czy rodzina jeszcze coś znaczy?

22.07.06, 12:05
czytam czytam i widze że nastały czasy w których wszyscy mamy prawo do
szczęścia, gdzie nie ma sensu walki z kryzysami, gdzie wszyscy ze
zrozumieniem kiwają głowami, że żonaty mężczyzna odchodzi od rodziny,
zostawiając przy okazji dzieci bo się zakochał.
Może jednak rozwód to powinna być ostateczność, tam gdzie faktycznie się
wszystko zawaliło, gdzie nie ma spójności , więzi emocjonalnej gospodarczej i
fizycznej? Cholera ja to jakaś niedzisiejsza jestem
    • gotyma Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 13:24
      rodzina znaczy, bardzo duzo znaczy! rodzina to luzie ktorzy sie kochaja i wspieraja, rodzina to
      ludzie ktorym jest ze soba dobrze, rodzina to ludzie ktorzy chca ze soba spedzac czas.
      mam cudowa wielka rodzine. chce ja chronic i dalabym sie za nich zabic. w moim przypadku
      ochrona mojej rodziny, danie spokoju i rownowagi w niej oznaczala rozejscie sie.
    • daleko_do_siebie Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 14:04
      Czytam - i jakoś większość z tych co tutaj są to drugie strony. Te zdradzone,
      oszukane, wyśmiane, czasem bite i upokarzane. Większość dawała drugą szansę,
      mniejszość żadną albo trzecią i kolejną.
      Poprzez rozwód ratowały właśnie rodzinę - ale i siebie. Nie prawo do szczęścia,
      ale prawo do spokoju, własnej godności, sensu życia.
      • a.niech.to Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 20:43
        daleko_do_siebie napisała:

        > Poprzez rozwód ratowały właśnie rodzinę - ale i siebie. Nie prawo do
        szczęścia,
        > ale prawo do spokoju, własnej godności, sensu życia.
        W moim rozumieniu to się nazywa szczęście.
    • kruszynka301 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 14:34
      Ja należę akurat do tych osób, które uważają, że jeśli w związku źle się dzieje, to trzeba się rozwieźć, nie czekając, aż się wszystko zawali, zachowując resztki własnej godności i sympatii do eksa/eksi.

      Plusem takiego postępowania jest w miarę zgodne rozejście się, co przecież jest korzystne dla nas i dzieci.
      U mnie po rozstaniu nie było kłótni o odwiedziny/alimenty/córeczkę. Nie było, i w przyszłości nie będzie.

      Przed godziną eks przyszedł roześmiany, ze szczęśliwą córeczką - byli nad zalewem, przynieśli mi bukiet polnych kwiatówwink. Córeczka opowiada z entuzjazmem, jak tatę oblała wodą, poszli na lody, spotkała kolegów z przedszkola.
      Moje doświadczenie pokazuje, że ani my, ani tym bardziej dzieci nie muszą cierpieć.
      Rodzina jest oczywiście bardzo ważna, ale wydaje mi się, że obecnie zmienia się model rodziny, to już nie tylko jest tradycyjny mama+tata i dziecko, możliwe są różne warianty.

      • 374.4w Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 15:18
        znaczy
        "...ile cie trzeba cenić..."
      • sonrisa3 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 18:54
        Kruszynka, mogę się tylko podpisać pod Twoim postem.
        Myślę podobnie. Jeśli widać, że mimo prób ratowania, dalej nie wychodzi, to
        chyba lepiej się rozejść we względnym spokoju, niż potem wydzierać sobie z
        czystej złośliwości każdą łyżeczkę i wieszać na sobie psy.
        My też rozeszliśmy się spokojnie mimo, że tych pretensji, oj, sporo było. Dalej
        mam całkiem poprawne kontakty z byłym mężem, co jest tylko z korzyścią dla
        naszego dziecka. Dawne urazy schowałam w kieszeń, nic mi teraz po nich. Dzięki
        temu dziecko ma rodziców, którzy nie są wrogami.
      • a.niech.to Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 20:45
        Wyszłaś za mąż za przyzwoitego faceta.
        • kruszynka301 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 21:25
          a.niech.to napisała:

          > Wyszłaś za mąż za przyzwoitego faceta.

