scriptus
23.10.05, 10:30
kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,2977119.html
Żyć po zdradzie
Stereotyp dyktuje, żeby unieść się honorem. Odruchowym pomysłem jest
natychmiastowe rozstanie. A przecież nie wszystko - chociaż może się tak
wydawać - legło w gruzach
Nie ma co liczyć na to, że cokolwiek w tej sprawie da się uładzić czy
pogodzić: zawsze i zdradzone żony, i przypięte na trzecią do cudzego związku
kochanki będą cierpieć.
Pisze do "Wysokich Obcasów" żona: "Ona weszła w nasze życie nagle, ostro, z
brudnymi butami. Zabrała dzieciom ojca, mnie męża. Zaskoczenie, ogromny ból,
obce uczucia szarpiące całe ciało. Niewyobrażalny żal, złość i smutek. Żyć po
zdradzie kogoś najbliższego sercu jest strasznie trudno. Maj już nie pachnie
majem, świąteczne ciasto straciło aromat, a nowa sukienka jest zwykłą szmatą".
I list z drugiej strony: "Klasyczny schemat: życzliwa koleżanka z pracy,
świeżo po nieudanym związku. Miłość wieczorami, kiedy żona śpi, albo wcześnie
rano, przed pracą. Udawane delegacje, szkolenia. Wielka tajemnica, ale i
pewność, że od żony nie odejdzie. Mnie boli wszystko: ich sobotnie zakupy w
hipermarkecie, wspólne śniadanie, kłótnie przy remoncie salonu. Kiedy
planowali urlop, zaszyłam się w domu na dwa dni. Kiedy wybierali przedszkole
dla dziecka, płakałam pół nocy. Nie myślcie źle o kobietach, które decydują
się na romans z żonatymi. Zakochania się nie planuje".
Łatwo stanąć po którejś stronie, identyfikując się albo ze złością i bólem
żony, której nagle zawalił się ułożony świat, albo z kochanką, której miłość
wiąże się z upokorzeniem, zagrożeniem i wyrzutami sumienia. Bo to jednak
prawie zawsze jest miłość, inaczej która kobieta chciałaby dobrowolnie tkwić w
takim dyskomforcie?
Pozostanę dzisiaj jednak przy żonach, zastanawiając się, jak wygląda ten ich
"krajobraz po szoku" i czy da się coś zrobić, żeby szok był mniej dotkliwy? Co
się z nimi tak naprawdę dzieje, kiedy okazuje się, że mąż jest w związku z
inną kobietą? Co powoduje ich ból i złość?
Przede wszystkim żona zwyczajnie czuje się oszukana. Doznała szwanku jej wiara
w ludzi, zaufanie do świata, a przede wszystkim do bliskich. Odpowiedzią na
lojalność okazało się kłamstwo - to rodzi poczucie głębokiej niesprawiedliwości.
Źródłem cierpienia jest też zranione ja, które nie może pogodzić się z
komunikatem: "Nie jestem OK jako kobieta i jako żona, jeśli mój mąż postanowił
być z inną".
Dodatkowym obciążeniem są lęk i niepewność związane z perspektywą rozstania.
Czy on chce odejść? Czy ja chcę, żeby odszedł? Część kobiet staje wówczas od
razu na straconej pozycji, uważając, że przegrały z rywalką, tymczasem on nie
zawsze chce się rozstać.
Inny stereotyp dyktuje, żeby unieść się honorem, a ponieważ emocje szaleją,
wiele kobiet po ujawnieniu zdrady męża chciałoby przede wszystkim dać upust
złości i poczuciu krzywdy. Odruchowym pomysłem jest natychmiastowe rozstanie.
Jedne i drugie są tak pogrążone w intensywnych emocjach, że trudno byłoby je
przekonać do zmiany punktu widzenia. Na jaki? Taki, który umożliwiałby
poszukiwanie konstruktywnego wyjścia.
Nie wszystko bowiem - chociaż może się tak wydawać - legło w gruzach. Nawet
najgłębszy kryzys da się zażegnać, jeśli obydwu stronom na tym zależy, a
przezwyciężony stwarza szansę na lepszy związek. Jak to możliwe? Niektóre pary
zaczynają sobie mówić, jak się czują w małżeństwie i komunikować swoje
niezaspokojone potrzeby, a wtedy można sprawdzić, czy da się je w tym związku
zaspokoić. Ale to oznaczałoby konieczność trzeźwego, do bólu prawdziwego
przeanalizowania wszystkiego, co działo się dotychczas. I nie od strony
niedociągnięć męża, tylko przeciwnie - swojego udziału w małżeńskim
niepowodzeniu. Tego uczono mnie jako podstawowej prawdy o każdej relacji:
odpowiedzialne są obydwie strony po równo, a zmienić można tylko siebie (co
być może spowoduje, że i druga strona się zmieni, ale nie ma gwarancji).
Myślę, że takie postawienie sprawy mało komu się spodoba: nie dość, że mąż
dopuścił się zdrady, to jeszcze skrzywdzona kobieta miałaby się starać? No
cóż, zależy, o co komu chodzi - o próbę odbudowania związku czy o wymierzanie
sprawiedliwości. Te dwie rzeczy się wykluczają. Pamiętam, jak współczułam Ali,
kiedy okazało się, że jej mąż ma inną kobietę, a ona raz dzwoniła do mnie
oburzona, że natychmiast chce się rozwieść z tym łajdakiem, a po paru
godzinach pytała, co zrobić, żeby go zatrzymać. Obydwie miałyśmy poczucie, że
stoi na buforach dwóch rozjeżdżających się w przeciwne strony wagonów. I
dopiero kiedy udało jej się złapać trochę dystansu (najpierw musiała się
wyzłościć i wypłakać), mogła zacząć się zastanawiać, czy da się żyć razem po
tym, co zaszło. Zdecydowała, że nie, bo ona już nie chce, i wtedy mogłyśmy
zacząć myśleć o jak najmniej bolesnym rozstaniu.
To Ala uprzytomniła mi tak wyraźnie, z czym musi zmagać się kobieta, dla
której zdrada męża - z powodu jego albo jej decyzji - oznacza rozstanie.
Konieczność przebudowy swojego świata, całej struktury nawyków, uruchomienia
innego myślenia i innych zachowań. Jak zmagać się w pojedynkę z niezliczonymi
zadaniami życiowymi, w tym z mnóstwem uprzykrzonych drobiazgów: płaceniem
rachunków, oddawaniem odkurzacza do naprawy, dźwiganiem ciężkich zakupów.
Brak osi, wokół której układa się życie. Do tego my, kobiety, jesteśmy
przyzwyczajone: zajmować się kimś, żyć dla kogoś, zaspokajać czyjeś potrzeby.
Maję po odejściu męża irytowało najbardziej to, że ciągle się łapała na
zastanawianiu się, co zrobi na obiad, żeby mu smakowało. Zresztą wszystkie jej
zajęcia po powrocie z pracy i w wolne dni były nastawione na męża i jemu
podporządkowane. Autorka jednego z listów do "WO" pisze: "Starałam się mu
dogadzać. Podawałam pod nos obiadki, sprzątałam, prałam, prasowałam jego
spodnie i koszule i pracowałam zawodowo". Jaka pustka musiała powstać w życiu
tej kobiety niezależnie od tego, czy kochała męża, czy tylko dbanie o niego
uczyniła sensem swojego życia...
Myślę, że nawet najbardziej niezależne i wyemancypowane z nas mają coś z tej
postawy.
Wstyd i obawa przed reakcją innych. Czy, kiedy i jak rozmawiać o tym z rodziną
i przyjaciółmi? Jak sobie radzić z ich komentarzami i minami? Dziwnym trafem
zawsze się znajdzie ktoś, kto zechce żonie w takiej sytuacji pokazać, że to
jej wina i sama sobie na taki obrót spraw zasłużyła. To zawsze boli. Albo
znajomi: kto będzie chciał nadal utrzymywać kontakty? Mało jest ludzi, którzy
rozwodu przyjaciół nie traktowaliby jako konieczności opowiedzenia się po
czyjejś stronie. Pamiętam, z jaką radością Eliza opowiadała mi, że jeden z
bliskich kolegów jej byłego męża zaprosił się do niej na kawę, żeby
powiedzieć, że chciałby podtrzymywać kontakty mimo ich rozwodu.
I może najtrudniejsze zadanie - pomóc dzieciom przejść przez kryzys rozstania.
Większość matek usiłuje ochronić dzieci, jakoś je odseparować od problemów
rodziców, a po rozstaniu - jak mówiła Stasia - "nie jątrzyć ran". Jej syn
przychodził do niej z zaczerwienionym nosem i wilgotnymi oczami, a ona,
powstrzymując szloch, odsyłała go do jego pokoju, żeby odrabiał lekcje. I nie
udało mi się jej przekonać, że mogą płakać razem, kiedy oboje czują się
nieszczęśliwi. A myślę, że to by im zrobiło najlepiej.
Wreszcie zawiedziona, nieodwzajemniona miłość - może jedyne źródło cierpienia
w sytuacji rozstania, z którym nic się nie da zrobić oprócz tego, żeby je
przeżywać, nie odpychać i nie tłumić. Wtedy jest szansa - jak z otwartą raną -
że będzie boleć, ale też zacznie się goić. Zresztą na wszystkie nękające nas
uczucia - złość, miłość, rozżalenie i gorycz, rozmaite obawy - jak zawsze w
przypadku żalu po stracie trzeba zrobić miejsce.
Kobiety skarżą się, że się złoszczą, chociaż chciałyby być spokojne, ciągle
płaczą, chociaż wolałyby być pogodne. A ja namawiam je, żeby płakały i
złościły się, ile potrzebują, z