azb11
26.03.06, 16:43
Witam serdecznie w szanownym gronie.Czytam forum już od jakiegoś czasu, ale
zdecydowałam sie napisac dopiero teraz gdy wiem na 100 % że idę tą samą drogą
co Wy. Moje małżeństwo trawało 10,5 roku.Przed ślubem byliśmy razem 4,5.
Połowe życia spędziąłm z człowiekiem który był moją największą miłością i
ślepa byłam że niestety nie vice versa.
Dziś wiem ze mogę liczyć sama na siebie. Mam 33 lata i 2 cudownych dzieci -
syn 10 i córka 6 lat. Mówi się ze wina zawsze lezy po środku -to prawda. Mam
sobie do zarzucenia wiele rzeczy ze byłam mało tolerancyjna, upierdliwa,mało
wyrozumiała, krzyczałam , czasem nawet bardzo, mówiłam słowa które bolały ale
to było moje wołanie o pomoc. Moze i tak ale .
Pierwszy numer mąż wykrecił mi jak syn miał 3 lata -oczywiście kobieta.
Został ale nigdy nie było już tak jak dawniej. Nie ufałam i miałam rację . Im
dalej tym gorzej.Internetowe znajomości, szukanie wrażeń, uciekanie z domu na
noce. Pretensje że nie chcę nigdzie chodzić, że jestem mało nowczesna,
spontaniczna gdy pracując od rana do nocy padałam i nie miałam siły ruszyć
ręką ani nogą. On beztroski, nic nie stanowiło dla niego problemu, nigdy nie
zapłacił jednego rachunku. 2 razy stracił pracę-ja sie tym zagryzłam, bo
mieliśmy już kredyt hipoteczny. Zawsze znajdywałam wyjście z sytuacji,pięłam
się do góry w pracy -chciałam więcej dla domu dla wszystkich, zebyśmy mieli
lepiej.Obowiązki którymi był obarczony przytłaczały go - robił coś żebym się
odczepiła ale nienawidził tego, ja chciałam spedzać czas z rodziną,która dla
mnie była i jest najwiekszą wartością- on uciekał bo z nami nie czuł sie
wolny. Ja ciągnęłam cały dom -byłam zawsze głową rodziny-i finansowo i
organizacyjnie. W pewnym momencie zaczęłam sie gubić , nie miałam siły ,
popadałam w stany depresyjne, zamiast oparcia i zrozumienia dostawałam jeden
kopniak za drugim, ze jestem wariatką, ze jestem nadopiekuńcza dla dzieci że
nie działają na niego moje łzy.BYł ale żył obok nas-problemy rodziny były już
tylko moimi a nie jego problemami. Nie chciałam widziec wielu rzeczy. Na
ferie zimowe wysłąłam go z synem na narty-wiedziałam że pragnie rozrywki,
wyjazdów. Nie mogliśmy jechać wszyscy jak zwykle ze względów finansowych.
Potem już potoczyło sie szybko. Po powrocie oświadczył że się w nm wszsytko
wypaliło, że nie będzie sie poświęcał, bo życie jest zbyt krótkie i teraz
będzie życ pełnią życia. Zapewniał ze nikt sie nie pojawił.Za tydzień
wyjechał na tydzień w góry się odstresować nie sam oczywiście bo juz
zapoznana na pierwszym wyjeździe ciocia jak mój syn mówi zaopiekowała się
biednym i uciśnionym. Wyprowadził sie do naszego nowego mieszkania które
jeszcze jest niewykończone i oswiadczył ze nic nie chce od nas i kredytu też
nie będzie płacił. Okazało sie ze potrafi liczyć i dokładnie zaczyna
odgraniczać swoje wydatki od moich. Dał mi na życie marne grosze i stwierdził
ze nie moge oczekiwac wiecej niż podstawowe minimum jako że nigdy dużo nie
zarabiał.
NIe przeszkadzało mu to zacząc kupowac nowe ubrania, perfumy itp. Mimo ze
zawsze chodził w domu w dziurawym podkoszulku a do pracy w wygniecionej
koszuli. W końcu gdy znalazłam wyznania miłości tamtej i oczy mi się
otworzyły. Odsunął dzieci które zawsze twierdził ze tak kocha i wypiął się na
nas wszystkich. Jestem w szoku i po załamaniu nerwowym w zeszłym miesiacu.Jak
go widzę takiego wystrojonego to chce mi sie wyć, jak córka uczepiona jego
ręki woła tatusiu kiedy przyjdziesz i dlaczego znów idziesz, jak syn krzyczał
w nocy " nie wróci" rozdziarało mi sie serce.
Wiem że nie jestem jedyna w takiej sytuacji i to mnie strasznie
pociesza.Wszyscy to muszą jakos znieść. Dziękuje za to ze jesteście i za to
ze dzięki Wam mogę poczuć się choć trochę lepiej.