          Ja? No z tym się nie zgodzę - kochanka podczas mojej ciąży, kłamstwa, oszustwa, itd - tylko ja od razu zgodziłam się na rozwód, właśnie z w/w powodów, bez orzekania o winie, świadków, bez prania brudów. No i teraz, kilka lat po całej sprawie, takie zgodne rozejście procentuje.

          Ale eksa za przyzwoitego faceta nie uważamwink.
    • mirlen znaczy i to duzo 22.07.06, 16:54
      Widzisz - ja też być może jestem niedzisiejsza, bo rodzina zawsze była dla mnie
      wartością nadrzędną. A mimo to się rozwiodłam... Paradoks? A ile szans można
      dawać komuś, kogo się kocha? Ile poniżenia, nieprzespanych nocy, samotnych
      wieczorów, opowieści o kochance miałabym znosić w imię ocalenia tej wartości?
      Czy miałabym czekać latami aż małżonek do mnie wróci znudzony życiem z
      kochanką? W tej chwili to pytania retoryczne, ale część z nas zadawała je sobie
      milion i jeden raz.
      Ja zakończyłam wykańczający mnie związek, ale nadal wierzę, że jeszcze będę
      miała prawdziwą rodzinę i doczekam tak jak moi rodzice 34 rocznicy ślubu...
    • scriptus Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 17:10
      Dla mnie też rodzina jest wszystkim, dlatego aż tak bardzo sie gubię w mojej
      sytuacji. Nie umiałbym tak po prostu odejść od rodziny, bo się zakochałem, czy z
      jakiejś innej przyczyny. Właściwie to z żadnej przyczyny.
    • kasiar74 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 22.07.06, 21:08
      nie myślałam o sytuacjach kiedy to mąż przychodzi do domu i opowiada o swojej
      kochance bądź też funduje jej dziecko czy innych sytacjach kiedy już nastąpiła
      ostateczność, tylko o tym że coraz częściej przy pierwszych trudnościach
      pojawiajacych się w związkach, ludzie szukają sobie nowych partnerów i to do
      tego będąc jeszcze w związakach małzeńskich
      • 13monique_n A kto tutaj... 22.07.06, 21:37
        ... rozwiodl sie (czy zdecydowal o rozwodzie) po pierwszych trudnosciach? czytam
        z uwaga to, co wszyscy pisza, i nie doszlam do tego wniosku. Wrecz przeciwnie,
        wiekszosc przeszla przez cos opisywanego przez Kruszynke - iles szans i czasu
        spedzonego na ratowaniu zwiazku. Bo rozwod, to nie dycyzja podjeta rano po
        przebudzeniu, z nudow, "co by tu zrobic z tak pieknie rozpoczetym dniem?". Ale
        skoro juz sie stalo, to wiara w to, ze znowu bedzie lepiej, moze juz zupelnie
        dobrze. Tylko z kims innym. Bo tamto mleko juz sie rozlalo i nawet scierke po
        wytarciu trzeba bylo uprac...
        • drambui Re: A kto tutaj... 22.07.06, 22:04
          Moni, tak się nie da, to by było za proste.
          Jeśli ktoś wierzy w rodzinę, chce ją ratować, to nie szuka kogoś innego na
          wszelki wypadek. Nawet, kiedy już wiadomo, że małżeństwa nie da się uratować, to
          rozwód jest trudną decyzją.
          • kruszynka301 Re: A kto tutaj... 22.07.06, 22:27
            drambui napisał:

            > Jeśli ktoś wierzy w rodzinę, chce ją ratować, to nie szuka kogoś innego na
            > wszelki wypadek.

            Szuka się dopiero po rozstaniu i po opłakaniu związku - i taka jest naturalna kolej rzeczy, a nie kochanka lub kochanek w trakcie związku (dlatego też eksa nie szanuję).

            Wiem po sobie, że następny partner będzie już wybierany staranniej, będziemy bardziej pasowali do siebie, bo to jest tak, że trzeba czasami przejść przez rozstanie i rozwód, żeby docenić nową połówkę.
            No i oczywiście, partnera dobiera się już nie tylko dla siebie, ale też i dla dzieci, więc jest trudniej. Nie wyobrażam sobie sytuacji, aby moje dziecko i przyszły mąż się nie akceptowali.

            Rozwód jest trudną decyzją, ale bardziej tutaj wchodzi w grę lęk przed obcym, nowym życiem, na początku samotnym.

            Ja raz zaryzykowałam (mogłam żyć w trójkącie, eks nie mógł się zdecydować, przy której zostać, no i mu pomogłam w decyzjiwink, i nie żałuję - nawet więcej, teraz jestem bardziej pewna siebie i mniej skłonna do kompromisów, bo wiem, że w razie czego sobie poradzę.
            • ak70 Re: A kto tutaj... 24.07.06, 15:30
              kruszynka301 napisała:

              > Szuka się dopiero po rozstaniu i po opłakaniu związku - i taka jest naturalna
              k
              > olej rzeczy, a nie kochanka lub kochanek w trakcie związku (dlatego też eksa
              ni
              > e szanuję).

              Ciekawe zatem dlaczego wszyscy (Ty kruszynko też) na innym watku przyklasneli
              kolezance, ktora weszła w istniejący związek, związek, który nie został
              zakończony?? Mimo, że żona jej kochanka prosiła ją, aby sie wycofała... hę??!!
          • 13monique_n Re: A kto tutaj... 23.07.06, 10:21
            Ale ja nie mowilam, ze nalezy szukac w trakcie trwania zwiazku... zeby
            bezpiecznie ladowac z cieplego gniazdka w cieplym gniazdku. Tylko czasem moze
            sie tak zdarzyc - nie bede oceniac takiej postawy, zdarza sie i kazdy z tym sie
            indywidualnie boryka.
            I poczulam sie wywolana do tablicy, bo jak chyba kruszynka pisala, mam na koncie
            wiele danych drugich szans, wiele razy podejmowalam starania. I chyba do konca
            zycia nachodzic mnie bedzie mysl, czy wszystko. Tylko tez wiem, ze zrobilam
            wszystko, co w mojej mocy. PO dalszych probach nie byloby juz mnie. Zreszta, to
            Ex nie byl zainteresowany (chociaz nie z powodu dziewczyny na boku). Wiec,
            decyzja o rozwodzie NIE JEST PROSTA.
    • der1974 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 23.07.06, 00:15
      Ja myślę, że rodzina znaczy dużo. Bardzo dużo. Ale ile można walczyć z
      kryzysami? Rok, dwa, pięć? No ile? I nie dotyczy to tylko mężczyzn ale i
      kobiet. Rozwód to zawsze jest ostateczność. Z kim bym nie rozmawiał to agonia
      nie trwa tydzień, czy miesiąc ale jednak dłużej. Ja słyszałem zazwyczaj
      odpowiedzi, że latami. I w moim przypadku jest to samo. Pięć zmarnowanych lat.
      To znaczy że mam jeszcze na coś czekać, jak mau mi mówi że odchodzi, że nie
      kocha, a ja czuję, że to powtórka historii sprzed ponad 5 lat? Nie nie chcę
      czekać na nic. Wczoraj jej jasno powiedziałem, że nie ma szans, żadnych
      perspektyw na wznowienie tego małżeństwa. I nie żałuję. I nie czuję, że to
      pochopna decyzja. I tak za długo się męczyłem w imię nie wiadomo czego.
      Wystarczy tego dobrego. Ja też chcę żyć. Walczyłem przez 5 i pół roku o ten
      związek. Nie czuję się zobowiązany dłużej w obliczu faktu, że odeszła, że
      zabrała wszystko, że zwątpiła we mnie nie po raz pierwszy. A mam przekonanie,
      że niesłusznie! Bo pracę straciłem i stanowisko? Podniosłem się. I nie mam
      poczucia winy. Jedno co mi pozostało, to kontakt z dziećmi. I jest bardzo
      dobry. Na tyle dobry, że nie zdziwię się, że przyjdzie i powie - zaopiekuj się
      nimi, bo ja mam inne cele życiowe. W zasadzie do tego się nasza rozmowa
      dzisiejsza sprowadziła. Tak jestem zły! I zaopiekuję się dziećmi! Niech się
      realzuje jak tam chce. Nic mi do tego. Ja mam swoje życie i sobie poradzę. i
      nikt mi nie zarzuci, że za szybko się rozwodzę. Za późno!
      • weronikab43 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 23.07.06, 00:27
        masz racje der.Zycie szybko sie konczy. Wiem cos o tym
    • z_mazur Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 24.07.06, 10:08
      A ja się zgadzam z Kasią.
      Wydaje mi się że deyczje o rozwodzie są teraz jednak podejmowane zbyt pochopnie
      i bez wystarczających zabiegów o naprawę relacji.
      A jest to jednak spowodowane odpowiedzią na pytanie z tematu.
      Rodzina przestała być wartością nadrzędną. Zdecydowanie bardziej liczą się
      interesy idywidualne przedkładane nad bardziej ogólne.
      Często problemy są wyolbrzymiane a potencjalny wysiłek jaki trzeba by włożyć w
      ocalenie rodziny nie jest równoważony przez wartość rodziny jako takiej.
      Ponieważ ta wartosć spada więc coraz mniej motywacji aby o nią walczyć.
      Stąd rosnąca fala rozwodów.
      Do ludzi często nie dociera, że trud włożony w poukładanie sobie życia na nowo
      jest porównywalny z wysiłkiem koniecznym do naprawienia zaburzonych relacji w
      związku.
      Ludzie racjonalizują sobie pewne sprawy. Nie przyjmują do wiadomości pewnych
      faktów.
      A poza tym jest to samonakręcająca się spirala.
      Dzieci wychowane w rozbitych rodzinach rozwodzą się dwukrotnie częsciej.
      Dla nich rodzina nie stanowi prawie żadnej wartości a na pewno nie taką o którą
      warto walczyć. Taki wzorzec wyniosły z domu.
      Czasem nie zdajemy sobie sprawy, że przeżywając traumę rozwodu w zasadzie
      fundujemy ją od razu naszym dizeciom i to w dwójnasób bo na bieżąco i w ich
      dorosłym zyciu.
      Oczywiście są sprawy bardzo jednoznaczne jak przemoc, nałogi itp.
      Ale w wielu innych sprawach.........
      Ale ja może też z jakiejś innej bajki jestem.
      Teraz też rzucę się w pogoń za złudnym szczęściem przecież młody jestem
      wszystko jeszcze przede mną.
      • majeczka2310 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 24.07.06, 10:25
        Ja uważam, że o wszystko w życiu trzeba walczyć i zabiegać!
        Przecież żeby np. mieć piekny dom, trzeba na niego ciężko pracować i mieć dużo
        wyrzeczeń. A jak z dachu zacznie kapać to wziąć narzędzia i naprawić, a nie
        podstawić wiadro pod dziurę. Tak samo z rodziną, nie wystraczy ją mieć, poprzez
        samo posiadanie, tzreba ją jeszcze umieć utrzymać w całości, a jak coś zaczyna
        zgrzytać to CHCIEĆ to naprawić a nie udawać że wszystko jest ok, tylko my tak
        coraz dalej od siebie. Mój s.p. dziadek mawiał do moich rodziców, że
        małżeństwo "łączy" obrączka, która jest połączona przy slubie długą nicią, z
        każdą kłótnią, nieporozumieniem, niedomówieniem, ta nić staje się coraz krótsza
        i krótsza aż w końcu znika. I pozostają już tylko dwie obrączki. Które są jako
        pojedyńcze sztuki zupełnie bezwartości. Dopiero dwie tworzą nierozerwalną
        całość. ale on był w XIX wieku urodzony!

