Nie rozumiem, nie rozumiem...

09.05.06, 23:32
Kolejna sesja terapeutyczna, kolejna totalna klęska. Nie rozumiem mojego męża.
Nie mogę żyć z cżłowiekiem, którego nie rozumiem.

Mieliśmy rocznicę ślubu. Zaprosił mnie do restauracji. Posżłam, bo przecież
się godzimy. Było naprawdę miło. Wracamy. W samochodzie wywiązała się
dyskusja. Dyskusja przerodziła się w kłótnię. Bo mąż po raz pierwszy od roku
powiedział, że nie powinien robić tego, co zrobił i że żałuje. Żałuje, bo
zadał nam wszystkim - mnie i dzieciom - ból i nas skrzywdził.

Ale - dodał w następnym zdaniu - skąd mógł wiedzieć, że tak będzie?

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie umiem tego zrozumieć. Chciałam. pytałam. Jak to, skąd mógł wiedzieć? nie
wiedział, że jak mnie zdradzi i odejdzie, to będziemy cierpieć, ja i baby? Ano
nie, nie wiedział. ??????? Wg niego to wszystko mogło się dobrze skończyć.
???????? No przecież są ludzie, którzy się rozstali, a nadal są w przyjaźni,
dzieci wspólnie wychowują i tak dalej. Po zdradzie????????? Po tym, jak
znaleźli sobie kochankę, kiedy żona była w końcówce ciąży? A to nie ma nic do
rzeczy. On nie widzi w tym problemu. On zakłada, że niezaleznie od ciązy,
niemowlęcia, zdrady i kochanki nasze rozstanie mogło się jak najlepiej dla nas
skończyć.

DLA NAS??????????????

A dzisiaj na terapii usłyszałam, że on mnie okłamywał z troski o
mnie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Bo przecież w ciąży byłam i mogłabym się
zdenerwować, gdybym się dowiedziała, że on tworzy właśnie inny
związek!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

No rzeczywiście, pewnie bym się trochę zdenerwowała. Nie to, co na przykład teraz.

Wybacznie, ja nie rozumie,. Nic nie rozumiem. Nie rozumiem, czy to mój system
wartości jest chory, czy to ten człowiek jest nienormalny. Czy oczekiwanie, że
dopóki ktoś jest moim mężem, to niezależnie od poczucia niewygody i
niespełnienia NAJPIERW poinformuje mnie o tym, ze naszego związku już nie ma,
a POTEM wejdzie w nowy, to jest przesada i brak realizmu?


Boże, ja zwariuję..... Ja mówię, o co mam żal - o kłamstwa, o brak lojalności,
o oszukiwanie - a na to słyszę "No dobrze, dobrze, kłamstwa, oszukiwanie,
ALE!!!!!!! " ten ton cholerny, lekceważący#$%*^&*^)* Dobra, dobra, ideały
jakieś, o kłamstwa ma pretensje... Porozmawiajmy o konkretach!

Nie umiem tak żyć... Chciałam, starałam się, ale nie umiem. Nie mogę być z
człowiekiem, który tak widzi świat.

-----------------------
Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
    • movisz Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 00:13
      Nie pociesze ciebie. Niestety wiekszosc z nich ma taki wlasnie pomyslunek.
      Liczy sie tylko to co oni chca i oczekuja od wszystkich zrozumienia ich
      niewlasciwego postepowania. Egoizm, wygodnictwo to sa ich glowne cechy.
      Uwielbiaja odkrecac sprawy. To co zle przekonuja ze wlasnie jest dobre. To jest
      odwodzenie rozmowy od tego co jest dla nich niewygodne. Moje dziecko robi
      dokladnie tak samo. Nie daj sie sprowokowac.
      Z jego wypowiedzi przewija sie glownie jego niedojrzalosc. Najgorzej ze tacy
      potrafia dojrzewac dwadziescia jeszcze lat i z niewielkim skotkiem.
      Pozniej sie wszyscy dziwia ze przyrost naturalny spada. Trudno jest sie
      zdecydowac na wychowywanie jeszcze jednego krnabrnego, upartego 30 letniego
      dziecka przez nastepne 20-30 lat.
      Angazuj go wiecej w roboty domowe i opieke nad dzieckiem a wtedy ty bedziesz
      miala wiecej czasu dla siebie a on mniej czasu na glupoty. Obowiazki pomagaja
      wydoroslec takim chlopczykom.
      • agash4 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 04:48
        Az mnie zatrzeslo, mimo ze mnie od takich samych scen dziela lata swietlne. Tez
        probowalam, tez slyszalam wyplukane frazesy i w koncu... odcielam wszystko.
        Uczuciowo jest spokoj, cisza. Mam nowa rodzine. Ale tatus dziecka jak zza grobu
        czasem wyjrzy... Jak nie mozesz to dobrze ze napisalas to wszystko i widzisz
        jak jest. Mozesz powoli ukladac nowy plan, troszke inna konfiguracja, inny
        podzial obowiazkow itd. Ja musialam podjac decyzje sama o rozstaniu, bo
        biedactwo nie mialo determinacji... przynajmniej do tego nie mialo ... Ale na
        razie widze, ze nie wszyscy jednak sa tacy sami ... Na szczescie ..
    • bellima Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 09:11
      Wspolczuje. Wiem cos o tym, nie az tak bardzo, ale podobnie. tez nie rozumialam
      jak mozna krzywdzic bliskich, klamac, oszukiwac,manipulowac, i uznawac, ze nic
      sie nie stalo, to drobiazg, i ze to nawet "dla twojego dobra".... brrrr.. okropne.
      Ale niektorzy maja taki "sposob na zycie", taki system wartosci pod tylko swoje
      potrzeby skompilowany. Uznajac swoja wine, zepsuli by sobie samopoczucie... i
      jak biedactwa mieliby z tym dalej zyć? a tak-przyjemniej mysleć o sobie jako
      dobrym, poświęcajacym się dla dobra innych (sic!)..
      Zeby mozna bylo tworzyc cos dobrego dalej -powinno byc symboliczne, ale swiadome
      uznanie winy, żal za popełnione zło, chec naprawy. A jak to moze byc, jesli nie
      zaistniała nawet swiadomosc popełnionego zła? Źle, ze sie wydało (bo trzeba
      poniesc konsekwencje), a nie zle- ze sie zdarzylo..
      Niestety taka rozbieżnosc w podstawowym widzeniu swieta i wyznawanych
      wartościach -potrafi zamordowac kazdą miłość.
      Trzymaj się.

    • czekolada72 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 10:54
      Berku, ja uslyszalam takie samo + jeszcze, ze gdybym to ja była na jego miejscu
      = zdradzała i prowadziła podwojne zycie przez pare lat - to on by mi zyczył
      wszystkiego dobrego!

      A ja - wredna taka - nie dosc ze nie zyczylam, to nie padlam mu do stop na
      wiesc, ze mnie takze na swoj sposoob kocha i ze w sumie to wszystko moze byc
      dalej tak jak do tej pory....

      no wredna jestem
      • afryka75 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 12:57
        Berek, współczuję sad
        Mój rozumował identycznie. To wszystko było normalne, zwykłe, a ja zrobiłam
        histerię, i zniszczyłam harmonię całości.
        To o to chodzi- oni nie mają poczucia, ze zrobili źle. Jedynie złośc, ze to się
        wydało, i że żona z jakiegoś dziwnego powodu tego nie zaakceptowała.
        Mój, spacerując z "przyjaciółką" pod rękę po całym mieście, usiłował mi wmówić,
        ze jestem chorobliwie zazdrosna, ze to był miły, przyjacielski gest, a ja zaraz
        z awanturą. Idąc tym tropem powinnam stweirdzić, ze seks z przyjaciółką, to też
        miły gest. Bo czyż nie? Czyż to nie miłe?
        Wracaliśmy do siebie dwa razy, i nigdy nie żałował, ani razu nie przeprosił za
        swoje postępowanie. Nie widział mojej krzywdy, lecz tylko swoją- że nie
        potrafiłam spokojnie wszystkiego akceptować i ograniczałam mu wolnosc.
        Mój w końcu się zmobilizował i odszedł sam, ale pewnie, gdyby tego nie zrobił ,
        podjęłabym ten krok zamiast niego, bo zachowywał się podobnie jak Twój- ten
        lekceważący i pewny siebie głos, zero wnikniędia w uczucia drugiej osoby,
        wyśmiewanie pani psycholog, która próbowała mu wytłumaczyć, na czym polega jego
        błąd.
        I tak jak u Czekolady- ciągłe mówienie mi, że gdybym to ja miała tego rodzaju
        "przyjaciela", i gdyby mi to w czymś pomagało, on zwyczajnie cieszyłby się z
        tego. W to akurat wierzę.

      • tictac11 SZIK 22.05.06, 11:33
        normalnie nie miałam pojecia, że to tskie powszechne. Moj mąż wcale się nie
        wypiera romansu. I nie zamierza za niego rpzepraszać ani nic wyjaśniać. Ale
        chce, zeby wszystko wróciło do "normy" czyli starego status quo. I jeszcze ma
        pretensje, ze ja nie chce....
        • afryka75 Re: SZIK 22.05.06, 15:30
          Mój dodatkowo skutecznie mi wmawiał, iż to, ze mnie codziennie od nowa
          oklamywał, to wyłacznie moja wina, bo go do tego zmuszałam.
          Tak, że nie zdziw się, jak się okaże, że w jego mniemaniu ten jego romans, to
          wyłącznie Twoja zasługa wink A skoro tak, to dlaczego on ma przepraszać? I skoro
          zdecydował się wrócić na łono rodziny, to wynik tylko i wyłacznie jego
          szlachetnosci.
          Takie jest ich myślenie....
          • phokara Re: SZIK 22.05.06, 16:08
            >I skoro
            > zdecydowa? sie˛ wrócic´ na ?ono rodziny, to wynik tylko i wy?acznie jego
            > szlachetnosci.

            Brzmi, jak dowcip - ale taka jest prawda. Powrot do domu jest gestem szlachetnym i
            odpowiedzialnym - a glupia zona nie umie tego docenic tylko strzela jakies fochy. Facet zas jest
            urazony, bo w koncu nie dosc, ze POSWIECIL wlasne potencjalne szczescie (kochanka) dla
            ZASAD (haha) to spotyka go za to taka niewdziecznosc.
            Nikt go nie rozumie, nikt go nie umie docenic, zycie jest wredne i niesprawiedliwe buuuuuuuuu...

            (do momentu znalezienia nastepnej damy, ktora doceni jego heroizm).



            • afryka75 Re: SZIK 22.05.06, 17:08
              phokara napisała:

              >crying...)> (do momentu znalezienia nastepnej damy, ktora doceni jego heroizm).

              O to, to właśnie big_grin
              U mnie nie miało znaczenia, że po ostatnim poworocie exa zmieniłam się bardzo,
              byłam dobra, wyrozumiała, nie czepiałam sie, nie płakałam (czyli całkiem
              wyeliminowalam to, co było podstawą jego poprzednich zarzutów. Tak więc tym
              razem powiedział mi na koniec, ze- cytuję- zatłukłam tą miłość, poniewaz w
              ostatnim okresie nie łapałam jego żartow i nie nadawałam na tej fali (czyt. nie
              na tej samej, na której już od pewnego czasu nadawała wszystko rozumiejąca
              kochanka).

    • chalsia Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 13:00
      > A dzisiaj na terapii usłyszałam, że on mnie okłamywał z troski o
      > mnie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Bo przecież w ciąży byłam i mogłabym się
      > zdenerwować, gdybym się dowiedziała, że on tworzy właśnie inny
      > związek!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


      Klasyka Berek, klasyka (niestety). Mój uważa, że mnie nie okłamał.
      Uznał, ze w danym momencie nie powinnam znać prawdy (mimo, ze zadałam mu proste
      pytanie czy ma kogoc czy nie), że to dla mnie i dziecka będzie lepiej (bał się,
      że np. stracę pokarm).
      Chalsia
      • afryka75 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 13:09
        Natomiast mój teraz powiedział, ze cały czas mnie okłamywał, nawet w okazywaniu
        uczuć (a okazywał gorące i namiętne uczucia do ostatniego dnia), z tego powodu,
        ze swoim postępowaniem go do tego zmuszałam.

        Póki byłam z nim, wierzyłam w to- ze on mnie oszukuje przez to, jaka jestem
        niedobra.
        O, ja głupia- dopiero teraz dochodzę do tej wiedzy, że to, czy ktoś nałogowo
        kłamie, czy nie, to tylko i wyłącznie jego wybór.
    • misbaskerwill Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 13:39
      Jako doświadczony facet, z całą odpowiedzialnością udzielę Ci jednej rady:
      KOPNIJ GO SOLIDNIE W DUUUUUUUUUUPĘ!!!!!!!!!!!!

      Walić psychologów, "terapeutów". Walić zdrajców.
      "Nie mogę być z człowiekiem, który tak widzi świat." - No to uwolnij się!
      • kornikuno Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 10.05.06, 15:04
        Berek,
        wspolczuje...i mysle, ze dopki Twoj malzonek niezrozumie dlaczego doszlo do , a
        raczej dlaczego On pozwolil aby taka sytuacja miala miejsce, to bedzie Wam
        cholernie trudno ulozyc zycie.
        To on musi dojrzec emocjonamnie...po prostu dorosnac, aby powiedziec: "tak to
        moja wina, przepraszam"...
        Wiesz, jakos trudno mi uwierzyc w "odgrzewane" zwiazki, szczegolnie jezeli byla
        trzecia osoba...
        Powodzenia zycze!
        IzaBella
        • ak70 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 09:11
          Berek... ściskam mocno!!! Trzymam kciuki - jakąkolwiek decyzję podejmiesz - aby
          okazała sie słuszna. Ja nadal próbuję...
          Nic więcej nie napiszę, ani nie powiem. TY WIESZ...
      • berek_76 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 09:20
        > Jako doświadczony facet, z całą odpowiedzialnością udzielę Ci jednej rady:
        > KOPNIJ GO SOLIDNIE W DUUUUUUUUUUPĘ!!!!!!!!!!!!
        >
        > Walić psychologów, "terapeutów". Walić zdrajców.
        > "Nie mogę być z człowiekiem, który tak widzi świat." - No to uwolnij się!

        Tak, to bardzo mądrze powiedziane. Tchnie a) szacunkiem dla przysięgi
        małżeńskiej; b) wiarą w drugiego człowieka; c) miłością bliźniego i tak dalej.

        Jakie miałabym prawo wymagać od męża poszanowania przysięgi małżeńskiej, gdybym
        sama się do niej nie stosowała? Jak mogłabym zachować szacunek do samej siebie,
        gdybym sobie odpuściła?

        Nie wiem, czy wytrzymam. Ale chcę móc codziennie spojrzeć w lustro bez wstydu i
        móc sobie powiedzieć "Starałam się. Zrobiłam, co mogłam". I tego nie oceni nikt
        oprócz mnie, bo tylko ja wiem, na ile mnie stać.
        -----------------------
        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
        • kasiar74 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 11:24
          jesoo jakie ty masz maleńkie dzieci
          ależ popaprany jest ten świat
          • berek_76 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 12:31
            Kasiar, lepiej, że one sa maleńkie. Mają szansę nie pamiętać różnych rzeczy
            (zwłaszcza o dasię mi chodzi, ona po prostu nie zna taty jako domownika. To taki
            miły gość).

            Ale z drugiej strony boli mnie to, że one życie w rodzinie bez ojca mogą uważac
            za rzecz zupełnie normalną. Że nie będę mogła ich nauczyć na przykładzie, na
            czym polega związek kochających się ludzi, jak trzeba nad nim pracować, co jest
            w nim ważne... Mój mąż jest z takiej rodziny i on jest przekonany, że ojciec NIE
            JEST potrzebny. I nie widzi, jaki okaleczony jest sam przez to, że ojca nie miał.

            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
        • misbaskerwill Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 17:58
          Oj, faktycznie nie rozumieszsmile
          Primo - kopniecie moze wróci facetowi mózg na miejsce - bliżej czaszkismile)
          Ale trzeba mocnosmile
          Przysięga małżeńska - a co, on ją niby szanuje? Tu nie chodzi o lustro, o
          spowiedź przed księdzem, "co ludzie pomyślą" - to jest Twoje życie, i Twoich
          dzieci!!!!
          W życiu zwykle zwycięża ten, kto atakuje (niestety). Przecież zakonnicą nie
          zostaniesz, to po co bawić się w Świętą???
          A ja bym takiemu gościowi nie wierzył - niestety, z bolesnej autopsji.
          Po czymś takim u mnie włączył się rozum i intuicja - przedtem zagłuszałem je, bo
          wierzyłem, że miłość "wszystko zwycięża" i "będzie dobrze, bo się kochamy".
          Teraz sprawa jest dużo prostsza - po prostu staram się omijać szuje z daleka,
          zanim mnie skrzywdząsmile) A dobrych ludzi na tym pięknym świecie jest DUUUŻO! Po
          co marnować krótkie życie z kompletną gnidą???
          Jeśli robisz to tylko z "poświęcenia" to nawet przy jego najlepszej woli Wam się
          nie uda!!! Jeśli chcesz, to rób to TYLKO I WYŁĄCZNIE dla Siebie! Nie dla dzieci,
          nie dla teściowej, nie dla ludzi, a tylko dlatego, że CHCESZ!!!
          Nikt Ci za nie podziękuje (spójrz prawdzie w oczy), więc myśl o Swoim życiu.
          • berek_76 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 19:01
            Misbaskerwill, ależ ja to "kopnięcie" - to, na które mogłam sobie pozwolić -
            wykonałam! Nie mieszkamy razem, nie jesteśmy razem, chodzimy tylko na terapię i
            staramy się jakoś posklejać. No i właśnie wygląda na to, że cała nauka, jaką mąż
            z tego wyciąga, to taka na zasadzie psa Pawłowa - zdardzać nie wolno, bo potem
            biją uncertain .


            > Przysięga małżeńska - a co, on ją niby szanuje? Tu nie chodzi o lustro, o
            > spowiedź przed księdzem, "co ludzie pomyślą" - to jest Twoje życie, i Twoich
            > dzieci!!!!

            Wiesz co, ale zasady, które głosze i których przestrzegam, to sa te same zasady.
            Nie mam jednych na okolicznośc spowiedzi, innych na okoliczność traktowania
            męża. To trochę ułatwia życie smile
            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
            • kruszynka301 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 19:34
              Berku, a ja nigdy nie zrozumiem takich osób jak Ty, które po zdradzie, chcą jeszcze się "jakoś posklejać". Zasady, o których piszesz, to jedno, ale życie z kretynem i fundowanie dzieciom patrzenia na takie życia - to drugie.

              Ty nie rozmumiesz eksa, ja nie rozumiem Ciebie - każdy jest inny - i to jest jak najbardziej normalne.
              • berek_76 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 20:02
                > Berku, a ja nigdy nie zrozumiem takich osób jak Ty, które po zdradzie, chcą jes
                > zcze się "jakoś posklejać". Zasady, o których piszesz, to jedno, ale życie z
                kretynem i fundowanie dzieciom patrzenia na takie życia - to drugie.

                Czyli zakładasz, że człowiek nie może się zmienić? Z góry tak zakładasz? Bo ja
                nie mogę. Zwłaszcza, że ten człowiek to ktoś, komu ślubowała miłośc i wierność.
                Nie mogę go ot tak skreslić - nikogo nie mam prawa skreślić w ten sposób.
                Dlatego chcę próbować. Chcę sprawdzić, czy jest szansa na porozumienie. Ale nie
                na "wyrzeczenie się" czy "poświęcenie". Po prostu - czy jesteśmy w stanie
                odnaleźć jeszcze raz drogę do siebie.

                Ja własnie nie chcę fundować dzieciom życia z kretynem. Ale nie chcę tez
                fundować im życia bez ojca. Za duża stawka, żeby ot tak zrezygnować, bo trochę
                boli. Nie zamierzam im fundować życia z kretynem. Ale muszę sprawdzić, czy nie
                za łatwo przyczepiam etykietkę. W bólu i złości łatwo jest kogoś skrzywdzić.
                Skoro u innych mi się to nie podoba, i ja nie powinnam tak robić.
                -----------------------
                Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                • kruszynka301 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 11.05.06, 20:58
                  Tak, z góry zakładam, że człowiek nie może się zmienić - bo ludzie się nie zmieniają. Nie da się zmienić charakteru, sposobu myślenia - jest to niemożliwe w długim okresie czasu (w krótkim owszem).
                  Co innego jeden skok w bok, co innego takie myślenie, jakie reprezentuje Twój mąż.
                  Wiem, że Ciebie nie przekonam, wiem również, że jeśli nie będziesz próbować, będziesz się czuła z tym źle.

                  Byłam mniej więcej w Twoim wieku, kiedy też przechodziłam przez zdradę - ale jednak inaczej wszystko sobie ułożyłam. Jestem teraz szczęśliwa, więc wiem, że wybrałam słuszną drogę, i najlepszą dla mnie i dla córeczki (eks odszedł do kochanki po moim porodzie, kiedy kazałam mu się definitywnie określić, a ja w niespełna rok póżniej spotkałam swoją drugą połówkę).

                  Gardzę zdradzającymi, szczególnie, że w krótkim okresie samotności spotykałam się z różnymi propozycjami, w tym również od żonatych, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że od zdradzającego faceta trzeba uciekać jak najdalej, obojętnie, czy jest się żoną, czy kochanką.



                  • berek_76 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 12.05.06, 00:03
                    > Tak, z góry zakładam, że człowiek nie może się zmienić - bo ludzie się nie zmie
                    > niają. Nie da się zmienić charakteru, sposobu myślenia - jest to niemożliwe w d
                    > ługim okresie czasu (w krótkim owszem).

                    Tu się rzeczywiście absolutnie różnimy. Ja wierzę smile

                    > Jestem teraz szczęśliwa, więc wiem, że wybrałam słuszną drogę,

                    Dla mojego męża jego szczęście też jest jedynym wyznacznikiem słuszności tego,
                    co zrobił. Ale dla mnie jest odwrotnie - słusznośc tego, co zrobiłam, jest
                    wyznacznikiem szczęścia. NIe mogę być szczęśliwa, jeśli mam poczucie, że źle
                    zrobiłam.
                    -----------------------
                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                    • tricolour Też tak myślę jak Ty... 12.05.06, 00:11
                      ... a inaczej niż Kruszynka. Szczególnie w "zakresie szczęścia".
                      Uważam, że postawa "jestem szczęśliwa czyli wybrałam słuszną drogę" jest
                      egoistyczna, a może nawet graniczy z hedonizmem. Tak to może mysleć nawet
                      złodziej (przepraszam za skojarzenia - są one tylko ilustracją), kóry splądrował
                      mieszkanie i jest bardzo zadowolony z łupu. Wybrał słuszną drogę?
                    • chalsia Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 12.05.06, 00:12
                      Berek, ja rozumiem Twoje stanowisko. Jednak, jeśli Twój mąż nadal będzie
                      prezentował taką postawę, jak tą z Twojego pierwszego postu, to kiedyś będziesz
                      w końcu musiała podjąc jakąs decyzję. Albo definitywne rozstanie- ale masz
                      czyste sumienie bo próbowałaś, albo byci erazem z poczuciem poświęcania się,
                      etc.
                      Będziesz sama musiała sobie wyznaczyć granice czasową na podjęcie takiej
                      decyzji. Bo bez tego, to może być tak jak teraz i przez nastepne X lat.
                      Chalsia
                  • tricolour Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 00:18
                    ... nie może sie zmienić, to wyjaśnij mi jak to możliwe, że kiedyś wierzyłaś w
                    Boga, a teraz nie?
                    Co było naciągane i udawane? Wiara, czy ateizm?
                    • crazysoma Re: Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 09:34
                      wiara lub niewiara w Boga nijak sie maja do faktu ze czlowiek sie zmienia lub
                      nie. Wiare w Boga zaczynamy tracic wtedy gdy przerasta nas ilosc negatywnych
                      doswiadczen naszych, przyjaciol i swiatowych.

                      Berkowy partner nie czuje potrzeby zmian nie mowi do siebie, Berka i terapeuty
                      chcialbym postepowac inaczej ale NIE UMIEM, nie wiem od czego zaczac - pomozcie
                      mi. Berkowy partner ma pretensje ze ludzie cos od niego chca a on zdziwionymi
                      oczkami pyta "aleosokurnachodzi"

                      przepraszam Tricolour, ze sie wtracilam, nie do mnie bylo pytanie ale blizszy
                      jest mi poglad Kruszynki niz Berka - tez uwazam ze pewni ludzie w pewnych
                      sytuacjach sie nie zmieniaja.

                      A tak a`propos "nie rozumiem" wiesz Berku moj byly maz, kiedy bylam w 6 m-cu
                      jak najbardziej planowanej ciazy (ale po 3 m-cach od poczecia pojawila sie Ona)
                      powiedzial mi "wiesz dobrze by bylo zebys ty teraz tez kogos miala"...

                      pozdrawiam i zycze wytrwalosci i obys to Ty miala racje
                      • berek_76 Re: Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 10:58
                        > pozdrawiam i zycze wytrwalosci i obys to Ty miala racje

                        Ale rację w czym? Ja przecież nie twierdzę nic, ani w tę, ani wewtę. nie uważam,
                        ze mąz jest zatwardziałym sukinsynem, którego nic nie zmieni, ani że przeżył
                        cudowne nawrócenie i teraz będzie super.

                        Ja własnie próbuję zrozumieć, jak to jest - jak on myśli, jak ja myślę, czy to
                        się da pogodzić. I akurat co do tego, czy próba dogadania się z drugim
                        człowiekiem - kimkolwiek by nie był - ma sens, to chyba nie ma żadnych
                        wątpliwości. NIc na tym nie tracę, z wyjątkiem odrobiny nerwów. A zyskać mogę dużo.

                        Po prostu czasem mi trochę brakuje siły i wtedy pisze takie rozpaczliwe posty tongue_out

                        -----------------------
                        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                        • crazysoma Re: Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 11:36
                          W tym ze uwazasz ze ludzie sie zmieniaja.
                          Wydaje mi sie ze zakladajac ten watek, przy pomocy innych osob probujesz, na
                          konkretnym przykladzie, zrozumiec dlaczego Twoj partner, mysli inaczej niz Ty.
                          Pytasz czy to Twoj system wartosci jest chory czy jego - bo nie jestes pewna.
                          Ja mysle ze jesli dwie osoby maja az tak rozbiezne poglady na pewne tematy to
                          trudno o porozumienie bez walki, bolu i szarpaniny nerwow, trudno o zaufanie,
                          jakiekolwiek, bo nigdy nie masz gwarancji ze nie wywinie nastepnego numeru
                          ktory wg niego takim nie bedzie. Ja rozumiem roznice miedzy mezczyzna a
                          kobieta i ze pewne rzeczy trzeba mowic prosto z mostu i ze rozmowa to jednak
                          najlepszy sposob na zrozumienie jednej i drugiej strony. Masz prawo wierzyc ze
                          w koncu po dlugich staraniach dotrze do niego to o co walczysz, ale jak to mowi
                          moja przyjaciolka - "nie wymagaj krwi od suszonej ryby". Dotrze do niego w
                          jednym nie dotrze w nastepnym i tak w kolko.
                          I dlatego Ci zycze obys Ty miala racje.

                    • kasiar74 Re: Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 10:35
                      ludzie się zmieniaja ale bardzo rzadko i trzeba na to brac poprawkę, jesli
                      próbujesz, próbujesz i próbujesz i ciagle sie jest w punkcie wyjscia to może
                      zamiast kogos zmieniac to lepiej poszukac kogos kogo zmeniac nie trzeba
                      • berek_76 Re: Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 10:54
                        > ludzie się zmieniaja ale bardzo rzadko i trzeba na to brac poprawkę, jesli
                        > próbujesz, próbujesz i próbujesz i ciagle sie jest w punkcie wyjscia to może
                        > zamiast kogos zmieniac to lepiej poszukac kogos kogo zmeniac nie trzeba

                        To juz czysta polemika jest smile - a to jest jakiś obowiązek w ogóle bycia z kimś?
                        Tzn. alternatywą jest albo bycie z tym, albo bycie z tamtym? wink

                        Bo mnie odrobinę zdumiewa założenie niemal wszystkich ośób, że mój wybór
                        polegana decyzji - czy dalej mąż, czy juz teraz kto inny.

                        Otóż nie. Mój problem polega na decyzji - czy mąż tak, czy mąż nie. To jest dla
                        mnie w tej chwili jedyna decyzja do podjęcia w tym temacie. I niezaleznie od
                        tego, czy on a będzie na tak, czy na nie, to po niej przyjdzie już całkiem nowe
                        życie. O pewne kwestie uboższe, ale w ogólnym rozrachunku raczej bogatsze - w
                        doświadczenia, w zrozumienie pewnych spraw.

                        Sprowadzanie tego do kwestii, z kim będe mieszkała i sypiała, jednak sprawę
                        mocno upraszcza. Mam wrażenie, że z takiego podejścia wynikły między innymi
                        idiotyczne posunięcia mojego księcia małżonka. Jemu się wydawało, że jest to
                        kwestia prostego wyboru - sypiam z tą panią albo z tamtą.

                        A sedno jest we mnie - jakim teraz jestem człowiekiem, jak widzę świat, jak
                        jestem w stanie funkcjonować. I czy ten modus operandi, który mi się ustalił pod
                        wpływem wydarzeń ostatniego roku, da gdzieś w siebie wkomponowac mojego męża.
                        takim, jakim on jest.

                        -----------------------
                        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                        • kasiar74 Re: Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 11:59
                          rozpatrujemy teraz bycie w związku, więc jeśli być z kims w związku to lepiej
                          byc z kimś kogo zmieniać nie trzeba i nie chce się go zmieniać, a oczywiste
                          jest to że lepiej byc samemu niz w kiepskim związku.
                    • kruszynka301 Re: Kruszynko, skoro uważasz, że człowiek... 12.05.06, 11:26
                      "nie może sie zmienić, to wyjaśnij mi jak to możliwe, że kiedyś wierzyłaś w
                      > Boga, a teraz nie?
                      > Co było naciągane i udawane? Wiara, czy ateizm?"

                      Nie sądzę, że utrata wiary (a ściślej mówiąc utrata poczucia zasadności
                      twierdzenia "i nie opuszczę Cię aż do śmierci", co pociągnęła za sobą takie, a
                      nie inne konsekwencje - bo w mojej sytuacji unieważnienie małżenstwa, chociaż
                      możliwe, kłóciłoby się z moim sumieniem) zmieniła mnie w czymkolwiek. Jedyną
                      konsekwencją jest niechodzenie do kościoła, natomiast charakter, postępowanie
                      mi się nie zmieniło.

                      Co do mierzenia słuszności decyzji szczęściem - no cóż, gdybym komuś coś
                      ukradła, to chociaż uzyskałabym dobra materialne, to jednak moje sumienie nie
                      pozwalałoby mi być szczęśliwą - natomiast w momencie, kiedy to mąz mnie
                      opuścił, odchodząc do ciężarnej kochanki (byłyśmy obie w ciąży), to w momencie
                      wybrania sobie nowego partnera, moje sumienie siedzi cichowink.

                      • tricolour Czyli wynika... 12.05.06, 15:43
                        ... że wiary nie utraciłaś...

                        smile))

                        • kruszynka301 Re: Czyli wynika... 12.05.06, 16:31
                          no, wiarę w chrześcijan - utraciłamwink.
                          • misbaskerwill Re: Czyli wynika... 12.05.06, 17:53
                            Ja też nie wierzę już kato-likom. Bo moja żona wielką dewotką była i
                            pozostała-chodzi sobie regularnie do komunii i dalej pięknie kłamie w oczy. No -
                            może zdradzać przestała, ale tamtemu też się pali ziemia pod stopami (jego żona
                            wie, a trzyma całą kasę i mieszkanie), to chwilowo nie ma z kimsmile))
                            A całe zło jakie wyrządziła i brak przebaczenia ze strony ludzi, których
                            skrzywdziła nie są przeszkodą...
                            • berek_76 Re: Czyli wynika... 13.05.06, 07:37
                              Misbaskerwill, czy to znaczy, że z powodu zakłamania swojej żony przestałeś
                              wierzyć katolikom?
                              Niby można zrozumieć, ale z tego wynika, że jeśli trafisz na lekarza-konowała,
                              przestaniesz w ogóle chodzić do lekarza, jeśli obsłuży Cię nieuprzejma
                              sprzedawczyni, przestaniesz robić zakupy, a jeśli okaże się, że w pracy bywa
                              nieprzyjemnie, zostaniesz bezrobotnym, tak?

                              Bo mnie się wydaje, że jeśli trafi się na zakłamanego katolika, to oznacza to
                              niewiele więcej ponad fakt, że trafiło się na zakłamanego katolika. O
                              pozostałych to mówi raczej niewiele.

                              -----------------------
                              Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                              • kruszynka301 Re: Czyli wynika... 13.05.06, 09:30
                                Niestety Berku, tacy katolicy jak żona Misbaskerwilla są w większości. Widzą okruszek w oku bliźniego, a nie widzą belki w swoim.

                                Paradoksalnie, eks jest przez "prawdziwych" katolików o wiele lepiej traktowany (bo z cywilną żoną i z wózkiem stoi w pierwszym rzędzie przed ołtarzem) niż ja, porzucona kościelna żona, która stałam samotnie). Jego wybierali na chrzestnego (cały czss zastanawiam się, jakim cudem proboszcz się zgodził), mnie powiedziano, że żaden porządny katolik mnie nie będzie chciał.
                                Naprawdę, dość się napatrzyłam na kłamstwo, zakłamanie i pruderię naszych "prawdziwych" katolików, żeby z satysfakcją móc powiedzieć, że ja do nich nie należę.
                                • anja_pl mylisz się krusznko301 13.05.06, 09:40
                                  myślę,że nie to, iz twój mąz stoi w pierwszym rzędzie z cywilną żoną jest
                                  przyczyną innego taktowania jego i ciebie,
                                  on zalegalizował swój związek, a ty żyjesz w konkubinacie,
                                  bo nawet jeśli swego konkubenta nazywasz mężem, to on nim nie jest i ta nazwa
                                  mu nie przysługuje,
                                  najłatwiej się pogniewać na innych, a dlaczego miałabyś być chrzestną, skoro
                                  podniewałaś się na Pana Boga, gdy Ci wiara przykazania zaczęły przeszkadzać i
                                  zaczęłaś się deklarować jako osoba niewierząca?
                                  • kruszynka301 Re: mylisz się krusznko301 13.05.06, 09:52
                                    nie mówię o tym, co jest teraz, tylko o tym, jak mnie traktowano, kiedy byłam samotną matką!
                                    opinię o katolikach wyrobiłam sobie jeszcze przed poznaniem mojego partnera.
                                  • kruszynka301 Re: mylisz się krusznko301 13.05.06, 09:56
                                    co do chrzestnej, to wiem, że ja nie mogę być (to dla mnie jest oczywiste), ale wytłumacz mi, jakim cudem chrzestnym może być człowiek, który dla kochanki porzucił ciężarną żonę???? I katolik wybiera taką osobę na chrzestnego dla swojego dziecka? Bo to jest dla mnie niezrozumiałe.

                                    W momencie chrztu eks nie miał ślubu z kochanką, więc też żył w konkubinacie (o ile wogóle fakt ślubu cywilnego cokolwiek znaczy w Kościele).
                                    • tricolour Mylisz pojęcia lub zwyczajnie nie wiesz... 13.05.06, 12:36
                                      ... o co chodzi.

                                      W momencie chrztu Twój mąż był Twoim mężem i to jest fakt. Mógł być zatem ojcem
                                      chrzestnym każdego, kto go o to poprosił.
                                      Porzucił cię, co prawda, dla innej, ale to nie miało dla nikogo (poza Tobą)
                                      znaczenia. Przykry fakt, ale prawdziwy. Dla Kościoła też to nie ma znaczenia, bo
                                      przysięgi są dalej ważne z definicji, jeżeli przypomnisz sobie, co mówiliście
                                      przed ołtarzem - "na dobre i na złe". Dla Ciebie właśnie nastało to "złe", ale
                                      byłaś tego świadoma (i pogodzona) już w momencie składania przysięgi, albo nie
                                      wiedziałaś co ślubujesz.

                                      Czyli w momencie chrztu brak ślubu cywilnego Twojego męża oznaczał dla Kościoła
                                      (a także dla Państwa) brak legalnego związku z nową kobietą. Mąż cieszył się
                                      pełnią praw Kościelnych. W tym momencie trzeba odróżnić prawo od Twoich
                                      oczekiwań i osobistego nieszczęścia.

                                      Twój mąż (także Ty) stracił niektóre prawa jako katolik w momencie ślubu
                                      cywilnego, bo jego nowa przysiega stoi w sprzeczności z pierwszą. W takiej
                                      sytuacji prawo zakłada ważnośc pierwszej deklaracji. No bo której? Może siódmej?

                                      smile
                                      • kruszynka301 Re: Mylisz pojęcia lub zwyczajnie nie wiesz... 13.05.06, 14:41
                                        Moment, czyli ja, obecnie żyjąc w konkubinacie (bez ślubu cywilnego) mogę zbyć chrzestną??? Dopiero podpis pod aktem ślubu czyni mnie niegodną???? Tri, przecież to bzdura - moje sumienie na to nie pozwala.
                                        • tricolour Podpis uprawomocnia Twoje decyzje. 13.05.06, 14:51
                                          Jak podpiszesz, to czarno na białym będzie, że jesteś żoną. Teraz nie jesteś
                                          więc możesz korzystać z tego faktu, ale w ograniczonym zakresie: na potencjalne
                                          pytanie "czy jest Pani w związku" trzeba odpowiedzieć prawdę, że tak, a to
                                          przekreśla szanse na bycie chrzestną, bo żyjesz w ciągłym grzechu i nie masz
                                          najmniejszego zamiaru zmienić tego...

                                          Hm... na jakiej podstawie mówisz o swoim facecie, że to mąż? Przecież on nim nie
                                          jest.
                                      • berek_76 Re: Mylisz pojęcia lub zwyczajnie nie wiesz... 13.05.06, 21:35
                                        > W momencie chrztu Twój mąż był Twoim mężem i to jest fakt. Mógł być zatem ojcem
                                        > chrzestnym każdego, kto go o to poprosił.
                                        > Porzucił cię, co prawda, dla innej, ale to nie miało dla nikogo (poza Tobą)
                                        > znaczenia. Przykry fakt, ale prawdziwy. Dla Kościoła też to nie ma znaczenia, b
                                        > o
                                        > przysięgi są dalej ważne z definicji, jeżeli przypomnisz sobie, co mówiliści
                                        > e
                                        > przed ołtarzem - "na dobre i na złe". Dla Ciebie właśnie nastało to "złe", ale
                                        > byłaś tego świadoma (i pogodzona) już w momencie składania przysięgi, albo nie
                                        > wiedziałaś co ślubujesz.
                                        >
                                        > Czyli w momencie chrztu brak ślubu cywilnego Twojego męża oznaczał dla Kościoła
                                        > (a także dla Państwa) brak legalnego związku z nową kobietą. Mąż cieszył się
                                        > pełnią praw Kościelnych. W tym momencie trzeba odróżnić prawo od Twoich
                                        > oczekiwań i osobistego nieszczęścia.

                                        Czy aby Ty, Tri kochany, też czegoś nie mylisz?

                                        Owszem, pod względem slubu z kimś nowym mąż był OK, ale nie tylko liczba
                                        zawartych związków małżeńskich decyduje o "zdolności" do bycia ojcem chrzestnym.
                                        Warunkiem jest życie wg przykazań i wytycznych wiary katolickiej.

                                        Sęk w tym, że nie nosi się na czole wytatuowanej informacji o tym, że porzuciło
                                        się żonę dla innej kobiety. Wobec czego ksiądz musi się kierować tym, co wie. Co
                                        więcej - paranoja! Jeśli mąż wyzna na spowiedzi, co zrobił, to i tak nic nie
                                        zmieni, bo spowiednika obowiązuje tajemnica i nie może zabronić bycia rodzicem
                                        chrzestnym, nawet jeśli wie, że to jest pic na wodę.

                                        Może też o tym zwyczajnie nie wiedzieć - w końcu ksiądz to JEDNAK nie Duch
                                        Święty wink, a nigdzie nie jest powiedziane, że wiarołomny mąż się z tego faktu
                                        spowiadał. Może nie widział problemu uncertain (mój nie widział sad ).

                                        A oczywiście można też trafić na skiędza palanta, ale mimo powszechnej opinii
                                        wydaje mi się, że to jest stosunkowo najmniej prawdopodobne.

                                        Tak czy owak nie mów, Tri, że jeśli chodzi o ojca chrzestnego, to nikogo nie
                                        obchodzi, czy kandydat porzucił żonę, czy nie, byle tylko nie zawarł nowego
                                        ślubu. Obchodzi, a przynajmniej powinno, ale niestety nie jest to tak prosto
                                        weryfikowalne.




                                        Notabene (wtykam kij w mrowisko i zaraz mi tu co odgryzą wink ) zdumiewa mnie
                                        fakt, że z jednej strony liczne osoby "obrazone" na Kościół oburzają się
                                        nierestrykcyjnym podejściem do innych (vide dopuszczenie kogoś do roli ojca
                                        chrzestnego mimo pozostawania w nieslubnym związku), a równocześnie żądają
                                        nierestrykcyjnego podejścia do siebie (vide ochrzeczenie dziecka mimo tego, że
                                        rodzice pozostają w nieslubnym związku).


                                        Żeby nie bło - nie piję tu do żadnej z wypowiadających się tu osób, bo nic mi
                                        nie wiadomo o ich podejściu do chrztu ich dzieci, ale z tą samą sytuacją
                                        spotkałam się już tyle razy, że mogę ją uznać za regułę. Kolega Kali przesyła
                                        pozdrowienia z przestrzeni urojonej wink

                                        -----------------------
                                        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                                        • kruszynka301 Re: Mylisz pojęcia lub zwyczajnie nie wiesz... 13.05.06, 23:08
                                          > Notabene (wtykam kij w mrowisko i zaraz mi tu co odgryzą wink ) zdumiewa mnie
                                          > fakt, że z jednej strony liczne osoby "obrazone" na Kościół oburzają się
                                          > nierestrykcyjnym podejściem do innych (vide dopuszczenie kogoś do roli ojca
                                          > chrzestnego mimo pozostawania w nieslubnym związku), a równocześnie żądają
                                          > nierestrykcyjnego podejścia do siebie (vide ochrzeczenie dziecka mimo tego, że
                                          > rodzice pozostają w nieslubnym związku).

                                          No to może ja odpowiem. Oburzam się, kiedy ktoś porzucający żonę i żyjący w sprzeczności z przykazaniami jest proszony na świadka (to nie o księdza tu chodzi, bo on przecież może nie wiedzieć, ale o rodzinę), natomiast sakrament chrztu świętego dotyczy wyłącznie dziecka, którego nie można karać za grzechy rodziców - to, czy w przyszłości dziecko będzie katolikiem, czy nie, to już samo wybierze.
                                          Oburzam się, bo eks został chrzestnym, ale jednocześnie dla mnie byłoby nie w porządku, gdyby odmówiono mu chrztu jego dzieci. W naszej parafii doskonale znają naszą sytuację (chrzestnym był w innej) - to małe miasteczko.
                                          • berek_76 Re: Mylisz pojęcia lub zwyczajnie nie wiesz... 14.05.06, 08:35
                                            Kruszynko, ale właśnie stąd potem te stada niby-katolików! Co z tego, że
                                            ochrzcisz dziecko, skoro nie wychowasz go na katolika! A jeśli ktoś upiera się
                                            chrzcić dziecko, ale równoczesnie żyje sprzecznie z zasadami wiary, to jaka jest
                                            szansa, że dziecko wychowa z godnie z nimi!

                                            Chrzest to jest w tym sensie sprawa dziecka, że to ono ma być ochrzczone, ale to
                                            od rodziców zależy, czy to będzie rzeczywiście chrzest, czy pic na wodę. I
                                            często własnie z troski o to, zeby to pic na wodę nie był, pojawiają się
                                            restrykcje, źle odbierane przez tych, którzy od Kościoła oczekują tylko usług,
                                            ale wymagania już ich mierżą.

                                            Warto by się wreszcie zdecydować, czy chce się mieć do czynienia z Kościołem,
                                            czy nie. Anie tylko wyciągać rękę, nie dając nic w zamian.

                                            -----------------------
                                            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
                                • tricolour Co za kretyn naopowiadał Ci... 13.05.06, 12:42
                                  ... że żaden "porządny" katolik nie bedzie się z Tobą zadawał? Co najwyżej mógł
                                  ten kretym powiedzieć, że ON nie bedzie sie zadawał.

                                  Ty uwierzyłaś w te brednie?
                                  Może wygodnie było Ci przyjąc taki punkt widzenia za ogólny dla wszystkich
                                  katolików tylko po to, by móc ich deprecjonować, a w konsekwencji odrzucić
                                  wiarę, z zasadami której stoisz w konflikcie?
                                  • kruszynka301 Re: Co za kretyn naopowiadał Ci... 13.05.06, 14:50
                                    Tri, fakt jest taki, że jestem po ślubie kościelnym. Nie mogę wziąć ślubu kościelnego - i dla katolików (szczególnie rodzin) jest to problem, co naprawdę rozumiem, i nie mam żadnych kontrargumentów.

                                    Poza tym, czy chcemy czy nie, istnieje stereotyp - mąż ją porzucił - widocznie miał przyczynę, więc ona jest zła.

                                    Mam wspaniałą teściową - ale nawet ona, kiedy syn jej powiedział o mnie, załamała ręce, że jestem rozwódką z dzieckiem. Zapomniała nawet w tym momencie, że ona róznież była w identycznej sytuacjiwink.

                                    Początkowo nawet starałam umawiać się z rozwodnikami, bo myslałam, że tak będzie łatwiej, no ale w końcu wylądowałam z kawalerem, i to na dodatek młodszymwink.

                                    A teraz was opuszczam, jadę do Krakowa grillowaćwink.
                                    • anja_pl znowu pomyłka 13.05.06, 23:04
                                      jak piszesz o teściowej, to nie wiem o kim, bo chyba nie o matce twojego
                                      ślubnego, fakty się nie zgadzają,
                                      czy to matka twego konkubenta?
                                      • kruszynka301 Re: znowu pomyłka 13.05.06, 23:12
                                        Anju, tak ważny jest dla Ciebie papierek? I skończ już z tym konkubentem, proszę, bo w Polsce to pojęcie pejoratywne.
                                        Z całej dyskusji najważniejszą rzeczą jest, czy mam oficjalny ślub, czy nie?
                                        Wydaje mi się, że się czepiasz.
                                        • tricolour Niestety Ania ma rację... 14.05.06, 01:18
                                          ... i podobną sytuację mam w pracy gdzie jeden z kolegów mówił o swojej kobiecie
                                          "żona". Nie mają ślubu żadnego i nie potrafią powiedzieć dlaczego.
                                          Przekonaliśmy go, że żoną nie jest, a jest konkubiną i takiej formy używa tenże
                                          kolega, bo jest zgodna ze stanem faktycznym.

                                          Rzeczywiście "konkubent" ma zabarwienie pejoratywne, bo oznacza życie z kimś bez
                                          dokończenia formalności. No zwyczajnie taka jest konsekwencja... trudno.
                                      • kasiar74 Re: znowu pomyłka 14.05.06, 00:15
                                        anju kruszynka jest szczesliwa ze swoim partenem to po prostu czuć więc jakie
                                        ma znaczenie papaierek?? sama wiesz że nie ma żdnego, wazne jest to czy ludzie
                                        chca b7yc ze soba i cos wspolnie budowac
                                        • tricolour Żaden papierek nie ma znaczenia... 14.05.06, 01:23
                                          ... bo można bez nich żyć. Nie jest potrzebne prawo jazdy - wystarczy samochód.
                                          Nie jest potrzebny dyplom uczelni, bo można dobrze zarabiać i bez niego.
                                          Nie jest potrzebny ślub - wystarczy sam porządny facet...

                                          Przykłady można mnożyć, a i tak do niczego to nie prowadzi. Jedni lubią byle
                                          jak, a inni lubią mieć porządek.

                                          tongue_outPPPPPP
                                        • anja_pl kasiar74 14.05.06, 08:01
                                          bądźmy konsekwentni w naszych wyborach i ponośmy odpowiedzialność,

                                          jak żyją sobie szczęśliwi, to niech żyja, ale nazywajmy rzeczy po imieniu,
                                          nie nazwiesz przecież psa kotem, ani słonia żyrafą, bo wtedy zatraca się
                                          poczucie jednoznaczności,
                                          zatem niech kruszynka nazywa swojego partnera zgodnie ze stanem faktycznym
                                          czyli konkubentem,
                                          tak jak pisal tri: konkubet ma znaczenie prejoratywne, bo to znaczy, że czegoś
                                          nie chce się załatwić do końca,
                                          podjęli decyzje życia bez ślubu, to im wszystkiego najlepszego,
                                          ale niech kruszynka przestanie oszukiwać siebie, nas, otocznie,
                                          mąż w języku polskim okresla kogos innego,
                                          jesli papierek jest dla niej nieważny, to po co z taka siłą i uporem maniaka
                                          nazywa swojego partnera mężem?
                                          a przecież nie zalezy jej na opinii otoczenia,
                                          powinno to dla niej nie mieć znaczenia,

                                          nie chce brac ślubu, nie musi, ale niech nie okłamuje nazewnictwem, że ten ślub
                                          ma,

                                          bo dla mnie jest to hipokryzja




                                          • kruszynka301 Re: kasiar74 14.05.06, 11:31
                                            Anju, mogę powiedzieć tylko jedno - tracisz czas i energię na coś, co tak naprawdę nie ma dla mie znaczenia.
                                            Konkubentem mojego przyszłego męża nie będę nazywać.

                                            Na jednym z zamkniętych forów, gdzie znamy się bardzo dobrze, łącznie ze spotkaniami w realu i zjazdem całymi rodzinami, w pewnym momencie padło właśnie pytanie, ile osób (mających już dzieci, żyjących ze sobą parę lat) nie ma ślubu. O dziwo, okazało się, że bardzo wiele - i wszyscy swoich partnerów nazywamy mężem i żoną, bo akurat to słowo najlepiej określa nasze wzajemne stosunki.

                                            Twoje wypowiedzi odbieram pod kątem tego, co Ciebie spotkało - bo innych, żyjących w normalnych rodzinach, takie a nie inne nazewnictwo nie razi.

                                            Stworzyłaś sobie sztuczny problem.
                                            • tricolour No to jest NARZECZONY. 14.05.06, 13:53
                                              To piekne słowo i doskonale oddaje stan faktyczny: facet teraz mężem nie jest,
                                              ale w planie jest slub.

                                              Jest tylko mały szkopuł, który zniechęca do uzywania słowa narzeczony, bo
                                              zdradza niemiłą przeszłość, fakt posiadania dzieci (albo nieślubnych z
                                              narzeczonym, albo ślubnych z kim innym). Stąd pomysł, nie tylko u Ciebie, aby
                                              nazywać narzeczonych mężami, co ułatwia życie, oddala nieprzyjemne pytania lub
                                              domysły, ale kosztem prawdy.

                                              Przykład z tym forum, gdzie ludzie nie wzięli ślubu, a nazywają się mężami i
                                              żonami, dowodzi, że ucieczka od przysięgi małżeńskiej jest masowa, co nie
                                              zmienia faktu, że mąż mężem nie jest. Może kiedyś będzie, ale dzisiaj nie jest.
                                              • anja_pl Re: No to jest NARZECZONY. 14.05.06, 14:02
                                                chyba masz rację tri, z tym tłumaczeniem, dlaczego tak chętnie podszywają się
                                                pod mężów i żony,

                                                narzeczeni? to po słowie, a czy były oświadczyny i zostały przyjęte ? wink
                                                • scriptus Mam rozwiązanie 17.05.06, 13:27
                                                  Zgadzam się zarówno z tym, że konkubent, to niemile brzmiące słowo, trudno
                                                  wymówić (zwłaszcza po pijaku można połamać język ;DDDDD). Narzeczony i mąż, to
                                                  określenia niezgodne z prawdą. Kłamstwo w żywe oczy może sprawić, że
                                                  wrażliwszych ludzi bolą sumienia. Co powiecie na określenie "MÓJ PARTNER" "MOJA
                                                  PARTNERKA", w zasadzie znaczy niemal to samo, co konkubent, a o ile lepiej brzmi
                                                  big_grinDD
                                            • anja_pl kruszynko301 14.05.06, 14:00
                                              spójrz prawdzie w oczy, nie ma w Polsce takiego prawa, którego twojego
                                              konkubenta nazwałoby mężem i wg którego, miałby takie jak mąż prawa,

                                              wasze wzajemne stosunki określa to jak się do siebie odnosicie, ale nie to czy
                                              się nazywacie mężem i żoną,

                                              używacie tych nazw, bo...?
                                              no właśnie: bo?

                                              dla mnie jest to hipokryzją, próbą ukrycia przed samym sobą braku odwagi i
                                              wiary w drugiego człowieka,

                                              wg słownika języka polskiego pod redakcja Stanisława Skorupki
                                              mąż to mężczyzna związany z kobietą związkiem małżeńskim,

                                              natomiast wg tego samego słownika
                                              wasz związek odpowiada definicji konkubinatu, czyli:" trwałe, nie
                                              zalegalizowane pożycie mężczyzny i kobiety"

                                              i tak was prawo będzie traktowało,

                                              moje wypowiedzi odbierasz "pod kątem tego, co Ciebie spotkało - bo innych,
                                              żyjąch w normalnych rodzinach, takie a nie inne nazewnictwo nie razi", błąd !!!
                                              razi i to wielu, w piatek akurat na ten temat rozmawialiśmy w pracy, i osoby
                                              żyjące w konkubinacie, stwierdziły, że żyją w konkubinacie, nazwały rzecz po
                                              imieniu, żadne z nich nie uważało za właściwe nazywać swojego partnera "mężem"
                                              czy "żoną"
                                              mówili o nich po imieniu, lub moja kobieta czy mój mężczyzna,
                                              słowa "kochanek" czy "kochanka" nie były w użyciu,
                                              termin "narzeczeni" tez się nie pojawił,

                                              i to czy mają dzieci czy nie, nie miało znaczenia na ich stanowisko,

                                              jak twój partner zostanie twoim przyszłym mężem, to wtedy będziesz go mogła tak
                                              nazywać
                                              daj wtedy znać, to nie będę sie czepiała...

                                              nie nazywaj go konkubentem, jak nie chcesz, ale prawdy w ten sposób nie zmiesz,
                                              nie stanie się twoim mężem, bez zalegalizowania związku,
                                              tu nie ma nabycia praw przez "zasiedzenie"

                                              • tricolour Aleśmy napadli na Kruszynkę... 14.05.06, 14:02
                                                ... chrześcijańska krucjata, co?

                                                smile))

                                                Jako adminów zaproszą nas pewnie do LPR. Co Ty na to?
                                                • anja_pl Re: Aleśmy napadli na Kruszynkę... 14.05.06, 14:05
                                                  smile)))))))))))))

                                                  z LPR raczej mi nie po drodze ;p

                                                  nie nazwałbym tego "chrześcijańską krucjatą",
                                                  raczej walką o poprawność języka polskiego wink))))))))
                                                  • tricolour A pomyślałaś o sprawach podatkowych? 14.05.06, 14:24
                                                    Zdaje się, że matka samotnie wychowująca dziecko ma przywileje. Gdyby
                                                    zalegalizowała związek, to mogłaby stracić kilka złotych...
                                                  • anja_pl Re: A pomyślałaś o sprawach podatkowych? 14.05.06, 14:29
                                                    o tym ,że straci status samotnej matki nie pomyślałam...
                                                    ale tak w sekrecie: podobno konkubenci moga sie wspólnie rozliczać wink, jest to
                                                    jedyny zapis w całym prawodawstwie wink

                                                    ale jako samotna matka więcej zyskuje, chyba, że jej konkubent w domu sziedzi i
                                                    nic nie robi wink
                                                  • kruszynka301 Re: A pomyślałaś o sprawach podatkowych? 14.05.06, 15:16
                                                    o tym ,że straci status samotnej matki nie pomyślałam...

                                                    wink)).
                                                    O widzisz, trafiłaś w sedno. Nie dość, że tracę status samotnej matki, to jeszcze z narzeczonymwink mamy taki plan: nasze drugie dziecko będzie oficjalnie wychowywał tatuś, więc na papierze on będzie samotnym ojcem, a ja samotną matką... No i jeszcze becikowe - no doprawdy, żyć nie umieraćwink))).
                                                  • anja_pl Re: A pomyślałaś o sprawach podatkowych? 14.05.06, 15:40
                                                    zatem powodzenia...
                                              • crazysoma Re: kruszynko301 14.05.06, 14:54
                                                a jak ktos mowi do siebie "misiu" albo "myszko" a do prawdy (wszak sa ludzmi)
                                                ma sie to jak zaba do zolwia? smile
                                                biegasz za nimi ze slownikiem i tlumaczysz im ze wg slownika jezyka polskiego -
                                                mis to....
                                                a skad wiesz czy Kruszynka z milosci do partnera chce nazywac go maz a nie
                                                konkubent, bo to brzydkie slowo a On kojarzy jej sie ladnie? A moze chce mowic
                                                do partnera maz, bo jest dla niej kims jak... maz. A moze panu Bogu sie to
                                                podoba i nikomu nic do tego?
                                                dla mnie czepianie sie takich glupot jak nomenklatura w niektorych przypadkach
                                                traci jakas dulszczyzna. Owszem gdyby poszla do sadu i powiedziala o
                                                konkubencie maz dopuscilaby sie klamstwa ale w zyciu codziennym moze chyba
                                                mowic o nim jak chce?
                                                pozdrawiam cieplo smile


                                                • kruszynka301 Re: kruszynko301 14.05.06, 15:20
                                                  dzięki za wsparcie, ale tych dwóch uparciuchów (Tri i Anję) trudno przekonaćwink. Już się zdążyłam przyzwyczaićwink.
                                                • anja_pl Re: kruszynko301 14.05.06, 15:39
                                                  jak krusznka301 nazywa swojego partnera w domu, to mnie nie interesuje, niech
                                                  mówi i żabko, misiu, myszko, żółwiku, mnie nic do tego...

                                                  mnie dotyczy tylko to co pisze na forum,
                                                  przez swoją nomenklaturę wprowadziła mnie i jeszcze kilka innych osób na forum
                                                  w błąd,
                                                  dopiero po kilku miesiącach wyszło, że mąz to nie mąż, tylko konkubent,
                                                  ewentualnie narzeczony...

                                                  dlatego będę sie upierała, że publicznie nalezy używać własciwych okresleń, dla
                                                  właściwych rzeczy

                                                  a jak się jej mąż ładnie kojarzy, to niech to zalegalizują i wtedy bez
                                                  problemów będzie mogła tak pisać...

                                                  ale legalizacja wymaga zaufania...
                                                • tricolour Skoro nomenklatura nie ma znaczenia... 14.05.06, 15:39
                                                  ... to Kruszynka może też mówić do swojego faceta "synu" (wszak młodszy jest).
                                                  Ciekawe dlaczego tak nie robi?

                                                  tongue_outP
                                                  • anja_pl Re: Skoro nomenklatura nie ma znaczenia... 14.05.06, 15:40
                                                    tricolour napisał:

                                                    > ... to Kruszynka może też mówić do swojego faceta "synu" (wszak młodszy jest).
                                                    > Ciekawe dlaczego tak nie robi?
                                                    >
                                                    > tongue_outP

                                                    wink))))))))))))))
                                                  • kruszynka301 Re: Skoro nomenklatura nie ma znaczenia... 14.05.06, 15:45
                                                    bo młodszy tylko o rok - no cóż, ciężko byłobywink)).
                                                  • tricolour Warto chyba skończyć zmasowany atak... 14.05.06, 15:48
                                                    ... na Ciebie.

                                                    Pozdrawiam.
                                                    smile)))
                                                  • anja_pl Re: Warto chyba skończyć zmasowany atak... 14.05.06, 15:51
                                                    idę grillować, tzn wrzucić coś na ruszt wink)))
                                                    pa
                                                  • kruszynka301 Re: Warto chyba skończyć zmasowany atak... 14.05.06, 15:55
                                                    no, a ja w końcu zrobię obiad, bo jestem opóźnionawink
                                                    u nas lejesad
                                                  • movisz Re: Warto chyba skończyć zmasowany atak... 14.05.06, 17:17
                                                    Zakanczajac temat jak nazywac osobe z ktora sie spi a nie ma sie podpisanego
                                                    urzedowego papierka nadajacego tytul: zona lub maz podpowiadam ze za granica
                                                    problem jest rozwiazany i taka osobe nazywa sie: moj partner lub moj przyjaciel.
                                                    Uwazam to za najbardziej wlasciwe i trafne.
                                                  • crazysoma Re: Warto chyba skończyć zmasowany atak... 14.05.06, 18:15
                                                    Uparciuchy swoje a drugie uparciuchy swoje. smile Ja nie rozumiem dlaczego Anja
                                                    tak sie domaga zeby Kruszynka nie wprowadzala w blad i nie mowila o partnerze
                                                    maz. Jakie to wlasciwie ma znaczenie tu, na tym forum? Zrozumialabym gdyby to
                                                    bylo forum urzedow, sadow czy innych instytucji. Wtedy faktycznie ktos moglby
                                                    sobie pomyslec ze partner Kruszynki ma przywileje urzedowe z powodu bycia mezem
                                                    (jak maz stanu czy zaufania) Zrozumialabym gdyby Kruszynka zabrala meza Anji
                                                    albo komus innemu, wtedy faktycznie mialabym wrazenie ze cos jest nie tak.
                                                    Nie spotkaliscie sie nigdy z okresleniem np "siostra" o przyjaciolce ktora sie
                                                    traktuje jak kogos wiecej niz az przyjaciela? A przeciez nie jest siostra na
                                                    papierze.
                                                    Przyszlo mi do glowy, ze moze partner Kruszynki na na imie Maz? I dlatego Ona
                                                    tak o Nim mowi.smile Cos jak w Ameryce Poludniowej gdzie co drugie dziecko to
                                                    Chrystus albo Mercedes...
                                                    No i tak mozna jeszcze dlugo. Tez uwazam ze temat kwalifikuje sie do
                                                    zakonczenia. Pozdrawiam cieplo.
                                                    Zdazylam przed zakonczeniem tematu? smile
                                    • kornikuno Re: ... 13.05.06, 23:27
                                      ...wydaje mi sie, ze watek skrecil na sciezki wiary, ktore akurat w tym
                                      momencie ( i nie tylko) nie sa w stanie niczego rozwiazac.
                                      Ok problem dozgonnosci malzenstwa, ktory niesie..no wlasnie: uczciwosc, milosc,
                                      wiernosc...itd...

                                      A jak brak tych elementow?

                                      Tak jak pisalam powyzej: do zwiazku jakiegokolwiek nalezy dorosnac/dojrzec...a
                                      sprawa wiary w cos/kogos/czy inne nie ma istotnego ( jak dla mnie) znaczenia!
                                      Zwiazales sie z osoba X, masz z tego zwiazku dzieci = ponosisz konsekwencje
                                      z tytulu Twojego wyboru...i nie ma Mamo! ratunku ( czyt.skok w bok)...a jezeli
                                      juz tak sie ( niestety) stalo to nie ma " woz albo przewoz" w zaleznosci od
                                      tzw. stanu "ducha" ( nazwalabym to inaczej...no ale coz, prawie anagram
                                      odzwierciedla moja mysl..)
                                      Wracam konsekwentnie do : tylko grochowka odgrzewana ( i inne podobne zupy)
                                      bardzo smakuja...
                                      I to tez jest moje osobiste zdanie na temat - w sytaucji, kiedy tylko jedna
                                      strona stara sie ...

                                      Bycie/zycie we dwoje, jest cholernie trudna sztuka...ale dlaczego utrudniac to
                                      wszystko? jaki sens? Moze lepiej byc/zyc samemu ( nawet, gdy sa dzieci?)...ktos
                                      kiedys napisal...z kamienia krwi niewycisniesz...
                                      No wlasnie!

                                      Pozdrawiam
                                      IzaBella
                                      PS
                                      To jest zawsze trudna droga...niestety niejedna/y maja to poza soba...
    • nangaparbat3 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 14.05.06, 00:38
      Niestety nie mam czasu na cały watek.
      Kiedy mój jeszcze-wtedy- mąż zażądał rozwodu, mowił, ze osobno będziemy
      szczęśliwsi. Nie wierzyłam, ale dokładnie tak jest. Miał rację.
      Przyjaźnimy się - i to też jest dobre, dla wszystkich, a przede wszystkim dla
      dziecka.
      Teraz jestes wsciekła, pełna bólu i zlości, więc na pewno jeszcze nie czas na
      przyjaźń. Ale jeśli z czasem by sie udało, byłoby lepiej.
      Pozdrawiam i trzymam kciuki.
    • stokrotka19741 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 14.05.06, 11:33
      Berek, jak czytam twoje posty to widzę „młodą-starą” chudą, z ptasia twarzą,
      nauczycielkę, z włosami ściągniętymi do tyłu i małymi „lennonkami" na oczach.
      Taka trochę przegadana, cytująca formułki, które ja wyuczyli, ale nie łącząca
      ich absolutnie z tym co się wokół niej dzieje.

      Kobieto, przestań w końcu być ofiarą, przestań sobie wmawiać, że maż jest okey,
      przestań mu dawać szanse, go rozumieć.
      Chcesz zrozumieć, to patrz na fakty, nie szukaj powodu, tylko oceniaj suche
      fakty i na tej podstawie podejmuj wyroki.
      Nie dorabiaj teorii, nie dawaj mu szansy wytłumaczenia się, nie dawaj się
      obwiniać.

      Niech on zrozumie ciebie, on cie skrzywdził,
      Co chcesz włąściwie zrozumieć?
      Że nie da się, z człowiekiem niedojrzałym, infantylnym i egoistycznym stworzyć
      prawdziwego zwiazku, że dziecko będzie na tym cierpieć i tracić, bo matka daje
      z siebie zrobić ofiare, bo akceptuje takie sytuacje,
      Tu nie trzeba szukać podtekstów, tylko spojrzeć na fakty i je zaakceptować... i
      zacząć zycie od nowa.

      Po prosty archetyp, zdradzanej żony, która filozofuje, gada, coś o wyższych
      wartościach próbach szansie, a nie widzi że mąż który jest w stanie zdradzić
      kobietę będącą w ciaży z jego dzieckiem, się nie zmieni, że takiej sytuacji się
      nie wybacza, nie zapomina. Że ona zawsze wylezie, zawsze dziecko, będzie
      światkiem wypaczonych relacji między rodzicami.
      Człowieku, czego Ty oczekujesz? Jakich zmian oczekujesz? Zmian w charakterze
      trzydziestoparoletniego chłopa, zmian których on nie chce dokonać?
      Zdaj sobie w końcu sprawę, że Ty chcesz z nim być, bo boisz się przyszłość
      samotnej mamy z dzieckiem, bo chcesz sobie przede wszystkim, udowodnić ze
      dobrze wybrałaś.


      Daj spokój, terapia nie ma sensu, tracisz czas, pieniądze,
      • berek_76 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 14.05.06, 21:05
        > Zdaj sobie w końcu sprawę, że Ty chcesz z nim być, bo boisz się przyszłość
        > samotnej mamy z dzieckiem, bo chcesz sobie przede wszystkim, udowodnić ze
        > dobrze wybrałaś.

        Do tego momentu jeszcze ta psychoanaliza domorosła miała nieco sensu, ale tu już
        popłynęłaś, kochana, aż boli. Przyszłości samotnej mamy z dzieckiem to ja się
        nie boję ani trochę, bo w końcu uprawiam bycie samotną mamą już od roku i ma co
        najmniej tyle pozytywów (dla mamy), co negatywów. Boję się natomiast losu
        "samotnych córek" dla moich dzieci, co też notabene nie oznacza, że w imię
        zapewnienia im tatusia pozwolę rzeczonemu jeździć sobie po głowie. Ale w każdym
        razie zdaję sobie sprawę, że każdy medal ma dwie strony.

        A dlaczego mam komuś udowadniać, że dobrze wybrałam? Już to, co się stało,
        świadczy dobitnie o tym, że wybrałam na tyle źle, że przydarzyć się mogło. A na
        tyle dobrze, na przykład, że mamy dwie fantastyczne córki. Ja napawdę nic nie
        musze nikomu udowadniać. Byłam szczęśliwa wtedy. Jestem szczęśliwa teraz. Będę
        szczęśliwa potem.

        > Po prosty archetyp, zdradzanej żony, która filozofuje, gada, coś o wyższych
        > wartościach próbach szansie, a nie widzi że mąż który jest w stanie zdradzić
        > kobietę będącą w ciaży z jego dzieckiem, się nie zmieni, że takiej sytuacji się
        >
        > nie wybacza, nie zapomina. Że ona zawsze wylezie, zawsze dziecko, będzie
        > światkiem wypaczonych relacji między rodzicami.

        Rozsądek nakazuje nie nadużywać słów "nigdy" i "zawsze". Jako biolog wink wiem, że
        materiał biologiczny jest zmienny.

        A to, moja miła, że ktoś się nad czymś zastanawia, nie oznacza recytowania
        WYUCZONYCH formułek. Niektórzy umieją myśleć sami z siebie, chociaż może się z
        tym jeszcze nie spotkałaś.
        -----------------------
        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
        • xy66 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 15.05.06, 16:50
          no niech bedzie...
          dawno juz sie tu nie udzielalem i teraz pewnie mi sie za moj nastepujacy liscik
          dostanie...
          ale taki widac mam charakter i nie moge obojetnie przejsc jak slysze tyle
          roznych zdan z ktorymi nie moge sie zgodzic...
          jestem panem w srednim wieku w dobrze juz dwucyfrowym starzu malzenskim.
          od 2-3 miesiecy szczesliwie w romansie - pierwszym w zyciu!

          po tych statystykach - moje zdanie:
          nie jestem infantylnym egoista, ale tak jestem czlowiekiem, mezem, ojcem
          rodziny ktory tez ma jeszcze prawo do tego by:
          - byc traktowanym jak czlowiek, mezczyzna
          - byc milo kochanym
          a nie tylko byc reparatorem domu, masazysta na migrene i inne ciagle
          dolegliwosci zony etc.
          ja zenilem sie z kobieta - cieszylem sie z zony.
          dzis mam wierna matke moich dzieci i gospodynie domowa!
          a gdzie jest kobieta? zona?
          nie chce powiedziec ze moja zona jest zla, czy ja jestem zly i ja zaniedbywalem
          etc...
          prosze tylko pomyslcie tez o sobie drogie panie...
          jak traktujecie swoich wybrancow i na ile myslicie o nich, ich potrzebach...
          coz taka jest natura, roznimy sie i to trzeba uwzglednic.
          trzeba chciec drugiemu tez dac...
          etc etc..
          nie chce sie tu rozwijac i pewnie zaraz rozpocznie sie lincz publiczny mojej
          osoby smile ale prosze, sprobujcie pomyslec, co dajecie mezczyznom...
          zastanawialscie sie dlaczego oni zdradzaja...
          i nie chodzi mi o wlasne umartwianie...

          ZAWSZE WINA LEZY PO OBU STRONACH !!! MOZE W MINIMALNIE ROZNYM STOPNIU
          ALE TWIERDZENIE ZE TO FACECI SA WINNI; A KOBIETY BIEDNE - TO TROCHE PLYTKIE...
          • misbaskerwill Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 15.05.06, 18:54
            Wiesz co...
            Stań na środku jasnooświetlonego pokoju. Popatrz na cień swojej głowy. I co???
            WIDZISZ??? Ale chlopie masz rogi..... Trza było bardziej docenić żonę, a nie
            tylko masaż raz na ruski rok, to by za innymi nie biegałasmile))
            A że dopiero teraz masz swoje 5 minut, to się ciesz miast chwalić - miejsce jest
            zupełnie nieodpowiednie, sam to wiesz. Istnieje masa różnych forum dla
            superkochanków jak Tysmile
            A Twoja kochanka pewnie ma męża, który da Ci w mordę jak się dowie. Więc zgadzam
            - wina zawsze leży po obu stronach. Wszyscy tu to wiedzą. Więc pozwól im
            cierpieć w spokoju, a nie odkrywaj Ameryki, ok?
          • tricolour Tak dawno się nie udzielałeś... 15.05.06, 19:05
            ... że nawet najstarsza wyszukiwarka zapomniała Twojego nicka...
            • xy66 Re: Tak dawno się nie udzielałeś... 15.05.06, 23:03
              tak dawno tu nie bylem...
              i mozna sie dlugo nad soba uzalac - moze to takie kobiece...

              ale ja wole jeszcze cos z tego zycia miec poki sil starcza!
              egoista jestem? - pasuje do wzorca? no to bijce kobiety - tylko w serce!! wink

              nie!
              czlowiek, ktory odkryl, ze juz wiecej nie bedzie sie wysilal dla kobiety tylko
              dlatego, ze mieszkamy razem od x lat...
              moze sie nasze uczucie wypalilo?
              moze nie dbalismy o ten milosci kwiat?
              ja z mojej strony probowalem, n.p. napisalem wlasnoreczny list ca. 15 stron
              (!!!), gdzie jasno przedstawilem moj punkt widzenia, oczekiwania, winy...
              ale odpowiedzi nie bylo.
              mimo to - slogan - oboje jestesmy winni! przynajmniej na tyle ze nikt nie
              walczy juz jakos...

              i dlatego mam juz kompletnie z zycia zrezygnowac? otoz nie!!

              ale moze jeszcze sie oboje zreflektujemy...
              ciekaw jestem - przyznaje szczerze!!

              ale niszczesliwy i w zalu czekac nie mam zamiaru!
              zycie jest tylko jedno i jezeli trzeba to podobnie jak w inwestycjach: trzeba
              moze zrealizowac straty....
              • kruszynka301 Re: Tak dawno się nie udzielałeś... 16.05.06, 09:08
                Wiesz co? Żałosny jesteś.
                Nie ma to jak zrzucić na żonę odpowiedzialność za wzięcie kochanki.
              • tricolour Gdybym dostał list długi na 15 stron... 16.05.06, 09:16
                ... to wywaliłbym go do kosza uznając, że ktoś, kto nie potrafi zwięźle napisać
                kilka zdań zwyczajnie kpi sobie ze mnie...

                A co to znaczy "zrealizować straty" - to jakis słowny nowotwór.
            • brzoza75 Re: Tak dawno się nie udzielałeś... 16.05.06, 20:06
              ale się ukaktywnił ostatnio wink
              na innych forachwink
    • xy66 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 16.05.06, 15:57
      no dobrze - ostatni raz jeszcze cos napisze...
      jak w wiekszosci wypadkow (co rozumiem) racjonalnej wymiany zdan spodziewac sie
      tutaj nie nalezy, ludzie czuja sie skrzywdzeni, placza... - ludzka rzecz.

      Kruszynko: czytaj a daleko zajdziesz a nie chlap w okol bzdur i nie obrazaj!!!
      Ja chyba wyraznie i nie raz pisalem, ze nigdy mojej drogiej zony jako jedynie
      winnej nie obwinialem za stan rzeczy!!! uspokoj sie, wyluzuj...
      kto czyta nie bladzi...

      w nawiazaniu do mojego cytatu o "zrealizowaniu strat" chce wyjasnic i musze
      nieco obszerniej:
      mniej lub bardziej szczesliwie zylo nam sie wiele lat z moja zona - byly gory i
      doliny - jak to jest. ale - jak tu juz tez wspominano czasy sie zmieniaja i
      dojrzalosc - moim zdaniem - to nie 18 wiosen - a umiejetnosc dopasowania sie do
      czasu i sytuacji - niezaleznie od wieku.
      w zwiazku niezbedne jest aby zrobily to obydwie strony .... "bo do tanga trzeba
      dwojga" (budka suflera).
      ja nie odnosze wrazenia ze moja zona: wspaniala matka i dobra gospodyni miala
      chec udzielac sie jeszcze jako mila zona, nie mowiac nawet jako kochanka!
      moze to i moja wina? nie wiem!!! ja probowalem o tym mowic, ja probowalem
      podjac inicjatywe...
      moze to i moja wina? a moze jej? w sumie - powtarzam raczej: nas obu!!!

      ale teraz uzanalem ze jeszcze mimo to mam prawo byc choc na chwile szczesliwy!
      czy to grzech? (w nawiazaniu do tutejszego watka katolickiego?) - dla mnie nie!
      to moje ludzkie prawo! ja nie chce nikogo krzywdzic ale wymagam tez by i mnie
      respektowano.
      JA PO PROSTU TEZ MAM PRAWO JESZCZE SZCZESLIWIE POZYC - jakies 30 lat
      (statystycznie...).
      i w tym sensie - wg mnie - trzeba tez zaakceptowac "realizacje strat" - tak jak
      w grze gieldowej (tylko prosze teraz nie czepiac sie tego porownania!!!)
      czasem lepiej powiedzic dosc! i probowac na nowo niz czekac az sie wszystko
      straci...

      zycze wszystkim szczescia na tym padole
      ale przede wszystkim pozwole sobie zaapelowac:
      nie rozplakujcie wiecznie historii i jej ruin, a patrzcie i angazujcie sie w
      budowe przyszlosci (takze moze z dotychczasowymi partnerami)!!!

      dziekuje za uwage smile
      • misbaskerwill Re: no! 16.05.06, 17:13

        > nie rozplakujcie wiecznie historii i jej ruin, a patrzcie i angazujcie sie w
        > budowe przyszlosci (takze moze z dotychczasowymi partnerami)!!!

        I to było baaardzo konstruktywne...
        Czego sobie i wszystkim forumowiczom życzę.
      • kruszynka301 Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 16.05.06, 19:00
        Kruszynko: czytaj a daleko zajdziesz a nie chlap w okol bzdur i nie obrazaj!!!
        > Ja chyba wyraznie i nie raz pisalem, ze nigdy mojej drogiej zony jako jedynie
        > winnej nie obwinialem za stan rzeczy!!! uspokoj sie, wyluzuj...
        > kto czyta nie bladzi...
        >

        Nie muszę nawet czytać - wyobraź sobie, że bardzo często wysłuchiwałam identycznych bzdur od żonatych mężczyzn (kurczę, chyba macie jakiś tajny podręcznikwink, dlatego na kolejne "odkrycia" reaguję właśnie w taki sposób.
        Jeślibyś chciał naprawdę być w porządku, to najpierw rozqwód, a później nowa partnerka - ale kochanka to więcej testosteronu,prawda?

        Żeby było śmieszniej, z kolei mój eks zarzucał mi bycie bardziej kochanka niż strażniczką domowego ogniska - każda teoria jest dobra dla wytłumaczenia zdrady.
        • brzoza75 mam dość 16.05.06, 20:01
          mam naprawdę czasem dość czytania wynurzeń takich facetów kurcze żyć szczęśliwie
          bo mam prawo etc., ja myślę że on może nam jednak trochę zazdrościć ponieważ
          większość z nas podjęła decyzję o rozstaniu i ma przed sobą kawałek nowego życia
          , nowego a nie z bagażem żoną mężem w drugim pokoju, my nie będziemy się ukrywac
          z uczuciami, będziemy o tym mówić i bedziemy kiedyś jeszcze szczęśliwi a on
          mając 50 lat nadal biedny będzie szukał ukojenia w ramionach kolejnej kochanki,
          żal mi takich facetów, pokazuje tylko jak bardzo jest wygodny i jak bardzo
          ułomny, cikawe czy jego kochanka wie o tym jak cudowną matka i gospodynią jest
          żona i że kiedyś może wróca do siebie na stare lata żeby miał mu kto nocniczek
          podstawić?winksorry za te refleksje ale szlag mnie trafił na wieczór. Czego on
          szukał na naszym forum ciekawe? sa lepsze dla kochanek i kochanków , ufff
          słuchajcie ja naprawdę zaczynam wierzyć, że do nas też kiedyś przyjdzie słońce
          może kiedyś ...za rok dwa trzy a może już jutro , kurcze coś w tym musi być smile
          • julka1800 Re: mam dość 17.05.06, 11:40
            Brzoza, przychylam sie w całosci

            ten pan chce mieć prawo do szczescia w najblizszym 20 leciu moze 30 leciu jak
            napisał, prosze bardzo tylko nie koszten osob trzecich, no ale o tym juz
            zapomnial
        • scriptus Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 17.05.06, 11:51
          kruszynka301 napisała:

          > Jeślibyś chciał naprawdę być w porządku, to najpierw rozwód, a później nowa pa
          > rtnerka - ale kochanka to więcej testosteronu,prawda?

          Popieram, nie przeczytałem tu wszystkiego w tym wątku, ale zgadzam się z tym
          zdaniem, posiadanie nowej partnerki bez rozwodu, czy choć separacji nie jest w
          porządku
      • scriptus Re: Nie rozumiem, nie rozumiem... 17.05.06, 13:48
        Widzisz, u mnie też są górki i dołki, też jeszcze statystycznie pożyję ileś lat
        i pragnę szczęścia, nie wykluczam, że pod wpływem różnych emocji pozytywnych,
        czy negatywnych, wszystko się jeszcze może zdarzyć, jestem człowiekiem, ale
        nigdy nie obciążę winą za ewentualne posiadnie przeze mnie kochanki mojej żony.
        Co do rozpadu naszego związku, przyznaję, że mam tendencję do przyznawania jej w
        swojej świadomości nieco więcej niż połowy winy (powiedzmy 50,1%), jednak
        ewentualna kochanka, to w 100% moja decyzja , podobnie, jak kochanek jej.
    • kurka_wodna2 Nie rozumiem, nie rozumiem... 22.05.06, 23:32

      Chyba założę swój wątek,bo sama sobie nie poradzę.
      A temat,jak ten.
      Od dwu tygodni prawie nie śpię,jestem zaszczuta jak zajączek. Sama z tym
      marnotrawnym zdradzaczem sobie nie poradzę;moja pomysłowość się wyczerpała.
      Trzymajcie za mnie paluszki...
      • tricolour Załóż... 22.05.06, 23:57
        ... bo w tym sie pogubimy...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja