Dodaj do ulubionych

Refleksje po kilku latach od rozwodu

28.10.15, 17:12
Witajcie, kiedyś dawno temu załozyłam tu wątek pt. "A niech mnie wreszcie zdradzi". Byłam z mężem, który - jak tam napisalam - darł ryja o wszystko. Czułam się nieszanowana, czułam sie ch..owo. Do tego nieczuły, niefajny ojciec. Moje życie było fatalne, nie miałam sily wstać z łóżka. Długo sie wahałam, ale podjęłam decyzję, podałam sprawę o rozwód. Nie opierał się, przeszło sprawnie, jedna rozprawa, bez orzekania o winie.

W okolicy okołorozwodowej mialam nerwicowe objawy neurologiczne, neurolog wysłał mnie na terapię, wzięłam leki. Dużo rzeczy zrozumiałam, jestem spokojniejsza, lubię wracać do domu, lubię weekendy. Ale jednocześnie mam w sobie żal za czymś utraconym, za pełną rodziną, za bezpieczeństwem, za czymś, czego już nigdy nie będę miała. I głowę z kilkoma refleksjami. To nie rady, ale Ci co jeszcze "przed" - przeczytajcie, może ktoś zwolni kroku.

Nie wiem, czy to by coś zmieniło, czy to by pomogło uniknąć rozwodu, ale nie zdawałam sobie sprawy, że w momencie podejmowania decyzji o rozwodzie byłam w depresji trwającej od kilku lat. Nie wiem, czy jej przyczyną było moje małzeństwo, czy moje geny (w mojej rodzinie wszyscy są zaburzeni) - pewnie wszystko razem. Niewątpliwie natomiast mój długotrwały stan słabości przesunął znacząco granicę w naszym małzeństwie - na ile pozwalał sobie mój mąż i na ile ja mu na to pozwalałam. Wiem, że należało wówczas zacząć od siebie - wziąć leki, iść na terapię, dojść "do formy", wyprowadzić się z dziecmi na jakiś czas, odzyskać szacunek do siebie samej, a dopiero potem decydować.

Ja wtedy byłam w takim dole, że chciałam się jak najszybciej od niego uwolnic, uważałam, ze jest przyczyną wszelkiego zla w moim życiu. Zniknie Pan Zły, wyjdzie słońce i będzie cudownie.
Trochę jak dzieci boją sie ojca i cieszą, kiedy on wyjedzie. Nie ma go, można szaleć. Wraca, siedzimy jak mysz pod miotłą. Dziś wiem, że to tak nie działa. Nie ma dziś już Pana Złego, ale są inne problemy, może nie większe niż wtedy, ale są.

Przede wszystkim odpowiedzialność, z której nie zdawałam sobie sprawy. Wszystko w moich rękach. To, że nie ma kto zawiesić karniszy, to drobiazg. Zanim kupiłam mieszkanie po rozwodzie, nie spałam kilka tygodni, tak się bałam, czy to dobry wybór, czy dobrze robie biorąc kredyt. Meble wybierałam miesiąc, bo nie było z kim skonsultować, poradzić się. Nie odłozyłam na ubezpieczenie samochodu - musiałam przez dwa miesiące jeździć autobusem, bo nikt nie dołoży. W tym czasie, będąc już sama z dziećmi, zostałam zwolniona z pracy. Stres nie do opisania. Kiedy tracisz pracę, ale jesteś w związku, ten ciężar (w obu wymiarach - finansowym ale i psychicznym) rozkłada się na dwoje. Samemu - ogromne obciążenie psychiczne. Wtedy, na bezrobociu, tęskniłam do czasu "przed", kiedy nie byłam sama, kiedy nie musialam sie martwić o pieniądze. Nawet, w lęku, żałowałam, że się rozwiodłam, zamiast znaleźć sobie kochanka i tam szukać miłości i szacunku. Oczywiście bzdura, ale wiecie jak to jest "na dnie"...

Dopiero po rozwodzie, przed 40-tką, poczułam się "trochę dorosła". Do tej pory wciąz do kogoś przyklejona - toksyczni rodzice, potem toksyczny związek. Kiedy zrozumiałam, że od tej pory jestem samodzielna - z zaletami ale i konsekwencjami tego stanu - poczułam się jak maleńka łódka na oceanie. Bałam się. Kiedy ogarniał mnie lęk, patrzyłam na okna innych mieszkań i myslałam: zobacz, oni tam dają radę, Ty też dasz. Ten lęk czasem wraca, choć rzadziej.

Po terapii wiem też, że czułam się w tym związku chu..owo, bo w ogóle czułam się w życiu chu..owo, wyszło na terapii, że mam DDA (choć nie przyszłoby mi to do głowy, bo mój ojciec pił dwa razy na miesiąc). Czasem nadal się tak czuję, choć mam dowody, że jestem silna i dałam radę przejść przez życiowe rewolucje. Ale często jestem "nie dość dobra".

Reasumując, gdybym ja wychodząc za mąż miała dla siebie samej więcej szacunku i zrozumienia, może by to sie inaczej potoczyło. Nie biorę na siebie całej winy, jakby ktoś pomyślał. Biorę na siebie część odpowiedzialności za to, co się stało. Widzę po prostu, jak te granice się latami przesuwały, a ja nic z tym nie robiłam.

Wiem, że jak ktoś chla, wali w mordę albo zdradza, to trudno filozofować, ale jesli problemy w małżeństwie krążą głównie wokół emocji, pomyślcie o sobie, wzmocnijcie się - może to wszystko będzie trochę lepiej wyglądać, może da się coś zmienić... albo po prostu wzmocnijcie się przed dalszą drogą "po", która też nie jest łatwa.

Całusy dla wszystkich z dylematami, przytulam smile

Obserwuj wątek
    • heniek.8 Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 28.10.15, 21:20
      > Reasumując, gdybym ja wychodząc za mąż miała dla siebie samej więcej szacunku i zrozumienia, może by
      > to sie inaczej potoczyło.

      wtedy by nie zaiskrzyło z tym gościem, mieliście dysfunkcje które do siebie pasowały, po tym jak jedno albo dwoje się "przepoczwarzy" to raczej związek nie ma podstaw

      z punktu widzenia dawcy alimentów jest moim zdaniem gorzej, przez kilka ostatnich miesięcy w roku wchodzę w jakiś próg i dostaję 1200 zł mniej - dżizus k*wa ja p*lę nie pomyślałem o tym jak była mowa o wysokości alimentów a teraz zastanawiam się nad wegetarianizmem
    • luciva Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 29.10.15, 09:53
      Mądre słowa i mądre przemyślenia.
      Ja w ogóle od czasu rozwodu przemyślałam wiele spraw, wiele mechanizmów zrozumiałam, oczy szeroko mi się otworzyły - widzę, że większość ludzi jest słabych a większość problemów w związku wynika ze złej komunikacji, niskiego poczucia wartości, kompleksów - to jest jak spirala. Niestety - to konsekwencje wychowywania naszych rodziców i niskiej swiadomości psychologicznej.
      • wiosnaw Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 10.11.15, 09:47
        luciva napisała:
        > Ja w ogóle od czasu rozwodu przemyślałam wiele spraw, wiele mechanizmów zrozumi
        > ałam, oczy szeroko mi się otworzyły - widzę, że większość ludzi jest słabych a
        > większość problemów w związku wynika ze złej komunikacji, niskiego poczucia war
        > tości, kompleksów - to jest jak spirala.

        Nie zgodziłabym się ze stwierdzeniem, że "większość ludzi jest słabych", ale przemawia do mnie, że większość problemów w związku wynika ze złej komunikacji.
        Natomiast mam wrażenie, że (gdy nawet mamy taką życiową wiedzę) to w praktyce może się do niczego nie przydać. Wychodząc za mąż wiedziałam, że trzeba być szczerym, rozmawiać o problemach, sygnalizować swoje potrzeby. No i co z tego - rozbiło się o problemy, których podstawą był, co już dawno wiemy, brak komunikacji...

        > Niestety - to konsekwencje wychowywani
        > a naszych rodziców i niskiej swiadomości psychologicznej.

        Nie zrzucałabym tego na rodziców, a poza tym nie sądzę, że wprowadzenie powszechnego uświadamiania psychologicznego, czymkolwiek miałoby to być smile zmniejszyłoby liczbę problemów w związkach / rozwodów.

        Co do tego, dlaczego często się nie udaje, mam takie zdanie: niedojrzałość, egoizm, stąd brak komunikacji.
      • ga77-77 Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 06.07.20, 06:44
        W dużej mierze słuszna opinia. Też uważam,że dobra pomoc psychologiczna (ale naprawdę dobra,a nie g... w wykonaniu pseudo psychologa- naciągacza) pomogłaby uratować wiele małżeństw,zwłaszcza tych które rozpadły się nie przez zdrady,bicie czy picie,ale z "innych" powodów.
    • kachaa17 Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 31.10.15, 09:53
      Hej, jestem ciekawa czy ja za parę lat dojdę do tych samych wniosków. To co napisałaś jest mi przemawia mocno do mnie. Chodzi mi o tę samodzielność. Ja rozwiodłam się dopiero pół roku temu, nie mam dzieci i na razie liczę, że z kimś innym będzie mi lepiej. Ale też w tej chwili jestem w trakcie organizowania całego życia po swojemu. I zobaczymy co z tego będzie. Pozdrawiam.
      • wojtasek00007 Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 24.08.20, 12:19
        The first step towards getting somewhere else is to decide that you are not going to stay where you are.
        Tłumaczenie: Pierwszym krokiem w kierunku znalezienia się gdzieś indziej, jest decyzja o nie pozostawaniu tu gdzie jesteśmy.
        Ty taką decyzję podjęłaś, powodzenia w dalszej drodze i pamiętaj (a raczej pamiętajcie Ci co to czytają), że świat jest wbrew pozorom pełnym ludzi o dobrym sercu. Czasami tylko trudno ich zobaczyć.
    • urszula_siemieniuk Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 02.05.20, 17:27
      Bardzo mądra historia i jeszcze mądrzejsze podsumowanie. Opowiem ci moją historię, bo też bazowała na emocjach i wbrew pozorom - nie mieliśmy konkretnego powodu do rozwodu. Byliśmy kochającym się małżeństwem. Nie było jak u ciebie - nie kłóciliśmy się, nikt na kogo nie krzyczał, nikt nie obrażał. Byliśmy zgodni, szanowaliśmy się, dbaliśmy o siebie. W pewnym momencie stało się to... nijakie? Nie wiem nawet jak nazwać to co się działo między nami - po prostu żyliśmy obok siebie, a nie z sobą. Rozwód był wspólną, pełną szacunku decyzją. Nikt nie miał do nikogo pretensji, ja skorzystałam z pomocy kancelariahilarowicz.pl/, mój eks mąż również z pomocy prawnika. Wszystko odbyło się na zasadzie zgody i zrozumienia.

      Wiesz co było najgorsze? Że nikt nie rozumiał naszej decyzji. Bo w końcu nie kłóciliśmy się, bo żyliśmy zgodnie, mieliśmy wspólne plany, budowaliśmy dom (głównie w tym celu potrzebowaliśmy pomocy prawnej). Dla mojej rodziny, która generalnie mnie wspierała, ale kompletnie nie rozumiała decyzji, było to bardzo dziwne i niejasne. Ja przez pewien czas nie wiedziałam co czuję, bo miałam wyrzuty sumienia, że skoro nikt nas nie rozumie, to może byliśmy udanym małżeństwem?

