daga1977
28.04.05, 08:24
Od jakiegoś czasu was podczytywałam i zdecydowałam coś wreszcie napisać. Musiałam zebrać trochę sił.
Moja sytuacja do najpiękniejszych nie należy. Jestem bliżej rozwodu, niż dalej. Myślałam o terapii ale "mąż" jest tym "najmądrzejszym", więc terapeuta by i tak poległ. Poza tym czuję, że on już nie ma ochoty na żadne naprawy tego cyrku.
Mam dwójkę maluszków, które kocham ponad wszystko. Dobrze, że "szanowny" nie wyraził chęci walki o dzieci. "Ja nie chciałem dzieci. Ty chciałaś, to się zajmuj".....
Mieszkamy jeszcze razem, w jego mieszkaniu. Boję się, że nie będę miała gdzie się podziać. Chciałabym, żeby moje dzieci nie musiały się gnieść z dziadkami i jeszcze psem. Chciałabym, żeby "szanowny" odkopał z głębin troszkę sumienia i zwykłej ludzkiej życzliwości i zapewnił nam coś. Mam na to jakiekolwiek szanse, czy tylko niepotrzebnie się łudzę...
Boję się, co ze mną będzie. Z maluchami. Czy ktoś nas jeszcze pokocha?
Obecnie jestem na etapie - "wszyscy faceci to szuje". Boję się, że nie będę potrafiła zaufać, bo pokochać nie jest trudno... Boję się, że dzieci będą "odstraszać" potencjalnych tatusiów. Boję się przyszłości...
Wyżaliłam się wam i troszkę mi lżej. Wiem, że nie jestem sama. Dziękuję za to, że jesteście.