        • kruszynka301 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 24.07.06, 14:10
          majeczka2310 napisała:

          > Ja uważam, że o wszystko w życiu trzeba walczyć i zabiegać!

          Nie walczę i nie zabiegam o rodzinę.... jestem sobą, mój partner i córeczka są
          sobą, również nie walczą, nie starają się - i jesteśmy wszyscy bardzo
          szczęśliwi.
          Bo PASUJEMY do siebie. 5 lat bez żadnej kłótni, ta sama pasja, to same poczucie
          humoru, i podobny tok myślenia.
          Z eksem NIE PASOWALIŚMY do siebie, i dlatego znalazł sobie bardziej odpowiednią
          kobietę - to była kwestia czasu.
          Walka nie ma sensu. I biorąc pod uwagę dłuższy okres czasu, jest bezcelowa.
          • z_mazur Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 24.07.06, 14:20
            Po pięciu latach małżeństwa też mogłem tak śmiało mówić.
            Nawet jeszcze po dziesięciu też mogłem tak mówić. A po 14 już nie mogę.
            I w tym właśnie jest problem.
            A jak za następne 5 lat okaże się, że ten partner to jednak też nie ideał i że
            w ocalenie tego zwiazku trzeba będzie znowu włożyć wysiłek????? Też nie będzie
            warto??? Nie mówię że tak musi być. Nie jestem też zwolennikiem trwania ze sobą
            za wszelką cenę.
            Wydaje mi się po prostu, że wiele par poddaje się zbyt szybko i zbyt łatwo.
            Ja jednak myślę bardziej ogólnie, nie skupiam się na pojedynczych przypadkach.
            Dlatego nie chcę komentować Twojego związku i Twoich posunięć życiowych, być
            moze one akurat były słuszne. Ale globalnie zjawisko jest znamienne i
            charakterystyczne.
            • kruszynka301 Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 24.07.06, 14:29
              no cóż, istnieje teoria wielokrotnego monogamizmu - może o to chodzi?

              Mnie trudno jest wyobrazić sobie jakąkolwiek walkę o związek - próbowałam kilka
              miesięcy (w porę się opamiętałam) z pierwszym mężem, do dzisiaj jeszcze się
              tego wstydzę.
              Po doświaczeniach wiem, że nie ma sensu, na pewno nie powtórzę tych kilku
              miesięcy.
              Ale ja teraz podchodzę do związku jako do formy współżycia przynoszącej przede
              wszystkim radość, zadowolenie, satysfakcję, a nie mającej za główne zadanie
              trwać, bez względu na wszystko......
              • z_mazur Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 24.07.06, 14:47
                Phokaro a cóż znaczy parę miesięcy wobec całego życia?
                Czy to aż taka ogromna cena???
                Czy dla uratowania kilkunastoletniego zwiazku nie warto poświęcić nawet kilku
                lat??
                Oczywiście istnieje ryzyko że się nie uda. Ale czy wejście w nowy związek albo
                bycie samemu nas uszczęśliwi i czy mamy tego gwarancję????
                Znam wiele sytuacji gdy okazało się, że nie.
                Czyli w takim przypadku jednak decyzja o rozstaniu nie była najlepszym wyjściem.
                Teoria wielokrotnego monogamizmu jest może i nawet słuszna, ale bardziej
                opisuje sytuację niż tłumaczy jej mechanizmy. A nawet jeśli tłumaczy to wnioski
                są mało budujące.
                • phokara Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 15:52
                  > Phokaro a cóz˙ znaczy pare˛ miesie˛cy wobec ca?ego z˙ycia?

                  Prosze mi napisac ile bedzie trwalo to 'cale zycie' to odpowiem - wyliczajac procentowo. Kazda
                  inna odpowiedz moze nie byc zbyt precyzyjna.

                  > Czy to az˙ taka ogromna cena???

                  Kazdy placi za siebie, wiec sam musi oszacowac, na ile moze sobie narobic debetu.

                  > Czy dla uratowania kilkunastoletniego zwiazku nie warto pos´wie˛cic´ nawet kilku
                  > lat??

                  Regul brak. Ja 'poswiecilam' rok i uwazam, ze wystarczy. Ale znam takich, co kilkunastoletni
                  zwiazek reanimuja lat juz kilkadziesiat, no i powiem szczerze, ze jestem pelna uznania. Mogliby
                  oczywiscie w tym czasie zrobic ze swoim zyciem cos ciut sensowniejszego niz cucenie trupa,
                  ale juz chyba zapomnieli, ze mozna jeszcze cos innego w zyciu robic. Naprawde.

                  > Oczywis´cie istnieje ryzyko z˙e sie˛ nie uda. Ale czy wejs´cie w nowy zwia˛zek albo
                  > bycie samemu nas uszcze˛s´liwi i czy mamy tego gwarancje˛????

                  Czy jest cos takiego jak 'gwarancja na zycie'? A moze 'gwarancja na meza/zone'? Ryzyko to
                  istnieje zawsze - i ze sie uda i ze sie nie uda. Jak sie latami nie udaje to mozna albo sie z tym
                  zaprzyjaznic albo starac sie cos z tym zrobic. Wolny wybor kazdego z nas.
                  Mnie 'bycie solowe' uszczesliwia bardziej niz bycie z Exem - jesli to jest jakas odpowiedz. Ale
                  gwarancji nie dostalam. Po prostu wierzylam, ze tak bedzie.

                  > Znam wiele sytuacji gdy okaza?o sie˛, z˙e nie.
                  > Czyli w takim przypadku jednak decyzja o rozstaniu nie by?a najlepszym wyjs´ciem.

                  Oczywiscie, pewnie. Bo jakby ktos nam dal gwarancje i 'by sie udalo' stworzyc nowy, fajny
                  zwiazek - to dopiero wtedy rozwod bylby najlepszym wyjsciem? Bo jak sie nie uda to lepiej
                  ciagnac to co jest i nie chciec zbyt wiele?
                  Niezwykle szlachetny i etyczny sposob myslenia. Jestem pod wrazeniem.


            • phokara Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 14:34
              Ale nie kazdy chce zyc 'globalnie' wedlug znamiennych zjawisk, tylko szuka dla siebie
              indywidualnej drogi i innym nic do tego.

              Nie wiem czy wiele par poddaje sie zbyt szybko i zbyt latwo. Nie czuje sie uprawniona do
              wydawania jedynie slusznych sadow na ten temat. Caly watek za chwile w ogole skreci w strone
              nad marna kondycja etyczna tego swiata ... co zadnym niezwyklym odkryciem nie bedzie, bo to
              jest fakt bezdyskusyjny, z zalem to pisze.
              Nie wiem, czy wszyscy mamy PRAWO do szczescia - ale z pewnoscia wszyscy mamy jego
              gleboka potrzebe. Jest to instynkt naturalny i trudno z tym polemizowac zreszta wydaje mi sie,
              ze to w ogole nie o to tu chodzi.
              Jak czytam wszystkie wypowiedzi i obserwuje dwa odmienne fronty postaw, to jedna rzecz
              uderza mnie przede wszystkim -
              • phokara Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 14:36
                haha.... nie zdazylam dokonczyc i poszlo. Traktuje to jako zew opatrznosci i w tym miejscu
                zamilkne.
                • 13monique_n Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 14:37
                  phokara napisała:

                  > haha.... nie zdazylam dokonczyc i poszlo. Traktuje to jako zew opatrznosci i w
                  > tym miejscu
                  > zamilkne.
                  Pho, blagam!!! Ja oddech wstrzymalam.... i czuje sie no.... brak mi zakonczenia
                  wink)))
                  • phokara Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 15:35
                    ... dobra dokoncze, ale sie postaram lagodnie.
                    Chcialam napisac, ze odwieczna zasada zycia jako takiego jest konflikt pomiedzy natura (tu
                    mamy zew szczescia, strone emocjonalna zycia i caly 'idealizm') a etyka (stworzone systemy,
                    ktore maja porzadkowac chaos i instynkty naturalne). Poniewaz swiat gna do przodu i wszystko
                    sie zmienia konflikt staje sie coraz ostrzejszy, co skutkuje w prostej linii pogubieniem sie
                    czlowieka, ktory nijak nie potrafi sie w tym wszystkim zdefiniowac. Im wiecej dostrzega, tym
                    mniej z tego rozumie.
                    I teraz jak ma sie do tego rodzina... Model, ktory mamy w glowach (ja go przynajmniej jeszcze
                    mam) sie totalnie zdezaktualizowal. Jesli ktos ma argumenty, ze nie - to mozemy dyskutowac.
                    Tez nie bardzo mi sie to podoba, ale nie bede udawala, ze tego nie widze. Mozna oczywiscie
                    cale zycie ubolewac, ze tak sie stalo i ze swiat zwariowal - albo starac sie stworzyc taki model,
                    ktory w tym swiecie bedzie funkcjonowal lepiej... inaczej moze... albo po prostu dluzej. Zalezy
                    czego sie chce, na czym nam tak naprawde zalezy.
                    Nie zgadzam sie, ze dzisiaj ludzie poddaja rodzine bez walki - nie znam nikogo z tego forum,
                    komu przyszlo to 'lekko, latwo i przyjemnie'. Wszyscy przyznaja sie do kleski... wszyscy maja
                    poczucie przegranej. Niektorzy tkwia w tym poczuciu cale lata i popadaja w bezsensowny
                    fatalizm, inni - zaczynaja walczyc i wierzyc w lepszy scenariusz na przyszlosc, probuja dzialac.
                    Byc moze ta druga grupe latwo (i niesprawiedliwie) mozna zakwalifikowac jako osoby, ktore we
                    wlasnym mniemamiu "maja prawo do szczescia". I bardzo dobrze - sama nie wierze, ze
                    jestesmy tu za kare i mamy sie meczyc, dreczyc, stresowac, a potem umrzec z poczuciem
                    dobrze wypelnionego obowiazku i jeszcze wygrazac innym paluszkiem z satysfakcja 'ze mamy
                    czyste sumienie'. To nie jest sprawa innych, jakie mamy sumienie (jesli je mamy), tak jak nie
                    jest moja sprawa sumienie innych. Dlatego takie 'ogolnoludzkie' dywagacje na temat kryzysu
                    rodziny nie przynosza nic sensownego oprocz frustracji, ze 'oto jest tak zle i strasznie'. Jest tak,
                    jak sobie sami (lub nasi Exiowie nam) zrobimy.

                    ps.
                    Acha, jeszcze cos... Nastepne pokolenia beda mialy jeszcze trudniej. I tak sobie mysle, ze nie
                    wystarczy im zzarty przez mole 'model rodzinny prababki Jozefy', zeby sobie radzily z chaosem
                    emocjonalnym, jaki na nie czeka w koszmarnie relatywnym swiecie. I mysle, ze 'potrzeba
                    szczescia', potrzeba glebszych/szczerych relacji w naturalny sposob wygra z fotografia
                    oprawiona w sliczna ramke i opowiesciami 'jak to kiedys bywalo cudownie'.
                    Ale mysle, ze pomijajac szczescie, na ktore czesto powoluja sie osoby bedace nie fair w
                    stosunku do innych (tak, to takze moj Ex) musimy wiecej uwagi przykladac do 'jakosci zycia' i
                    nauczyc sie nim cieszyc. Byc moze to bedzie w ktorym momencie ta 'marchewka', ktora skloni
                    ludzi do dlugiego i odpowiedzialnego bycia w dobrych zwiazkach i dobrych rodzinach. Specjalnie
                    pisze 'dobrych' bo rodzina dla samej konstrukcji korporacyjnej i paprotki na oknie ma dla mnie
                    kiepski patent na zycie.
                    Ale ja w ogole sadze, ze jesli mowimy, iz rodzina to wartosc nadrzedna... to pozostaje pytanie -
                    w stosunku do czego nadrzedna? Do zycia? No to ja sie nie zgadzam.

                • kasiar74 Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 14:38
                  czemu nie zakończysz? Chętnie poczytam
              • z_mazur Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 14:41
                Nie chodzi o kondycję etyczną świata tylko nas.
                Inne są nasze priorytety. Cywilizacja zachodnia zmierza coraz czesciej w stronę
                powierzchownego hedonizmu. Największą wartością robi się indywidualne szczęście
                osiagane bez ogladania się na koszty i konsekwencje dla innych.
                Pytanie oczywiste się nasuwa. Po co jestesmy na tym świecie????? Żeby
                uszczęśliwać siebie?????
                Czy może jednak mamy jakiś wyższy cel.
                • 13monique_n Re: czy rodzina jeszcze cos´ znaczy? 24.07.06, 14:49
                  Nie czuje sie "cywilizacja zachodnia", za duzy zaszczyt. Ale tez powolania
                  martyrologicznego osiagnelam granice.
                  Odwroce Twoje uogolnienia i poprosze o opis, zwiezly, jesli to mozliwe - jak
                  dlugo i co trzeba znosic, zeby nie popasc w bycie ocenionym jako
                  "zachodniocywilizacyjny hedonista"?
                • mirlen możemy jeszcze uszczęśliwiać innych, 24.07.06, 15:05
                  tylko na siłę sie nie da. A poza tym dla niektórych z nas zakrawałoby to na
                  masochizm. Szczęście z samego dawania kiedyś się kończy...
    • sinsi Re: czy rodzina jeszcze coś znaczy? 24.07.06, 15:51
      nawet mafijne rodziny nie oparly się przemianom,
      a wracanie do czasów gdy małżonka na reszte życia narzucali dziecku rodzice w
      imię łączenia kapitałów, mnie nie interesuje.
Pełna wersja