      Ostatecznie mogę powiedzieć tak: egoizm nie zawsze jest zły. Dobrze, że posłuchałam swojej intuicji. Nie żałuję rozwodu i życzę mojego eks-mężowi jak najlepiej.

      Również przytulam!
      • ladybird_7 Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 04.07.20, 17:08
        Jak już ktoś napisał mądre słowa, mądre przemyślenia, ale...

        "Nie wiem, czy to by coś zmieniło, czy to by pomogło uniknąć rozwodu, ale nie zdawałam sobie sprawy, że w momencie podejmowania decyzji o rozwodzie byłam w depresji trwającej od kilku lat. Nie wiem, czy jej przyczyną było moje małżeństwo, czy moje geny (w mojej rodzinie wszyscy są zaburzeni) - pewnie wszystko razem."Niewątpliwie natomiast mój długotrwały stan słabości przesunął znacząco granicę w naszym małzeństwie - na ile pozwalał sobie mój mąż i na ile ja mu na to pozwalałam" Wiem, że należało wówczas zacząć od siebie - wziąć leki, iść na terapię, dojść "do formy", wyprowadzić się z dziećmi na jakiś czas, odzyskać szacunek do siebie samej, a dopiero potem decydować."

        Byłaś w depresji, której Twój partner pewnie nie zauważył albo co gorsza była mu na rękę, aby móc dalej przesuwać granice. Niestety przesunięte raz granice trudno cofnąć, szczególnie jeżeli chce tego jedna osoba.
        Po terapii zapewne umiałabyś wyznaczać właściwe granice tylko czy partner by je uszanował ?

        Wyprowadzić się z dziećmi na jakiś czas, aby odzyskać szacunek do samej siebie ? Skoro masz takie przemyślenia tzn że przy mężu byłoby to niemożliwe czyli zamiast wsparcia swoim zachowaniem pozbawiał Cię poczucia własnej wartości...

        Wziąć leki i dojść do formy... W pewnym momencie tak potoczyło się moje życie. Wyprowadziłam się z dzieckiem, wzięłam leki, doszłam do siebie i wróciłam . Wyciszona i nastawiona na pozytywną zmianę, ale tylko ja jej chciałam. Szybko wszystko wróciło do "normy"" a z czasem było jeszcze gorzej... Może Twoja decyzja o rozwodzie była dobra, bo zaoszczędziłaś sobie kilku kolejnych lat w wyniszczającym związku.

        Jest tak jak myślisz - cechy osobowości oraz wychowanie rodziców wpływają na naszą uległość i poczucie wartości. Ale akurat nad tym możesz sama popracować. Myślę, że kiedy uda Ci się stworzyć nietoksyczny związek z kimś kto Cię będzie szanował i akceptował taką jak jesteś, będziesz chwalić dzień kiedy się rozwiodłaś (ktoś już o tym wspomniał smile)


        Dzisiaj jestem przeciwniczką brania leków bez równoległej terapii, choć okazuje się, że wiele żon tak robi.
        DLACZEGO kobieta ma brać leki, aby względnie znosić zachowanie męża, które ją niszczy ?
        Idąc dalej tym tokiem myślenia brutalnie zapytam, czy kobieta ma brać pigułkę gwałtu, aby mąż mógł wbrew niej przekraczać granice by zadowolić siebie?
    • bulzemba Re: Refleksje po kilku latach od rozwodu 12.07.20, 11:06
      Dziwne ale czytając post założycielski wbrew zdaniu autorki uważam że dobrze zrobiła rozwodząc się. Bo małżeństwo było toksyczne. W prawdzie wynikało to ze zrycia bani autorki ale ciągnęło ją w dół. Teraz jest w żałobie po związku ALE po normalnym związku a z tej mąki chleba by raczej nie było.

      To trochę tak jakby miała atak niestrawności a podano jej na obiad tłustą golonkę. Przez rozum to wywaliła a teraz płacze że jest głodna.

      Błędem był związek w momencie gdy nie była stabilna emocjonalnie. Rozwód był tylko konsekwencją.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka