w sprawie złośliwości (niepotrzebnej) crazysomy

26.05.06, 01:14
crazysoma napisała w innym watku:
Rozumiem ze Twoje dziecko tryska takim samym optymizmem jak Ty? Tak samo jest
pogodzone z losem juz_dziecka_z_rozbitej_rodziny i tak samo szczesliwe z
powodu
nowego zycia?
tak, jestem zlosliwa...
pozdrawiam

Zaczne od dygresji - zauwazyłam, ze posty konczące się pozdrowieniami z
reguły należą do tych bardziej złośliwych i agresywnych.

A teraz ad meritum:
przyjęlo sie uważać, że dzieci z rozbitych rodzin sa nieszczęsliwe. Mało
tego, uważa się (na przykład w szkolach, przedszkolach) , że jesli rodzina
jest pełna, to dziecko nie ma w domu problemów. Sama też dalam sie w takie
myślenie wciagnąć i najpierw stawałam na glowie,
żeby dla dziecka zachować nasze małżeństwo, a po rozstaniu pełna byłam
poczucia winy.
Dopiero rok po tym, jak mąż się wyprowadził, odwazyłam sie spytać
dziewięcioletniej wowczas corki, czy bardzo jest na nas zła, że tak się stało.
"No co ty! Zła to ja byłam, kiedy się kłóciliscie - chciałam wtedy uciec z
domu. Teraz jest dobrze."

Minęły lata i corka zdania nie zmieniła. Oczywiscie nie bez znaczenia jest
fakt, ze ma ze swoim tatą regularny, częsty i dobry kontakt.
Chciałam jednak podkreslić, że mysmy się nawet nie kłócili - my tylko nie
umielismy sie z sobą porozumieć i zyliśmy w ciągłym napięciu. I własnie to,
dla postronnych niemal niedostrzegalne, było dla dziecka tak trudne do
zniesienia.
Z biegiem lat dochodze do wniosku, ze istotą dojrzewania jest uwalnianie się
od stereotypów, od tego, co "wiadomo". Można być szczęśliwą w rozbitej
rodzinie i nieszczęśliwą w pełnej - wszystko zależy od naszych konkretnych
wyborow, nic nie jest z gory przesądzone.
    • ladyhawke12 Re: w sprawie złośliwości (niepotrzebnej) crazyso 26.05.06, 07:24
      Dzieci z rozbituch rodzin moga i sa szczesliwe, moje sa, bylo trudno na poczatku
      bo chcialam na sile zastapic ojca i matke, ale pani psycholog powiedziala ze
      nadopiekunczosc nie wskazana, raczej zeby byc soba i sobie tez dac czas, i tak
      zrobilam, dzieci maja spokoj, ja nie placze ze strachu, mozemy rozmawiac o
      wszystkim, ostanio corka powiedziala ze ma cudowny dom i nie zamienila by na
      zaden inny.
    • crazysoma Re: w sprawie złośliwości (niepotrzebnej) crazyso 26.05.06, 08:29
      Prosze jaka niespodzianka raz czlowiek wyrazil swoje zdanie i juz go palcem
      wytykaja... Na dodatek od rana musze sie tlumaczyc az sie boje pomyslec co
      bedzie dalej.
      Otoz Droga Nangaparbat3 nie bede sie tlumaczyc. Przeczytaj watek tudziez
      wypowiedzi osoby ktora watek zalozyla (niestety nie pamietam kto to byl
      przepraszam) byc moze bedziesz wiedziala dlaczego bylam chyba bardziej
      ironiczna niz zlosliwa.
      Jak przeczytasz i nadal nie bedziesz wiedziala byc moze wytlumacze co mnie tak
      zaklulo w wypowiedzi autorki, ktora zalozyla watek.
      Aha podpowiem Ci - to wcale nie chodzilo o to ze uwazam ze za wszelka cene
      trzeba ratowac malzenstwa.
      Nastepnym razem nie przyznam sie ze jestem zlosliwa smile a co do agresji to
      trafilas jak kula w plot. Raczej ja odczytalam Twoj post jako napastliwy.

      Pozdrawiam - kurcze, naprawde pozdrawiam
    • kruszynka301 Re: w sprawie złośliwości (niepotrzebnej) crazyso 26.05.06, 08:45
      No nie - to zdanie uważasz za tak wyjątkowo złośliwe, żeby aż zaczynać nowy
      wątek? Proponuję poczytać najpierw forum, znajdziesz o wiele lepsze wymiany
      zdańwink.
      Jak tutaj będzie się wydawać spokojnie, proponuję poczytanie emamywink. Nie bez
      powodu bardzo dużo osób z emamy pisze w ścisłym gronie na forach zamkniętych.

      Poza tym fakt, że akurat Twoje dziecko jest szczęśliwe, nie oznacza, że tak
      jest z większością dzieci. W kontekście całego tamtego całego
      wątku, "złośliwości" crazystomy były jak najbardziej na miejscu.
    • berek_76 Re: w sprawie złośliwości (niepotrzebnej) crazyso 26.05.06, 11:57
      dziecko z rozbitej rodziny może być szczęśliwe. Ale rzadko kiedy będzie
      szczęsliwe DLATEGO, że rodzina jest rozbita. nawet jeśli rodzina była naprawdę
      katastrofalna, to jest to zamiana większego zła na mniejsze. Dzieci z rozbitych
      rodzin jeśli są szczęśliwe, to przeważnie MIMO tego, że rodzina się rozleciała.
      I nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że lepiej jest nie mieć rodziny.

      Dziecku jest trudniej przeboleć utratę normalnej rodziny, bo tak naprawde nie ma
      szans na założenie sobie nowej. Mąż/żona - rzecz nabyta, po rozwodzie można
      sobie ułożyć życie z kim innym. dziecko nie doczepi sobie nowego rodzica. Nawet
      jeśli znajdzie się taki nowy partner matki, że dziecko się z nim dogada, to ten
      rodzony rodzic będzie gdzieś tam i pozostanie świadomość, że jest, a nie znami.

      Złośliwośc nie jest miła, ale może się brać z goryczy. I z bolesnych doświadczeń.

      -----------------------
      Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
    • nangaparbat3 to sprobuję wyjaśnić 26.05.06, 22:22
      bo widzę, że mało zrozumiale napisałam ten pierwszy post, wybaczcie, było
      bardzo późno.
      Otóż post Crazysomy był dla mnie tylko pretekstem do poruszenia sprawy, o
      której ostatnio (no, od dobrych paru lat) myśle coraz więcej. O tym
      mianowicie, że w zyciu posłuszni jesteśmy stereotypom, że myślimy frazesami,
      ktorych wyuczono nas, zanim mogliśmy się przekonać, czy mają cokolwiek
      wspólnego z rzeczywistością (takim frazesem jest własnie uzyty w poście C. "los
      dziecka z rozbitej rodziny"). Myslę o tym, że widzimy wokół siebie nie
      rzeczywiste osoby, ale typy: niewiernego meża, rozwydrzonej nastolatki, małego
      tyrana, wrednej eksiary i jeszcze wredniejszej next, porzuconej żony i
      zdradzonej kochanki.
      Wiele z tego zaobserwowałam przy okazji wlasnego rozwodu, kiedy otoczenie nie
      potrafiło, a czasem i nie chciało uznać, że mozna:
      - mówić dobrze o byłej żonie (mężu) i bronić jej (jego) przed wlasnymi
      rodzicami i przyjaciółmi
      - przyjaźnić się z next
      - chcieć utrzymywać kontakty z dalszą rodziną eksa
      - itd. itp..
      Sądzę, że ulegając panującym dość powszechnie modelom zachowań postępujemy
      gorzej, niż nas na to stać, sprawiamy innym - i sobie samym - o wiele więcej
      cierpienia, niż to konieczne. A zycie i tak jest trudne.
      • crazysoma Re: to sprobuję wyjaśnić 27.05.06, 00:28
        (takim frazesem jest własnie uzyty w poście C. "los
        > dziecka z rozbitej rodziny").

        widzisz mnie nie do konca chodzilo o los dziecka z rozbitej rodziny. Mnie
        chodzilo o nie wiem czy to dobre okreslenie "lekkie" podejscie do kwestii
        rozwodu osoby, ktora zalozyla watek. O pewna rozbieznosc w Jej wypowiedziach.
        Moze byla w szoku, nie wiem, nie wnikam juz. Byc moze napisalam to pod wplywem
        emocji, pamieci wlasnych doswiadczen dotyczacych starszej corki. Tego jak
        przezywala znikniecie ojca (bo tak naprawde zniknal z Jej zycia) i wciaz
        przezywa. Przyzwyczaila sie ze go nie ma bo musiala ale czy tego wlasnie
        chciala? Czy to dziwne ze bronie Jej prawa do szczesliwego dziecinstwa do tego
        zeby nie czula sie inna? Kocham ja i nie wyobrazam sobie ze moglabym Ja
        zostawic w jakimkolwiek momencie Jej zycia. To JA (no i moj eks) spowodowalam
        ze pojawila sie na tym swiecie a to oznacza ze jako osoba swiadoma, starajaca
        sie byc dojrzala jestem za Nia odpowiedzialna i zawsze kiedy bedzie mnie
        potrzebowala, moim obowiazkiem (i potrzeba) jest pomoc Jej. Tak ja to pojmuje.
        Rozumiem ze sa sytuacje kiedy dziecko samo mowi - nie chce zeby ojciec czy
        matka byl(a) przy mnie. Znam takie dzieci. Rozumiem ze sa sytuacje kiedy juz
        nie ma szans na bycie razem. Ze lepiej jak ludzie sie rozstaja (Nie wiem czemu
        ale wciaz pamietam postawe K. Kolbergera ktory daaaawno temu powiedzial ze
        nawet bedac po rozwodzie codziennie przyjezdzal do corki i kladl ja spac.)
        Ale nie wybaczam rodzicom, ktorzy wlasny egoizm (spotkalem kobiete zycia, no to
        spadam, pa) przedkladaja nad spokoj dziecka. "Milosc to wiernosc wyborowi" ...
        Sory, jestem z innej bajki. Dla jasnosci wiem dobrze kim jest MOJA druga polowa
        moje absolutne dopelnienie i co z tego? Nie bylo i nie ma szansy zebysmy
        kiedykolwiek to zlozyli w calosc. Kochalam mojego meza z WYBORU a nie z
        wybuchow chemicznych procesow mojego ciala. Ale on nie kochal mnie i dlatego
        uwazam ze mnie oszukal - nikt mu nie kazal sie ze mna wiazac, jesli jak sadze
        nie bylam nawet w jego typie. Moze dlatego stereotypowo nie chce go znac. Raz -
        nie umiem wciaz sie przed nim bronic, dwa - dlaczego mam chciec znac oszusta,
        trzy..., cztery....
        a co do innych stereotypow mam wrazenie ze jednak od nich odbiegam. wczoraj na
        przyklad zlozylam zyczenia mojej bylej tesciowej z adnotacja ze nie wiem czy
        jeszcze moge ale mam taka potrzebe. Bo chciala Jej podziekowac za pomoc, za
        pamiec o nas. Ta kobieta byla dla mnie jak matka. I uwierz mi obie sie
        poplakalysmy. Pol roku temu zrozumialam ze spotkania z bylymi tesciami powoduja
        ze stoje w miejscu ze pamietam tamto zycie a mam juz inne i ze nie umiem tego
        polaczyc. tak wyszlo, ze to ja nie umiem sie z nimi spotykac tak czesto jak
        dotychczas, tesknie za nimi oni za mna i moimi corkami tez ale nie da sie
        przynajmniej w tym momencie inaczej. moja nastepczyni zrobila wszystko zeby
        zajac moje miejsce w roznych dziedzinach zycia (mojego zycia) moj byly maz
        bardzo ja w tym wspieral i wspiera. I to tez jest powod dla ktorego nie chce go
        znac.
        - nie wiem czy kiedykolwiek bedzie mnie stac zeby dobrze mowic o moim bylym
        mezu - za duzo wstretnych ruchow wykonal po odejsciu
        - nie zaprzyjaznie sie z next - po co? Znam wartosciowsze osoby. Dziecko samo
        stwierdzi kiedy bedzie chcialo ja poznac jesli w ogole.
        - obecnie jeszcze boje sie momentu kiedy syn mojego eks zapuka do naszych
        drzwi - podobno tu mieszkaja moje siostry... mam nadzieje ze kiedys bede
        myslala inaczej
        - teoretycznie jestem porzucona zona praktycznie NIGDY nie chce juz byc z eks
        (on, wiadomo tak samo) nie chce bo to okropne uczucie byc z kims kto nas nie
        kocha.
        Przepraszam za za dlugi post i chaotycznosc wypowiedzi pora troche pozna...
        Pozdrawiam - mimo ze jednak sie boje smile
        • nangaparbat3 Re: to sprobuję wyjaśnić 27.05.06, 09:43
          Crazy,
          bardzo Ci dziękuję za ten post.
          Oczywiscie masz rację.JA zresztą jestem jak najdalsza od chęci zastępowania
          starych stereotypów nowymi - np. NALEŻY przyjaźnić się z exem i z next - niech
          PAn Bóg broni! Są rzeczy, których przebaczyć się po prostu nie da, albo
          wymagają bardzo długiego czasu, wielu lat i chęci tej drugiej strony. W ogóle
          nie umiem sobie wyobrazić, co bym zrobiła, gdyby ojciec mojej córki przestał
          się z nią kontaktować, jakieś to nie do pomyślenia po prostu, pewnie bym
          uznała, ze jest socjopatą, bo co innego można myśleć w takiej sytuacji? A te
          teksty do porzucanych żon "nigdy cie nie kochałem, to była pomyłka, nie jesteś
          nawet w moim typie" - zauważ, że to prawie norma statystyczna rozpadających sie
          małżeństw. Ale tutaj będę bronić mojej tezy, że to właśnie skutek myslenia
          schematami - skoro "prawdziwa miłość to do końca zycia", kiedy ulegamy
          fascynacji kimś innym, musimy sobie powiedzieć, że tej pierwszej miłości nigdy
          tak naprawdę nie było - tego własnie żąda od nas stereotyp.
          Zazdroszczę Ci teściowej - moja nie dość, że walnie się przyczyniła do naszego
          rozstania, to jeszcze naszą córke traktuje zimno, nie obchodzi jej, albo takie
          stwarza wrażenie, nie wiem, teściowa to zaburzona chyba, nieszczęśliwa kobieta,
          ale niestety szkodzi innym .
          Ja bym sie nie oburzała na autorkę wątku, od którego się zaczęlo. Sama
          pamietam, jak miedzy mna a byłym mężem poprawiła się relacja kiedy już
          podjęliśmy decyzję o rozstaniu. Pojechalismy wtedy odebrać córkę z wakacji i
          robilismy wrażenie kochajacej się, idealnie harmonijnej i szczęśliwej pary.
          Są ludzie, którzy łatwo i mocno wybuchają, i łatwo zapominają i sie godzą - czy
          to źle?
          Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie
          N.
          • tricolour Norma statystyczna. 27.05.06, 10:19
            Nie zgadzam się, że podstawą rozwodów jest rzecz ujeta w zdaniu "nigdy cie nie
            kochałem, to była pomyłka, nie jesteś nawet w moim typie". To jest właśnie
            stereotyp, który ułatwia facetom odejście, a porzuconym kobietom pozbieranie sie
            poprzez uproszczenie i deprecjację.

            Mało którego gościa stać na rzeczowe ujęcie zdrady, porzucenia bo co miałby
            powiedzieć? Przyznać się, że NIE CHCE mu się dbać o związek, o który trzeba dbac
            jak o wszytsko w życiu? Że łatwiej poznać, zauroczyć się nową kobietą, która
            wnosi (w naturalny sposób) świeżość i nowości?
            Dlatego mówią słowa o pomyłce, które są zwykłym paleniem mostów i definitywnym
            rozwiązniem. To zwykłe tchórzostwo i lenistwo...

            A kobiety, które przyjmują takie "łatwe" wytłumaczenie też robią sobie krzywdę,
            bo zwalniają się od odpowiedzialności i myślenia.

            A jeśli chodzi o relacje po rozwodzie, to uważam, że oczekiwanie czegokolwiek
            jest bezprawne. Można zaoferować coś z własnej inicjatywy bez prawa do
            oczekiwania rewanżu.
          • crazysoma Re: to sprobuję wyjaśnić 27.05.06, 11:50
            bardzo Ci dziękuję za ten post.
            - a nie ma za co smile
            Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie
            - ja rowniez tak samo - to sie nazywa ekumenizm forumowy smile
Pełna wersja