der1974
27.05.06, 19:05
Witam. Dzisiaj wszedłem na to forum i czytam z zapartym tchem. Myślałem, że tylko mnie dotykają problemy rozwodowe

. A jako że tak nie jest (o czym doskonale wiem wykonując swoją pracę zawodową) to napiszę parę zdań. U mnie sytuacja wygląda tak, że z żoną jestem 11 lat po ślubie. Mamy dwie kilkuletnie córki. Tkwimy w kryzysie od jakiegoś półtora roku. Problemy zaczęły się kiedy odszedłem z dużej firmy w której razem pracowaliśmy. Zacząłem własną działalność. Z początku szło mi z trudem teraz jest bardzo OK. Żona została i w zasadzie nieustająco pnie się do góry. W efekcie interesuje ją wyłącznie kariera zawodowa, a rodzina średnio. Uważa, że jest mądra, wspaniała i piękna a wszyscy wokół to jak mawia "debile". Ze mnie zrobiła sobie poligon doświadczalny i dokładnie deprecjonuje wszystko co robię i co osiągam. Od roku intensywnie walczyłem o małżeństwo. Wszelkie moje starania łącznie z terapią na nic (bo p. psycholog się nie zna). Wydawało mi się niemożliwym, aby żona położyła całe małżeństwo i rodzinę na szalę z karierą zawodową. Więc zacząłem ją kontrolować. Oczywiście przyczyna kryzysu jest dość prozaiczna czyli kolega z pracy. Wiadomo kłamstwa, zaprzeczenia itd itp. A pytałem wyłącznie o fakty, które znałem z kontroli. Na szczęście już jestem odarty ze złudzeń. Jestem po etapie przepłakania tego związku (co miało miejsce jesienią ubiegłego roku). Zacząłem dbać o siebie i żyć swoim życiem (odchudzanie, rower, dobra relacja z dziećmi). Bezwzględnie polecam to każdemu. Niemniej jednak zapytałem ją w zeszłym tygodniu o co chodzi z tym wszystkim i dlaczego mnie okłamywała. No więc zaczęło się szantażowanie, że się powiesi albo otruje, zaczęła pić łącznie z braniem dzieci na pijacką imprezę i wyłączeniem telefonu. W środę siedliśmy do stołu i pytam czy może jakąś prawdę powiedzieć bo to była jej mocna strona jednak w tym związku (parę lat temu również przyznała się do romansu i jakoś to ułożyliśmy). Więc mówi, że mnie nie kocha i że chce odejść. Jakież było jej zdziwienie albo może wściekłość kiedy powiedziałem jej, że szanuję jej decyzję. Poprosiłem o merytoryczną rozmowę o zakończeniu małżeństwa (co z dziećmi, jak im powiedzieć, co z alimentami itp). Starsznie się wściekała, usłyszałem wiele niemiłych słów, ale w kontaktach z nią dążę do meritum jednak. Oczywiście nie ukrywam, że miałem (i może mam) nadzieję, że się przyzna do błędu, że wyrazi jakieś poczucie winy. Usłyszałem, że kupuje mieszkanie. OK. Postanowiłem pomóc jej znaleźć bo chcę wiedzieć, w jakich warunkach mają mieszkać córki. Mniej więcej coś ustaliliśmy. Szkoda mi tych lat, ale czuję ulgę, że się z tego wyplątuję. Półtora roku zmarnowałem na jakieś walki, rozpaczanie, żal, a ona tylko śmiała się z moich uczuć. Nie żałuję tego, bo mam poczucie, że ratowałem to małżeństwo. Teraz się niby kończy. No właśnie niby. Otóż małżonka po tym wszystkim dzisiaj miała jechać do swoich rodziców o tym porozmawiać. I wychodząc z domu spytała, czy jeszcze spróbujemy, stwierdziła, że jednak wydaje się jej że mnie kocha. Ja powiedziałem, że nie widzę takiej możliwości. Aczkolwiek pewnie, że nadzieja we mnie jest, ale mam poczucie, że to tylko gra z jej strony. Zastanwiam się czy jest możliwe, że chciała do końca mnie załatwić i zostawić z poczuciem winy, że chciała usłyszeć mój płacz i błagania, aby nie odchodziła? Czy chciała mnie upokorzyć do końca, aby wygodnie przy mnie żyć i ułożyć życie według swojego scenariusza (imprezy, spotkania z panem i mąż wycierający smarki w domu)? Nie wiem, ciekaw jestem co o tym myślicie? Tak naprawdę boję się, że wróci i zacznie mnie przepraszać i prosić o jakąś szansę. A ja jej kompletnie nie ufam i czuję, że dalsze życie z nią nie ma sensu. Mam jednak obawę czy nie będzie to próba przerzucenia na mnie odpowiedzialności i winy za rozkład małżeństwa.