrzydliwych retorsji/wendety.
              Gdyby mnie żona zdradziła, to ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby mi do głowy, to - rozwód. Najpierw myślałbym o dzieciach, o tym, że nie będą mieć matki lub - ojca, że będą cierpieć, że zestygmatyzuję ich na całe życie itd. Mówienie o tym, że po rozbiciu małżeństwa można dziecku stworzyć dom - jak wcześniej - jest nieprawdziwe, kłamliwe, oszukańcze. Tylko ktoś, kto nie kocha, umie wymierzyć tak okrutną "sprawiedliwość", być sędzią i katem. Cała gadanina o wybaczaniu po jednorazowym skoku, próbach w tej mierze, jest następnym bełkotem. Pewnie lepiej się śpi?
                • argentusa Re: Ha! 26.03.14, 17:01
                  oj się czepiasz wink. pan na pewno na tę chwilę pannę do rodziny zaliczył wink
                  Jak koś lata na boki - musi brać pod uwagę, że ryzykuje utratą rodziny. Proste jak budowa cepa.
                  I jak się umawiamy na wierność i uczciwość to dotrzymujemy słowa. ALbo jak nie dotrzymujemy to ryzykujemy, że się noga powinie. Panu się powinęła i tyle.
                  Ar.
                • eicron Re: Ha! 26.03.14, 19:32
                  sitniczek napisała:

                  > A gdzie było to "my i rodzina" jak pan inną pannę brał?

                  Jak się połączenie między dwoma rozumkami urywa to wszystko ląduje za dolnym rozumkiem wink
                • mayenna Re: Ha! 26.03.14, 20:53
                  sitniczek napisała:

                  > A gdzie było to "my i rodzina" jak pan inną pannę brał?
                  Może o żonie wtedy myślał?
                  Liczy się? smile
            • berlynea Co do dziecka 26.03.14, 17:39
              luciva napisała:
              ze babka tak zwyczajnie nie chce być już z taki
              > m mężem, który tak postąpił?
              > Nie ma ochoty z nim żyć, mieszkać, spać, rozmawiać?
              > Co przeszkadza wybaczyć w takich sytuacjach? złamane zaufanie

              Tak, o to chodzi: to są składowe poczucia krzywdy, o którym pisałam.

              Jeśli chodzi o dziecko: gdybym dłużej próbowała i bylibyśmy razem, skończyłoby się tylko traumą dla synka.
              Jasne, że lepiej mieć pełną rodzinę.
              Ale skoro stało się, jak się stało, bardzo ważne jest to, że ojciec strasznie go kocha. I konkretnie to pokazuje. Zawsze można na niego liczyć, nigdy nie odmówił pomocy. Np. w tym tygodniu, gdy leżę przeziębiona na zwolnieniu, odbiera go z przedszkola i zabiera do siebie, przywozi wieczorem. Miewa jakieś związki z kobietami, ale zauważyłam, że dziecko jest dla niego na pierwszym miejscu, było już parę konkretnych sytuacji, które to pokazały.
              Oczywiście życie mnie nauczyło, że nie wiemy, co będzie, mimo to na razie cieszy mnie, że kontakty mają super, a synek i tata szleja za sobą.
              • tricolour Gdyby moja ex była chora.. 26.03.14, 19:16
                ... to ostatnią rzeczą jaką bym robił to latał po przedszkolach. Nie po to bowiem dostałem od niej rozwód, by się przejmować stanem zdrowia jakiejś obcej baby czy wręcz jej pomagać. Leży chora? Niech sobie radzi chora sama skoro chciała być sama.

                Więc to nie dziecko jest na pierwszym miejscy tylko Ty. Ale gdy się o tym przekonasz, to już pewnie będzie za późno. Na razie jeszcze nie jest.
                • sitniczek Musztarda po obiedzie 26.03.14, 20:01
                  Pytanie zasadnicze, gdzie był pan i gdzie miał żonę jak się z panienką na boku zabawiał? A może myślał, że będzie wiernie przy nim trwać bez względu na wszystko? On ją zgnoi, a ona jeszcze mu powinna podziękować? Trzeba myśleć przed, a nie po.
                • berlynea Re: Gdyby moja ex była chora.. 26.03.14, 21:47
                  tricolour napisał:
                  > ... to ostatnią rzeczą jaką bym robił to latał po przedszkolach. Nie po to bowi
                  > em dostałem od niej rozwód, by się przejmować stanem zdrowia jakiejś obcej baby
                  > czy wręcz jej pomagać. Leży chora? Niech sobie radzi chora sama skoro chciała
                  > być sama.

                  Wierzę Ci, ale nie wiem, czy to standard, że była żona i matka własnego dziecka to dla mężczyzny „obca baba”, której stan zdrowia go nie obchodzi.

                  > Więc to nie dziecko jest na pierwszym miejscy tylko Ty. Ale gdy się o tym przek
                  > onasz, to już pewnie będzie za późno. Na razie jeszcze nie jest.

                  To jest jak cytat z mojej mamy.
                  • tricolour Tak, to jest standard... 26.03.14, 21:55
                    ... że była zona/były mąż to obca osoba. Sama to zresztą piszesz słowami: "Nie byłam w stanie znieść jego widoku ani z nim żyć, ani znieść myśli, jak zostałam potraktowana". Sama po sobie widzisz jak asymetryczna jest Wasza relacja.

                    Zresztą możesz zastanowić się nad pytaniem: co bym zrobiła dla byłego męża?
                    • berlynea Re: Tak, to jest standard... 26.03.14, 22:14
                      tricolour napisał:
                      > ... że była zona/były mąż to obca osoba. Sama to zresztą piszesz słowami: "Nie
                      > byłam w stanie znieść jego widoku ani z nim żyć, ani znieść myśli, jak zostałam
                      > potraktowana". Sama po sobie widzisz jak asymetryczna jest Wasza relacja.

                      Ja mieszkam z dzieckiem (to też jest asymetryczne?), dlatego gdy pierwszy raz od niepamiętnych czasów rozchorowałam się, to w interesie także dziecka jest, żebym np. nie biegała po zimie i deszczu i wyzdrowiała zupełnie do końca tygodnia. Czy to naprawdę takie dziwne, że ojciec bierze wtedy do siebie dziecko (które bardzo kocha) i zajmuje się nim?!

                      > Zresztą możesz zastanowić się nad pytaniem: co bym zrobiła dla byłego męża?

                      Gdyby był w potrzebie, pomogłabym mu. Np. kupiłabym mu ubranie, żeby nie chodził w łachmanach smile
                      • tricolour Na sam koniec napiszę Ci jedno... 26.03.14, 22:20
                        ... z tego co i JAK piszesz, a w szczególności z pierwszego postu odczuwam, że cale nie jesteś z tego rozwodu zadowolona. Przeciwnie. Takie mam odczucie. Owszem, zdrada Cię wkurza, dołuje, gnębi i poniża - to zrozumiałe.

                        Ale ja czuję, że sam rozwód jest dla Ciebie większą porażką niż zdrada upokorzeniem. Byłbym nieuczciwy gdybym Ci tego nie powiedział.
                        • berlynea Re: Na sam koniec napiszę Ci jedno... 27.03.14, 08:05
                          To, że coś takiego nastąpiło w moim życiu, jest oczywiście porażką (i nie umiem jej porównać ze zdradą). Czy Ty jednak nie masz na myśli, że ja żałuję mojej decyzji?
                          Jeśli tak, to odpowiem, że nie żałuję, bo jest ona całkowitą konsekwencją moich własnych odczuć oraz działań (gdy próbowałam zmienić nastawienie, ale nie wyszło). Nie mogę żałować, ponieważ wiem, że nie dałabym rady być po tym z mężem i stworzyć dziecku normalnej atmosfery.
                          Owszem, już wspominałam, przebiega mi czasem przez głowę "A może jednak?" - ale to nie jest żałowanie, zwłaszcza że odpowiadam sama sobie, że nie.
                          • tricolour Czyli sama napisałas otwarcie o rozwodzie... 27.03.14, 11:56
                            ... tymi słowami: "jest ona całkowitą konsekwencją moich własnych odczuć oraz działań (gdy próbowałam zmienić nastawienie, ale nie wyszło)" co można ująć w skrócie, że rozwaliłaś rodzinę. To była tylko i wyłącznie Twoja decyzja, o czym piszę od początku. Miała ona swoje inspiracje i podstawy, ale decyzja była Twoja.

                            "Czy Ty jednak nie masz na myśli, że ja żałuję mojej decyzji?" - oczywiście, że żałujesz. Gdybyś nie żałowała, to by Ci w ogóle słowo "żal" do głowy nie przyszło. To taka podstawa podstaw psychologii.
                            • berlynea Re: Czyli sama napisałas otwarcie o rozwodzie... 27.03.14, 12:22
                              tricolour napisał:
                              > "Czy Ty jednak nie masz na myśli, że ja żałuję mojej decyzji?" - oczywiście, że
                              > żałujesz. Gdybyś nie żałowała, to by Ci w ogóle słowo "żal" do głowy nie przys
                              > zło. To taka podstawa podstaw psychologii.

                              Dobrze więc: Żałuję, że nie udało mi się zmienić nastawienia. Ale chyba zgadza się, że nie każdy musi umieć wybaczyć byłemu (chociaż niejedna wybaczy) - tak, jak nie każdy musi pomagać byłej wink choć niejeden pomoże.
                              I weź jeszcze pod uwagę, że gdybym żałowała w wymienionym przez Ciebie sensie, to próbowałabym choćby i teraz.
                  • miacasa Re: Gdyby moja ex była chora.. 26.03.14, 21:58
                    Może te twoje rozważania wynikają z poczucia, że jednak zbyt szybko się rozwiedliście? Wszyscy tu piszą, że po rozwodzie przechodzi się etap żałoby po utraconym związku/rodzinie/wspólnych planach. Większość cierpi przez jakiś czas na depresję, dla której charakterystyczne jest poczucie straty. Jesteś młodą osobą, poukładasz sobie to wszystko tylko nie pielęgnuj już w sobie poczucia krzywdy, skup się na tym czego chcesz dla siebie tak naprawdę i realizuj to. Mnie pomogły zwierzenia innych osób i wsparcie rozwodników z tego forum. Czytałam też tego bloga:
                    zdrada-kobiety.blog.onet.pl/2008/11/04/zdrada/
                  • eicron Re: Gdyby moja ex była chora.. 27.03.14, 01:05
                    berlynea napisała:

                    > Wierzę Ci, ale nie wiem, czy to standard, że była żona i matka własnego dziecka
                    > to dla mężczyzny „obca baba”, której stan zdrowia go nie obchodzi.

                    Tak, to standard. Po to się ludzie rozwodzą, aby żyć oddzielnie bez udziału w tym pomocy drugiej osoby. Jeśli komuś to nie pasuje, zawsze może zamiast rozwodu wziąć separację.

                    Szczególnie kolejny związek potrafi zmienić punkt widzenia wink
                • mia17 Re: Gdyby moja ex była chora.. 26.03.14, 22:52
                  tricolour napisał:

                  > ... to ostatnią rzeczą jaką bym robił to latał po przedszkolach. Nie po to bowi
                  > em dostałem od niej rozwód, by się przejmować stanem zdrowia jakiejś obcej baby
                  > czy wręcz jej pomagać. Leży chora? Niech sobie radzi chora sama skoro chciała
                  > być sama.
                  >
                  > Więc to nie dziecko jest na pierwszym miejscy tylko Ty. Ale gdy się o tym przek
                  > onasz, to już pewnie będzie za późno. Na razie jeszcze nie jest.

                  bo do tego, aby w wymienionej przez Ciebie sytuacji zdobyć się na pomoc tej "obcej babie" (którą notabene kiedyś się przecież kochało, nie?) trzeba być człowiekiem i umieć zachować się jak człowiek.