berek_76
30.06.06, 13:07
Po ostatniej rozmowie z moim ciągle_jeszcze_mężem ręce mi opadły. Powiedział
on bowiem, że, cytuję, "żadne z jego przewidywań się nie sprawdziło". A
przewidywania były takie, że ja sobie nie dam sama rady.
No nie sprawdziły się, fakt. Dałam sobie.
I tylko zachodzę w głowę, dlaczego on sięspodziewał czegoś takiego? Kiedy się
poznaliśmy, od roku żyłam na własny rachunek, zarabiałam pieniądze,
studiowałam, mieszkałam we własnym mieszkaniu i ogólnie prowadziłam dorosłe
życie. Z ręką w gipsie przemeblowałam całą chałupę łacznie z przesuwaniem
fortepianu. Krótko mówiąc - jakie ten człowiek miał przesłanki, żeby
spodziewać się po mnie totalnej niezaradności życiowej?
A teraz wygląda na to, że on OCZEKIWAŁ ode mnie tej niezaradności. Że to mu
jest najbardziej solą w oku, że ja mogę żyć bez niego. Mnie się zawsze
wydawało, że to plus, że jestem z nim nie dlatego, że musze, tylko dlatego, że
chcę. Otóż nie! Ja powinnam bez niego zginąć marnie.
Panowie kochani, wyjaśnijcie mi - czy Wam rzeczywiście poprawia samopoczucie,
jeśli Wasza kobieta bez Was nie potrafi obliczyć procentu, pomalować ściany i
załatwić sprawy w urzędzie?
PS. Dla ułatwienia dodam, ze ZAWSZE podziwiałam i doceniałam to, co mój mąż
potrafi robić albo robi lepiej niż ja. Jest świetnym kierowcą, zna się na
mnóstwie spraw, jest silnym i sprawym facetem i to naprawdę nie tak, że ja
uważam, ze wszystko robię lepiej niż on
-----------------------
Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)